Zabiłem!

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Zabiłem!
Pochodzenie zbiór Na krawędzi
Data wydania 1925
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Zakłady Graficzne Straszewiczów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
ZABIŁEM!



— Czy to robota majchrem, na cicho?
W odpowiedzi, Jędruś pokazał mu długi, wąski sztylet z szeroką rękojeścią, stal zamigotała kąśliwem ostrzem, niby błyskawica.
— Bykowiby serca namacał... wystarczy połowa... — szepnął Michał.
Jędruś uśmiechnął się dziwnie, nóż wpuścił w kieszeń na piersiach, wyjął z kuferka harmonijkę, przysiadł na łóżku pod ścianą i grać zaczął. — Zdawał się być zupełnie spokojny i cały zatopiony w muzyce, głowę pochylił nad miechami, z lubością nasłuchując dźwięków.
Sztajer rozległ się brzękliwą strugą po ciasnej izdebce poddasza i zakręcał tanecznym, rozkołysanym wirem, aż dzieci, siedzące na podłodze, zaczęły klaskać, podrygiwać i śpiewająco wołać:
— „Kosiu, kosiu w rączki, pojedziem na łączki” „Kosiu, kosiu w łapki, pojedziem do babki...“
A z klatki zawieszonej w oknie kos zagwizdał.
Michał wychylił głowę z za niskiej zasłony, oddzielającej ich barłogi od reszty izby i ze szczególną ciekawością przyglądał się przyjacielowi.
— Mleczak, z pannami chodzi do kościoła, w knajpie nie postoi, sztamy z nikim nie trzyma i do majchra się bierze! No, no... — mruczał półgłosem.
Ale Jędruś nie dosłyszał, jakby o całym świecie zapomniawszy, kołysał się korpusem, głową przytakiwał, nogą bił do wtóru i grał zapamiętale. Dziewczynka zaczęła się kręcić w miejscu, jak wrzeciono, a chłopiec przybałykował do niego i, czepiając się łóżka, to jego kolan, chciał powstać na pogięte, rachityczne nożęta i padał co chwila, ale, dosłyszawszy kosa, który się już rozgwizdał na dobre, poczołgał się ku niemu, bełkocąc radośnie:
— Ptapta... piu, piu... Cacy ptapta...
Michał, już zniecierpliwiony muzyką, odezwał się wyzywająco:
— Chwata udajesz, a serce ci w pięty zagląda...
— I... nic, myślę tylko, jakby to zrobić na fest, bez poprawki! — odparł, podnosząc głowę; niebieskie oczy strzeliły mu stalowym błyskiem.
— Poradzę ci! — podszedł i szeptał mu do ucha: — Zajdź mu od mordy, dopuść go zbliska i niby to przypadkiem natknij się na niego, a dopiero wtedy wal go w bebech z całej siły... pod włos... trzaśnie ci pod ręką, jakbyś majchrem bęben przebił...
— Majster z ciebie!— rzekł, wzdrygając się nieco.
— Niech ci Bolek powie, nieraz widział mnie przy robocie... — Wyprostował się dumnie, tocząc zawadjacko oczami.
— To już między wami zgoda?
— Dawno! Zrachował mi nożem żebra, ja mu potem wypuściłem trochę kiszek i jużeśmy teraz na kwit, w przyjaźni...
— Trzy miesiące szpitala, tyle bólu i teraz w przyjaźni?
— Frajer, dlatego właśnie sztamę z nim trzymam, za psa miałbym tego, coby mi nie chciał oddać. Uderzysz, dostaniesz, wyliżesz się i masz czyste sumienie. Nie jestem przecież zbójem! — zawołał wyniośle.
— Możesz ty jeszcze paść na takiego, że...
— Że mnie od ręki przyrychtuje do trumny! Mała strata, krótki żal, nikt po mnie nie zapłacze, ale pókim żyw, nie pozwolę nikomu grać sobie na nosie i ze strachu przed majstrami nie przystanę do socjalistów, jak Felek... Nie głupim, wolę ciężką robotę przez cały tydzień, a wesołą zabawę po fercentagu, niźli Pawiaka i nahajki...
— Za sprawę go przecież schowali...
— Pociecha! kiedy mu i tak mordę przefasonowali kolbami, że go rodzona matka poznać nie mogła. Wyklina teraz tych, co go wciągnęli. — Jędruś odwrócił głowę, coś pilnie majstrując koło klawiszów. Michał roześmiał się domyślnie i, uderzając go w ramię, spytał przyjacielsko:
— Czy to za pannę Józię chcesz płacić?
Jędruś poczerwieniał, ale zaprzeczył stanowczo.
— A może to ten lancuś cylindrowy, co za matką książki nosi do kościoła?
— Przecież to kawaler Mani...
— Pysk ma, że tylko walić! Nie lubię takiej facjaty! Któryż to?... Nie powiesz, dobra, twoja sprawa, dowiem się potem, ale pamiętaj, com ci radził: rżnij zbliska i pod włos! Kiedy myślisz?...
— Kiedy się zdarzy okazja...
— A nie uciekaj potem jak głupi, każdy frajer zaraz buch w nogi, prosto w pazury salcesonów... Uderzysz i odchodź, jakby nigdy nic, przystawaj nawet i dopiero, kiedy się zrobi wrzask, drałuj... Daj mi harmonijki, obiecałem węglarce, chrzciny dzisiaj wyprawia, przyjdź, będzie niezgorsza wyżera...
— Przyjdę, muszę tylko zaczekać na Ignacową, żeby dzieci zabrała...
— Mamra! — Zaśmiał się pogardliwie, wykręcił wąsiki przed lusterkiem, nasadził kapelusz, kosowi zanucił piosenkę, wyhuśtał chłopca aż pod sufit, dziewczynkę wyłechtał, że śmiechem się zaniosła, i wziąwszy instrument pod pachę, wybiegł, pogwizdując.
— Michał! — zawołał za nim Jędruś — a uważaj na harmonijkę, lewem skrzydłem rób ostrożnie, bo tam się już skóra przeciera i dolne łapki wylatują!
Cicho się stało w izdebce, dzieci bawiły się pod kominem, wygrzebując karaluchy, a Jędruś, przysiadłszy pod oknem, wodził niewidzącemi oczami po facjatach, otaczających całe podwórze.
Dzień był szary i dziwnie smutny, listopadowy dzień, nad spiętrzonemi dachami, nad czarnemi pniami kominów wisiało szare, puste niebo, okna błyszczały, niby oczy zaledwie z łez obeschłe, ze środka podwórza trzaskał kasztan pokręconemi, czarnemi gałęziami, resztki liści trzęsły się rudemi łachmanami, jakieś dzieci goniły się z wrzaskiem po mokrym, zabłoconym bruku; pies szczekał w bramie, turkotały gdzieś wozy, a niekiedy bił głuchy, bełkotliwy szum ulic niewidzialnych i nuda niedzielnego dnia wlokła się po świecie i senną, rozziewaną cichością przepełniała poddasze.
— Klowa! — zakrzyczał naraz chłopiec, bałykając za uciekającym karaluchem.
Jędruś ocknął się z zamyślenia i szepnął pobłażliwie.
— Frajer, myśli, że tu o pannę Józię chodzi... Niech sobie tak myśli, bezpieczniej dla mnie, nie wie, to się nie wygada — rozważał.
Znieruchomiał znowu, przed oczami stanęła mu ta niedawna scena, tam na Solcu... Sześciu ich ciągnęło, a że na niego padł los... zrobi święcie... zabije, jak psa... nie zawaha się... taki drań... tylu ludzi wydał... giną po więzieniach... a i Felek, też pewnie przez niego siedzi... Musi być kara na takich... musi... Myślał i tysiące szczegółów, twarze przebranych towarzyszów, tajemne schadzki, zebrania po różnych norach, rozlepianie proklamacyj nocami, mowy, wspólne czytania, ucieczki przed pościgiem — cała treść ostatnich paru miesięcy, tłumnym a zgiełkliwym strumieniem przewijała mu się przez mózg.
— Zapłacę za wszystkich! — Zerwał się rozogniony, ręka już znowu chwyciła za nóż i przysiadł nagle, twarz mu się dziwnie skurczyła, oczy zapadły w głąb, serce zamarło, i dzikie, szalone przerażenie ścisnęło za gardło... ale tylko na chwilę, na jedno mgnienie, bo się błyskawicznie otrząsnął z tego, twarz mu zagrała uniesieniem, oczy rozgorzały, a święty, bojowy płomień zawrzał w piersiach.
— Ano, to podyndam!... Lepsi ode mnie się nie zlękli... przecież to za sprawę... za wolność... za wszystkich... — szeptał ze drżeniem uniesienia i zapału, i znowu owładnął nim dziwny spokój, spokój bez troski, głębokiej wiary i nieustraszoności.
— Zabiję go, mnie powieszą i będziemy na kwit! — zaśmiał się takim radosnym, szerokim śmiechem, że dzieci się przysunęły.
— Hajty! Hajty! — napraszał się chłopiec, chwytając go za but, a dziewczynka zaczęła mu paluszkami przygładzać wzburzone włosy...
Nie bronił się i chłopaka kołysał na nodze.
— Hop, hop, hop, jedzie chłop... A tak pan, a tak pan! — przyśpiewywał, podrzucając go wysoko, a potem dziewczyna, ściągnąwszy brata na ziemię, kazała sobie poczesać włosy i zapleść niebieską wstążeczkę, „jak ma Frania maglarki“. Zrobił i to, ale już miał dosyć, bo krzyknął:
— Siedźcie cicho, bębny, zaraz przyjdę.
Owładnęła nim szalona chęć, aby zobaczyć znajomych, aby polecieć na miasto i skąpać się we wrzawie i ruchu, wystroił się śpiesznie i już przed drzwiami stanął bezradnie, jak skamieniały.
— Gdzie iść? Do kogo? Przecież nie będę się włóczył po ulicach, jak pies! — myślał z przykrością niezmierną. — Dopiero trzecia, do ósmej strasznie daleko. — Bezwiednie pomacał kieszeń, nóż był na swojem miejscu... Przypomnienie zimną błyskawicą przewinęło się przez serce.
— A zbliska wal... trzaśnie jak bęben — zabrzmiały Michałowe rady tak głośno, że się trwożnie rozglądał.
Sam był w pokoju. Dzieci bawiły się pod oknem, szum miasta huczał monotonnie, niekiedy zabrzęczały szyby, dym z papierosów snuł się niebieskawą przędzą pod niskim sufitem, a w rogu, przed złocistym obrazem Częstochowskiej tliła się lampa.
Rozdział się z palta i znowu siadł, dzieci go zaraz obległy z wrzaskiem.
— Dajcie mi spokój; Mańka, nie właź na łóżko! — krzyknął ze złością, zabierając się do czytania jakiejś książeczki, ale ją wnet rzucił. Nudziło go wszystko i wstawała w nim jakaś głucha, bezprzyczynowa tęsknota, latał głośnemi krokami po stancji, nie mając się tu niczego przyczepić...
— Żeby cię choroba! — zaklął sam na siebie i poleciał do sąsiadów, ale, jakby na złość, wszystkie drzwi były pozamykane, tylko z ostatniej facjatki rozlegał się stuk młotka i wrzaski bachorów. Mieszkał tam znajomy Żyd, szewc, wszedł więc do niego bez namysłu.
— Widzę, pilna robota? — rzucił, przysiadając obok.
— Jak pan rewirowy przysyła do zelowania, musi być pilno. Sza! sza! — zawołał na kopę dzieci, bębniących łyżkami w pusty, blaszany rondel.
— Podobno syn pisał z Ameryki? — zapytał, aby coś powiedzieć.
— Pisał! Pan wie, on przyśle szyfkarty... i może za miesiąc wszyscy pojedziemy do niego! Pojedziemy! — dodał przeciągle, z błogością.
— Dobrze mu idzie?
— Dobrze! — uśmiechnął się pobłażliwie. — Jemu tam, jak w raju! Przysłał swoją fotografję, synowa ją wzięła dla krewnych, zobaczy pan, jak on tam ubrany... ma surdut, co tak na oko wart ze trzydzieści rubli... cały jaśnie pan, nie taki kapcan, jak my wszyscy! nie...
Jędruś uśmiechnął się ironicznie.
— Pan się śmiać nie potrzebuje, panie Kowalski! Prawdę mówię, on na tydzień więcej zarabia, niż my na cały rok! Jemu jest bardzo dobrze, w Ameryce jest wszystkim bardzo dobrze! To tylko u nas tak ciężko człowiekowi. Komu jest u nas dobrze? Może panu jest dobrze? Może pani Ignacowej jest dobrze? Panie Kowalski, komu jest z nas dobrze? — wołał krzykliwie, coraz mocniej tłukąc młotkiem w skórę.
— Bogaczom jest dobrze, nie pasą się to naszą krwią?...
— Takie słowo to jest ten wiatr, panie Kowalski. Pan Bóg im poszczęścił i dorobili się, ja nie o nich mówiłem.
— Naszą krzywdą się dorobili! — rzekł nienawistnie.
— To jest bardzo ładne słowo, ale to nieprawda! Przecież każdy człowiek chciałby być bogaczem! Czy panbyś nie chciał mieć kamienicę, zdrowe dzieci i ładną żonę, co?
Jędruś milczał, przypomniały mu się marzenia o Józi i założeniu własnego warsztatu.
— Panie Kowalski, wszyscy chcą jednego — upewniał z mocą Żyd.
Jędruś powstał, zbrakło mu już ochoty do rozmowy i szedł ku drzwiom.
— Może mi pan przeczyta, nie umiem po waszemu... synowa gdzieś znalazła... — prosił, podając zadrukowaną kartę.
Był to numer „Robotnika“ z jakimś programowym artykułem.
Jędrek się zarumienił i, odwróciwszy nieco twarz, czytał głośno, Żyd wsparł się na łokciu i słuchał z uwagą, ale po ustach wił mu się lekceważący uśmiech.
— Pan myśli, że będzie tak na świecie? — spytał, wpijając się w niego przyczajonemi oczami.
Jędruś zapomniał o ostrożnościach, poniosło go z miejsca, że jął, po swojemu, gorąco rozpowiadać o szczęśliwości przyszłego ustroju. Unosił się, wybuchał i gorzał taką wiarą serdeczną i zapałem, aż Żyd cmokał, ale mu przerwał dość ironicznie:
— Kto się tego doczeka, niech mu będzie na zdrowie. Obiecywali mi jeszcze lepsze rzeczy, a jak mi wnuczki chorowały, to nikt z takich nie chciał mi pożyczyć rubla... Ja panu co powiem, panie Kowalski...
Ale Jędruś splunął i wyszedł bez słowa.
— Burżuj, psiakrew! — Zły był na siebie, że się zdradził przed Żydem.
Ignacowa już była w mieszkaniu, obdzielała właśnie dzieci piernikiem.
— Dobrą pracę miała pani dzisiaj?
— Na psa taki dzień. Pół rubla utargowałam, może byłabym sprzedała wszystkie, ale jakiś wisielec potrącił mnie i wszystkie kwiaty poszły w rynsztok! — wyrzekła, wskazując na zabłocone papierowe róże, czerwieniące się w koszu. — Towar już na nic, ale sprałam go, że przez ruski miesiąc nie zapomni! Ale jak pan gdzie spotka mojego, to niech przyjdzie po nas na Rybaki, do ciotki. Zaprosiła nas na wieczór, a że to chrzestna Mani, może jej da na jaką sukienczynę. Bogaczka przecież, mają dwie dorożki. Szukałam go przed hotelem, tam, gdzie zawsze stoi, ale mi kolegi jego powiedziały, że z kursem poleciał na Mokotów...
Słuchał tylko piąte przez dziesiąte, ubierając się do wyjścia.
— Późno pan wróci? Klucz będzie gdzie zawsze...
— Bo ja wiem, może... — szepnął, śpiesznie wychodząc na schody. — Może nigdy! Może nigdy... — pomyślał już na dole i nagle zachciało mu się powrócić do mieszkania i obejrzeć raz jeszcze wszystkie kąty, ucałować dzieci, pożegnać się z Ignacową, posiedzieć tam między niemi... po raz ostatni może... ale się nie dał mazgajstwu, zapalił papierosa i ruszył ostro przez podwórze.
Krótko stał przed domem, namyślając się, gdzie iść, bo zwyciężyło wspomnienie panny Józi. Przecież każdy człowiek musi mieć gdzie pójść w niedzielę... A tam, na Świętojańskiej było tak przyjemnie, tak cicho i tak dziwnie słodko... Czasem, kiedy przyniósł karmelków, panna Józia spojrzała tak znacząco, że jakby mu rozżarzonych węgli nasypał w serce, a czasem tak ścisnęła za rękę... Całe miesiące wspominał z błogością o tem szczęściu. Kosa kupił dla niej od Ignaca i wyuczył go gwizdać walca, chciał go zanieść dopiero na imieniny... Tylko matka nie była mu rada, dogryzając przy każdej sposobności.
— Mieszka kątem u posłańca i o porządną pannę się stara, smoluch jeden — zwierzyła się kiedyś przed Michałem.
Wiedział o tem, ale, nie zważając na jej przycinki, przychodził w niedziele. Starać się jeszcze nie starał o pannę Józię, marzył tylko o tem niekiedy, ale strasznie lubił posiedzieć u nich wieczorem i zagrać pannom na harmonijce. Był sierotą, nie miał nikogo na świecie, więc ten dom rajem mu był po zadymionej fabryce, ogrodem kwietnym po izdebce u Ignaców.
— Z pół godziny posiedzę — usprawiedliwiał się teraz przed sobą. — Może już tam nigdy nie pójdę... nigdy... — szepnął smutnie.
Dziwna żałość ścisnęła mu serce.
— Żeby ją tylko jeszcze zastać! — myślał, biegnąc z Bednarskiej ku Zygmuntowi, ale co raz obejrzał się trwożnie, przeleciał kilkanaście kroków i po raz drugi się obejrzał, wreszcie przystanął pod Bernardynami i długo, badawczo patrzał na dom, gdzie mieszkał tamten... skazany.
Dom stał po drugiej stronie Krakowskiego, ogromny, pyszny, jak bogacz, połyskujący szeregiem wielkich wystaw. Nie mógł oderwać oczu od okien drugiego piętra, bo mu się zdawało, że z za firanek wyziera ta twarz nienawidzona.
— Pod włos i z całej siły! — mruknął, czyniąc ten ruch bezwiednie.
Stał długo. Miasto kipiało niedzielną wrzawą, trotuary były pełne, dorożki pędziły, jak oszalałe, dzwonki tramwajów nieustannie brzęczały, a w powietrzu huczał szum pomieszanych odgłosów. Zmierzch już się taił po bramach i przysłaniał domy w niebieskawe woale, gdzie niegdzie wybłyskiwały wystawy sklepów.
Oderwał się wreszcie i prawie pędem poleciał na Świętojańską.
Mieszkały nawprost katedry, w wąziutkim domu, strzelającym pod niebo. Przyjęli go, jak zawsze: panny życzliwie, a matka dosyć kwaśno. Józia sztafirowała się przed lusterkiem.
— Cóż tam nowego na świecie? — spytała stara, chodząc po pokoju z kubkiem herbaty w ręku.
Bąknął ni to ni owo. Roześmiała się cicho i rzekła drwiąco:
— Pański gospodarz cały dzień gania z wywieszonym ozorem po ludziach, to mógłby naznosić wiadomości.
— Pewnie, alem nie ciekawy — odparł dość ostro.
— Przyniósł pan harmonijkę? — ozwał się głos z za zielonego parawanu, rozdzielającego pokój na dwie połowy.
— Michałowi pożyczyłem na dzisiaj.
— Szkoda, goście będą u nas wieczorem, myślałam, że pan zagra.
— Obejdzie się żydowskie wesele bez marcepanów! — syknęła stara, oglądając Józię ze wszystkich stron. — Mańka, spaskudziłaś stanik, worki wiszą pod pachnmi. Zobacz-no, jak to wygląda, w baskinie spuchnięta jakby była w ósmym miesiącu...
— To niech mama poprawi! Panie Jędruś, proszę siąść w oknie, a nie oglądać się na pokój. Niech się mama prędko ubiera! — rozkazywała Mańka.
Usiadł, jak mu rozkazano i patrzył w okno na strzelistą wieżę katedry, słysząc za sobą szelesty nadziewanych sukienek, szurganie bucików, wyciąganych z pod łóżka, trzaski szuflad i szybkie tupoty Mańki, która, biegając ciągle, wybuchała co chwila śmiechem, lub podsuwając się cichutko, przejeżdżała mu mokrem piórem po twarzy.
— Panno Maniu, bo złapię! — wołał, rozbawiony, i nie odwracając się, sięgał poza siebie rękami.
— Niech pan siedzi spokojnie, bo oczy zawiążę, albo fora ze dwora!
— Już ani się ruszę, ale co to za facety przyjdą wieczorem?
— Niech panu Józia powie!
— Kawaler przyjdzie! Ma dystrybucję na Żelaznej! — objaśniła matka z za parawanu, wśród parskań i chlupotu wody.
— To panna Mania już swojego puściła do luftu?
— Pan się wyraża jak... szewc! — zahuczała stara. — Pan Jan przyprowadził go we czwartek. Świetna partja i Józi też się podobał.
— Bardzo szykowny facet! — szepnęła Józia.
— Celender ma, pachnie trochę karbolem i bransoletkę nosi na ręku!... — przekpiwała się Mańka, nie zważając na matczyne znaki. — Z cukierkami przyszedł, pachniały śledziem, ale się zjadło... Siedział cały wieczór i zjadł rozmaitości za całą złotówkę... Mówił, że go swatają z panną, co ma dom na Woli... że ma brata księdza... że na przyszłe gospodarstwo kupił dwa materace na licytacji, ale już wywietrzone, i, że Józia byłaby w sam raz dobra za ladę do jego interesu...
— Mańka, nie pleć głupstw! — zgromiła ją Józia.
Przycichło na chwilę, Jędrusiowi ścisnęło się serce boleśnie i łzy stanęły w oczach, przychylił się, by je nieznacznie obetrzeć, gdy naraz Józia, niby to wychylając się spojrzeć przez okno, wsparła się piersiami na jego ramieniu i, przyciskając głowę do jego twarzy, szepnęła:
— Niech pan nic nie wierzy! Już pełno ludzi przed kościołem — dodała głośno.
Wstrząsnął się, chciał coś powiedzieć, już jej nie było.
— Mamuniu, prędko, bo pójdziemy świece gasić, dzwonią!
Jakoż uderzyły dzwony katedralne, tak nagle, rozgłośnie i bujnie, że stado gołębi wzbiło się ponad wieżę, kołując wysoko, niby garść białych piór, wichurą uniesionych; a potem u Augustjanów zadzwoniły rozdrganym, gorącym basem; a potem od Pijarów wytrysnęły spiżowe dźwięki, jak struga ognia, jak dym niebosiężny; a potem, gdzieś zdala, od Paulinów, płynęły wolno szerokie, rozkołysane, wołające dźwięki; a wkońcu, już ledwie dosłyszalne, jak klangor żórawi, płynących gdzieś w bezkresach, płynęły dzwonne śpiewania od Krakowskiego Przedmieścia.
Szyby cicho brzęczały, pokój się napełnił spiżowym świergotem i zdawał się cały kołysać zwolna i dzwonić echami, aż duszę przejmował bolesno-słodki, rytmiczny spazm rozkoszy, szarpiącej nerwami.
Panny już były gotowe, tylko matka jeszcze marudziła, że biegały koło niej, jak frygi.
Jędruś zwolniony od przymusowego niewidzenia, pożerał teraz oczami pannę Józię, tak śliczną mu się dzisiaj wydała; była szczupła w pasie i gibka, a poruszając się, robiła biodrami, stanik ledwie mógł opiąć jej strome piersi, czerwone usta grały w bladej twarzy, poznaczonej delikatnemi piegami, jak brzoskwinia, jasne rzęsy przysłaniały szafirowe oczy złotawym cieniem — tak wciąż chodził za nią rozkochanemi spojrzeniami, aż Mańka zaczęła się śmiać.
— Wytrzeszcza pan oczy, jak kot na piasku... To Józia, nie poznaje pan?... Na nieszpory idziemy, nie do ślubu... Niech pan w ścianę nie włazi...
Uśmiechał się na kpiny, ale kiedy wychodzili, ogarnął tem samem rozkochanem spojrzeniem pokój i wszystkie sprzęty, żegnał je żałosnem westchnieniem, jakby po raz ostatni...
W kościele nie było tłoku, więc przecisnął się wraz z niemi do ławek, kobiety siadły a on stanął zboku za Józią.
Nieszpory już się rozpoczęły, mrok zalewał wysokie nawy, świece płonęły w mrocznych kaplicach, nad wielkim ołtarzem mgliły się senne wizje witrażów, organy brzmiały cichą modlitwą, czasem podnosił się chór głosów i wiał górą, pod sklepieniami, jak rozpłakany śpiew zabłąkanych w strasznym lesie, czasem szmery modlitw trzepały się w ciszy, niby deszcz rzęsisty po liściach, ale Jędruś nic nie słyszał, patrzył tylko w Józiną głowę, pochyloną nad książką, a myślami krążył gdzieś daleko.
W lata dziecinne leciał, na zapomniane mogiły ojców, do jakichś dni minionych... że wkońcu zapomniał, gdzie jest, aż oplątany w złotą sieć świateł, dźwięków i modlitw, opadł znużony w siebie i zmartwiał.
Organy grały tak cicho i monotonnie, że spać mu się zachciało, ziewał ukradkiem, przecierając trwożnie oczy, bo z głębi naw wynosił się przed nim ten biały, ogromny dom... a przez okna drugiego piętra wyglądała ta twarz złowrogo uśmiechnięta... że mu już sama ręka szukała noża, ukrytego na piersiach, a dreszcz wstrząsał.
Muzyka ucichła i oprzytomniał, skończyły się nieszpory, fala ludzka wyniosła go przed kościół. Już tam na nich czekali ci zaproszeni na wieczór. Józia spłonęła, witając się bardzo serdecznie z tym dryblasem. Mańka pytlowała ze swoim, wybuchając co chwila śmiechem, aż się ludzie oglądali. Stara zaś bardzo uroczyście zapraszała na kawę. Tylko Jędruś szedł samotnie, nieco za niemi, nikt się bowiem do niego nie odzywał, ani go nie poznajomił z tym nowym. Wlókł się zgryziony, obiegając chmurnemi oczami rywala.
Wszedł za niemi do sieni, ale wstrzymał się przy schodach, bo go nikt nie zapraszał... Czekał, że może go zawołają, że może narazie zapomnieli... ale na schodach, coraz wyżej rozlegały się wesołe głosy dziewczyn... śmiech Mańki... i skrzyp stopni... może nawet nie zauważyli, że się zapodział...
Drzwi się otwarły do mieszkania...
Wytężył słuch, serce mu zamarło w oczekiwaniu... zamknęły się z trzaskiem.
Ogarnęła go cisza i jakby grobowy kamień przywalił duszę.
Zapomnieli o nim!
Jeszcze z ulicy spojrzał na okna, właśnie rozbłyskiwały światłem, westchnął ciężko i poszedł.
Przemógł się, ale poczuł, że mu się stała straszna krzywda, i że mu duszę zalewają gorzkie łzy żalu i bezsilnej wściekłości.
— Pies z wami tańcował, mordy jedne! — zaklął z nienawiścią.
Zegary biły szóstą, kiedy się znalazł pod Zygmuntem, ciemno już było, zapalone latarnie rozbiegały się na wszystkie strony węzłowatemi sznurami świateł, wieczór szedł cichy i ciepły, ostatnie liście leciały na trotuary, zapchane ludźmi. Szedł ostro środkiem trotuaru, brutalnie rozpychając świątecznie postrojone gromady, że niejedna groźna obelga leciała za nim.
— Stawiasz się? Chcesz w mordę? — wrzeszczał niekiedy, wysuwając pięści.
Odsuwali się trwożnie, groźby milkły, bo miał w oczach pioruny i rozsrożona, blada twarz grała mu nienawiścią. Przystawał często, nic o tem nie wiedząc, ale zwolna, nieubłaganie zbliżał się do tego domu...
Długo stał przed jakąś wystawą, gdy ktoś mu szepnął:
— Nie odwracaj się... pilnuj... może wyjść lada chwila...
Pochylił się ku szybie, znał ten głos i wiedział, co znaczą te słowa. Uspokoił się zupełnie i jakby zakrzepł na kamień, ta zbliżająca się chwila owładnęła nim teraz niepodzielnie.
Przygarbił się nieco, ręce głęboko wsadził w kieszenie i przepatrując z nadzwyczajną uwagą twarze spotykane, wlókł się leniwie, jak człowiek, któremu się nigdzie nie śpieszy, ale wymijając ten dom, obleciał go błyskawicowem i niby aparat fotograficzny, niezawodnem spojrzeniem: stróż drzemał pod bramą, wielka sień była oświetlona i w głębi podwórza majaczyły jakieś drzewa.
— Za widno, zpowrotem możnaby się natknąć na strupla! — zdecydował.
O parę domów dalej był sklep galanteryjny, za wielką szybą wystawy leżały stosy kołnierzyków, koszul i krawatów, przyjrzał się każdemu przedmiotowi zosobna i nic nie spostrzegając, zawrócił.
Szedł spokojnie a bacznie do najbliższej ulicy poprzecznej, przyglądał się policjantowi, stojącemu na rogu i znowu powracał. Wiele razy, prawie już automatycznie tak spacerował, nie tracąc z oczów ani na chwilę pustej sieni. Przemykał się pod ścianami, jak głodny wilk, czatujący na zdobycz, gotowy w każdej chwili do skoku, nie czując trwogi żadnej, ni niepokoju. Czyhał z napiętą i wysiloną aż do bólu uwagą, a rozmyślał o figlach dzieci Ignaców i o kosie, że zaczął zcicha pogwizdywać walca, którego go uczył.
Z powodu niedzieli większość sklepów była zamknięta, na szerokim trotuarze leżał mrok, tylko gdzie niegdzie przecięty smugami świateł, bijących z wystaw; przechodził je, nawet nie zauważywszy, ale czerwony brzask, padający z okien apteki, od wielkiego szklanego naczynia, napełnionego jakąś krwawą cieczą, sprawił mu dziwną przykrość, zdawał się lśnić plamą żywej krwi, że omijał ją z niejasną, głuchą trwogą.
Noc już widniała nad miastem, niebo szaro-złotawe od łun, bijących zdołu, obtulało wysokie, posępne domy, ale ulica wciąż była gwarna i tłumna; spacerujące gromady krzyżowały się wśród nieustającej wrzawy, niekiedy buchały szerokie, głośne śmiechy, albo wytrysnął rozbawiony chichot panieński. Podnosiły się nawoływania i czasem płacz dziecinny zakwilił żałośnie. Uliczne dziewczyny, postrojone jaskrawo, zaglądały w oczy mężczyznom i, jak motyle różnobarwne, migotały wśród czarnych mrowisk niedzielnej publiczności. Drewniane bruki dudniły głucho pod kopytami, turkotały dorożki, dzwoniły tramwaje, a szmer tysięcy kroków i rozmów huczał, jak morze dalekie, że chwiały się od niego światła latarń, stojących, niby szyldwachy, w niestrudzonym szeregu.
Pod jakąś bramą stróż przygrywał zcicha na fleciku, a w jakiejś sieni mrocznej stała para, trzymając się za ręce; miejscami, z nad sklepów wybłyskiwały złote litery napisów. Czasami znów drzewa na trotuarach zaszumiały, lub przechodził człowiek z pudłem, uwieszonem na szyi i wołał monotonnie:
— Cygara! Papierosy! Zapałki!
Jędruś widział to wszystko, słyszał i zapominał zaraz doszczętnie, ale coraz więcej interesował go stójkowy, bo raz, zawracając się od rogu, jakby posłyszał za sobą jego ciężkie, miarowe stąpania. Wstrząsnął się nerwowo, ale głowy nie odwrócił, przystając najspokojniej przed wystawą z bielizną. Wspaniały krawat czerwony w zielone pasy rzucił mu się w oczy, patrzał na niego z głęboką przyjemnością.
— Chodź pan do mnie!
Przestraszył się tego głosu, jakaś dziewczyna stała obok z wabiącym uśmiechem na dziwnie czerwonych ustach. Odsunął się od niej bez słowa i ruszył w swoją stronę, ale po paru minutach zobaczył ją, idącą z jakimś starym. Sam nie wiedział dlaczego, choć zaczepiała go już dzisiaj niejedna, tylko tę poznał zdaleka i poszedł za nią bezwiednie, aż na róg ulicy.
Stójkowy coś patrzał pod latarnią, więc się powstrzymał i zawrócił dość śpiesznie.
Siódma już biła.
Czas płynął mu strasznie wolno.
Całą godzinę czekał, a tamten się jeszcze nie pokazał. Chwilami już myślał, że może przeoczył i nie spostrzegł... Wprawdzie okna drugiego piętra wciąż były oświetlone, ale jeśli mu się niepostrzeżenie wymknął...
— Całą noc będę czekał i doczekam się! — postanowił zawzięcie, choć czuł się już znużonym, gorączka go rozbierała i nie mógł się powstrzymać od wewnętrznego dygotu, ale ani na mgnienie nie powstało w nim wahanie, ni lęk przed tym strasznym zamysłem. Nie myślał nawet o tem, tylko czekał na każdą chwilę nadchodzącą... na chwilę ciosu. Parę razy spostrzegł towarzysza, czuwającego zdaleka, porozumiewali się oczami i rozchodzili... Minuty już mu się zaczęły wydawać wiekami.
— Kupię sobie ten krawat zaraz po fercentagu! — rozmyślał, stając znowu przed wystawą.
— Chodź pan do mnie! — prosiła cicho ta sama dziewczyna, nie poznając go widocznie. Zobaczył teraz, że była dosyć młoda i ładna, o bujnych, jasnych włosach i mocno piegowatej twarzy.
— Daleko mieszkasz? —— spytał, zezując nieustannie na bramę.
— Na Piwnej, stąd parę kroków. — Przysunęła się bliżej.
Naraz poruszył się niecierpliwie, dojrzawszy stróża wstającego.
— Chodź pan, panie śliczny — mizdrzyła się biorąc go za rękę.
Jakiś przechodzień zagwizdał przeciągle.
— Odczep się! — odepchnął ją gwałtownie, że zaklęła, odsunął się w cień i pędem poleciał na drugą stronę ulicy, przystając naprzeciwko bramy... w głębi sieni ukazało się parę osób, wysoki, tęgi mężczyzna, kobieta i dwoje małych dzieci.
— Nareszcie! — prawie krzyknął z radości, ale taka straszna niemoc ogarnęła go na chwilę, ze musiał się oprzeć o latarnię, ręce mu latały i ten wewnętrzny dygot jeszcze się wzmagał i trząsł nim jak w febrze; ale mimo to w zupełności panował nad sobą, przypatrując się chciwemi oczami, jak ci ludzie wychodzili przed bramę... mężczyzna mówił coś ze stróżem i, zapaliwszy cygaro, ujął żonę pod ramię... dzieci ruszyły nieco naprzód...
Jak cień szedł z niemi równolegle, nie spuszczając z nich wzroku, lecz po chwili skoczył gwałtownie naprzód, roztrącając przechodniów, przewinął się między dorożkami i, zakreślając łuk, zabiegł im drogę o kilka domów naprzód. Na trotuarze już było znacznie mniej osób, natknął się znowu na tą samą dziewczynę, ale jej nie zauważył.
Posuwał się wolno, próbując rozglądać przechodniów, nawet jakimś kobietom w twarze zajrzał, lecz same oczy niosły się bezwiednie do tamtych i ich tylko widziały... szli środkiem chodnika... widział ich przez luki, tworzące się między ludźmi a może i wskroś wszystkich... on palił cygaro... kobieta zwieszała mu się ciężko u ramienia, wypinając wielki brzuch... dzieci szły przed niemi; dwie dziewczynki; mniejsza przyciskała do piersi obu rączkami białego, sztucznego pieska.
Jędruś wyprostował się, zaczerpując oddechu i szedł jeszcze wolniej... byli już tylko o kilkanaście kroków... dojrzał ogień cygara... parę osób go przedzielało... jego twarz czerwona mignęła pod latarnią... Przygiął się nieco, jakby do skoku... rękę trzymał na rękojeści... już byli prawie przed nim, o parę kroków zaledwie... dosłyszał jego głos... serce mu się zatłukło, ale cały był jedną nieubłaganą wolą, wszystko mu znikło z czucia i pamięci...
Jeszcze byli o jakie pięć kroków... wyminęły go dziewczynki rozszczebiotane... przestał oddychać...
Już ich tylko dzielił ten krwawy brzask, bijący z okien apteki...
Jeszcze ze dwa kroki... zatoczył się nieco.
Jeszcze jeden... i... zderzył się z nim... wyprężył się naraz i, niby to wymijając, ze straszną siłą wbił mu nóż w lewy bok...
Stało się tak błyskawicznie, że przebity ani krzyknął, zachwiał się nieco, rozkrzyżował ręce i runął wtył...
A Jędruś poszedł dalej tym samym cichym, wymierzonym krokiem. Krzyk się podniósł, nie odwrócił się, ale i uciekać nie mógł, nogi mu zdrętwiały.
Ludzie zaczęli się rozbiegać, a jeszcze więcej cisnąć do leżącego na trotuarze, kobiety, nie rozumiejąc, co się stało, usiłowały go podnieść, dziewczynki stały strwożone.
Po chwili jacyś ludzie wnieśli go do apteki.
Jędruś naraz się zatrzymał i wraz z drugimi poszedł na miejsce wypadku, był nieco bledszy, ale tak zupełnie spokojny i przytomny, że spostrzegłszy na chodniku zgubionego pieska, zaniósł go dziewczynce do apteki.
Tamten już konał; na kanapce leżał rozciągnięty z twarzą wykrzywioną i zbladłą na płótno, oczy miał w słup, otwarte szeroko i usta rozchylone w jakimś niemym, straszliwym krzyku, obnażone piersi pławiły się w krwi krzepnącej, niekiedy chrypiał, grzebiąc nogami i prężył się sztywno. Nie było już ratunku.
Ludzie tłoczyli się bezradnie w ponurem milczeniu, tylko kobieta, podtrzymując mu głowę, wyła wniebogłosy, a dziewczynki zanosiły się żałośnie.
Jędruś, stojąc w ciżbie, przyglądał się konającemu spokojnym, lekko współczującym wzrokiem, jakim się zwykle patrzy na rzeczy obce i przykre. Jakby zupełnie zapomniał, że to on go zabił, że to jego nóż przebił ten bok, z którego płynęła czarna, spieniona krew. Z obojętną ciekawością przyglądał się twarzy konającego, i ani razu nie zabiło mu żywiej serce zgrozą, ni trwogą. Tłoczył się jak drudzy i patrzał jak drudzy, niby na niezwykłe widowisko. Nie zdawał sobie jeszcze sprawy z niczego.
Godziny oczekiwania, powody, cios, wszystkie te chwile dopiero co przeżyte, zapadły się naraz w jakąś głąb niepamięci, jakby ich nigdy nie było. Wzruszał go tylko płacz dzieci, że była chwila, w której chciał je brać na ręce, by przycisnąć i obetrzeć łzy z jasnych rozbolałych twarzyczek, jak to nieraz robił z dziećmi Ignacowej.
Przyjechało Pogotowie i zjawiła się policja, ale stał jakby wrośnięty w ziemię, aż ktoś go przemocą wyciągnął na ulicę.
— Zwarjowałeś! Sam leziesz im w łapy! Zmiatajże teraz!
— A prawda! To już po krzyku... na fest, co?
Nikt mu nie odpowiedział, obejrzał się zdziwiony, towarzysza już przy nim nie było. Zrobiło mu się jakoś dziwnie, że postawił kołnierz i zapiął się starannie, nóż leżał na swojem miejscu, sprawdził bezwiednie.
Na trotuarze było prawie pusto, tylko gdzie niegdzie czerniały gromadki przechodniów, sklepy już zamykali, w cieniu pod ścianami kłóciły się jakieś dziewczyny, a po sieniach rozlegały się śmiechy służących, kilka dorożek stało pod latarniami, ślepy grajek, ze skrzypcami pod pachą, szedł, macając kijem brzeg chodnika, psy się ganiały przed jakąś bramą, jakby więcej okien świeciło się w domach, które zdały się pochylać i niby patrzeć w pustą ulicę, zegary znowu dzwoniły jakąś godzinę...
Przystanął na rogu, przypatrując się bezmyślnie stójkowemu, gdy ktoś ujął go pod rękę, zmartwiał, ale się nie poruszył.
— Idziemy, panie śliczny?
Roześmiał się wesoło, że dziewczyna przycisnęła się do niego i, paplając, wiodła go ze sobą, ale pod latarniami obiegała jego twarz ukradkowem, dziwnem spojrzeniem.
— Nie widział pan, jak zaszlachtowali jakiegoś człowieka?
— Gdzie? Kogo? — Jakby się nagle zbudził.
— Wzięło go już pogotowie, ale nie dowiezie żywego.
— Widziałem... leżał w aptece... dzieci krzyczały... — wstrząsnął się nerwowo.
— Podobno szpicel... — obejrzała się trwożnie. — Stróż mówił, że we czterech czekali na niego przed bramą...
— Nie zawracaj mi gitary! — wybuchnął gwałtownie.
— Czego się rzuca... Ja pana nie ciągnę, wolna droga! — zakrzyczała obrażona.
Objął ją wpół i, przyciskając mocno, szepnął łagodniej:
— Chodźmy prędzej, bo nie mam czasu.
Poszli już w zgodzie, tylko dziewczyna oglądała się co chwila z jakąś ledwie ukrytą obawą, aż się zapytał:
— O pięty się boisz?
— Nie, nie, tylko mi się zdawało, że ktoś leci za nami. — Znowu się obejrzała.
— Musiał ci jakiś kawaler obiecać lanie, kiedy się tak wiercisz... — żartował.
— Nie mam swojego, sama jestem biedna sierota! — i zajrzała mu w oczy z czułością, podobał się jej ogromnie. — Ale jakby pan chciał, to moglibyśmy się pokochać na dłużej, co?
Cisnęła się do niego namiętnie, lecz tak spojrzał na nią w odpowiedzi, że spuściła głowę i umilkła.
W parę minut byli już na Piwnej, w parterowej, sklepionej izbie. Mieszkały tam we dwie, wprowadzała go po cichu, gdyż u przyjaciółki był gość; na parawanie, osłaniającym łóżko, wisiały różne części męskiej garderoby.
Jędruś siadł przy stoliku i, paląc papierosa, błądził oczami po pokoju, ledwie rozwidnionym przez świecę. Zatęchłą wilgoć czuć było w powietrzu. Uśmiechnął się, bo z za parawanu rozchodziły się przyciszone szepty i odgłosy pocałunków.
— To dom przechodni? — naraz zapytał.
— Na Świętojańską, wprost kościoła. — Zasłoniła okno chustką i rozciągała parawan koło swojego łóżka.
— Ja cię już gdzieś widziałem? — Przyglądał się jej uważnie.
— Nie pamięta pan? Przed sklepem pana zaczepiłam...
Siadła mu na kolanach.
— A potem widziałam pana na ulicy, nawet parę razy... Miał pan taką twarz, jakby pan czekał na przyjaciela. — Zaśmiała się domyślnie.
— Czekałem na facetkę i nie przyszła, psiakrew — prędko odpowiadał i naraz zaczął się cicho śmiać, ale tak jakoś dziwnie i strasznie, że się odsunęła.
— A to dlatego był pan taki wściekły?
— Jakże, czekałem przeszło godzinę i nie przyszła!... — Zaczął kląć i tak niezręcznie udawał rozgniewanego, że dziewczyna spojrzała podejrzliwie, właśnie i on w tej chwili ogarniał ją badającem, lękliwem spojrzeniem, oczy się im skrzyżowały błyskawicami, cofnęły w głąb i rozbiegły jak wystraszone ptaki, zakasłała się gwałtownie, pilnie strzepując poduszki, a on zadrżał i chciał się unieść jakby do ucieczki, ale nim się poruszył, rzuciła mu się namiętnie na szyję.
— Niech pan zostanie do rana... mój śliczny... u mnie tak cicho... mój złoty! — prosiła, obsypując go pocałunkami i wtulając się w niego.
Trwogi jego pierzchnęły. Oddawał uściski z niesłychaną gwałtownością, ogarnął go nagły, oślepiający pożar krwi wzburzonej, nieugaszone pragnienie pocałunków, porwał ją jak piórko, rzucił na łóżko i prawie dusił w uściskach.
— Niechże się pan rozbierze! — szepnęła, wyślizgując mu się z rąk.
Z taką gwałtownością rzucił na krzesło palto, że nóż z brzękiem wypadł z kieszeni na podłogę. Odrazu oprzytomniał, ale stał zdrętwiały, dziewczyna się zaśmiała.
— Z majcherkiem facuś spaceruje! — szepnęła niby żartobliwie.
— I... zwyczajny kozik... — odpowiedział tak samo, podnosząc palto z podłogi.
— Niech pan da kopiejek, to przyniosę jakiej wsuwy... Niezdrowo kochać się na głodno, niech też osoba doda i na monopolkę...
— Dobra, mnie się też jeść zachciało! — Już zupełnie odzyskał równowagę, nóż schował na swoje miejsce i dał jej pieniądze; poleciała zaraz.
Cisza go ogarnęła, z za parawana zaczęły się rozlegać miarowe sapania, przeciągał się leniwie, bolały go wszystkie kości, czuł się dziwnie zmęczonym, a prawą ręką przy kostce nie mógł poruszyć bez bólu.
— Masz djable kaftan! Jutro w garści pilnika nie utrzymam — myślał, opuszczając się ciężko na krzesło, paliła go twarz i w oczach czuł piasek, przecierał i ziewał ze znużenia, zapadając co chwila w jakiś dziwny stan; nie spał przecież a skoro jeno przywarł oczy, zdawało mu się, że jest tam, na ulicy, że znowu czeka... że znowu chodzi... wszystko się przesuwało przed oczami jak w latarni czarodziejskiej, szli ludzie... jaśniały światła... podnosiły się głosy.
Zerwał się na nogi, dorożka przejeżdżała z takim hukiem, że wszystkie sprzęty zadygotały, jakby się przebudził, ale poczuł się tak strasznie znużonym i sennym, że rzucił się na łóżko i zasnął momentalnie. W parę minut zbudziła go dziewczyna, a jemu się zdawało, że spał całe godziny — tak poczuł się wyspanym i trzeźwym, jadł też z łapczywością i nie oszczędzał butelki.
Wkrótce przyjaciółka z gościem wyszli, że pozostali tylko sami. Oboje byli już w dobrych humorach i niesłychanie podnieceni, gdy wstawali od stołu. Jędrusiowi kręciło się w głowie, prawie się upił temi paru kieliszkami, śmiał się z byle czego, podśpiewywał i żartował, nie bardzo jednak wiedząc, co się z nim dzieje, gdyż często wśród śmiechu stawał jak słup, rozglądając się dokoła tępym, ogłupiałym wzrokiem.
— Chodźże pan prędzej! — wołała niecierpliwie, tarzając się po łóżku, ze śmiechem odrzuciła kołdrę i leżała naga, nęcąca bezwstydnie i tak olśniewająco biała, że zaczął się śpiesznie rozdziewać, tylko, że ręce miał jakby nieprzytomne, nie mógł znaleźć spinki od kołnierzyka, chciał najpierw ściągać koszulę, to zapinał się na wszystkie guziki.
— A to się moja panienka wstawiła! — zaśmiała się, wyskakując, aby pomóc, ale rozpiąwszy mu kamizelkę, rzuciła się nagle wtył... na koszuli była krwawa plama... cofnęła się śpiesznie i, okręciwszy się kołdrą, zwinięta w kłębek, patrzała w niego z niedającym się wyrazić trwożnym podziwem i zgrozą... Zrozumiał odrazu wszystko, spostrzegając równocześnie z nią tę plamę; krew musiała aż tam przesiąknąć od noża, zbladł strasznie i rzucił się do łóżka, a pochylając się zwolna nad nią, wbijał oszalałe oczy w jej skamieniałe ze strachu źrenice i pytał cicho, złowrogo:
— Widziałaś, co? Widziałaś!...
Przestała oddychać, krzyk zamarł na otwartych ustach, cisnęła się w pościel przed tą nieubłaganą twarzą, czepiając się rozpaczliwie jego spojrzeń, przebijających niby noże.
Ręką szukał czegoś na piersiach, zęby mu szczękały, a lewa dłoń posuwała się drapieżnie do jej gardła... była już bliską obłędu.
— Co tobie? Co? — wyjąknęła nareszcie jakimś ostatnim odruchem.
To go nieco oprzytomniło, zaczął się gorączkowo ubierać.
— Muszę iść, nie mam czasu, przyjdę kiedy indziej!... — bełkotał, unikając jej oczów, nie śmiała się odezwać, nie odważyła się nawet poruszyć, gdy wychodził.
Stał jakiś czas w ciemnej, pustej sieni, miotały nim ponure myśli.
— Wszystko wie... wyda... może już powiedziała... — Ścisnął rękojeść noża i powrócił do drzwi; były już zamknięte, zakołatał niecierpliwie.
— Otwórz, Rysia! Otwórz, zapomniałem ci dać pieniędzy! — prosił bardzo łagodnie, posłyszał szelest za drzwiami, klucz szczęknął, ale się nie otwarły, nie dała się złudzić obietnicą, poczuła śmierć.
Nie czekając długo, przez wąziutkie podwórko wyszedł na Świętojańską, w sąsiednim zaraz domu mieszkała panna Józia, z przyzwyczajenia spojrzał wgórę, okna czwartego piętra gorzały światłami, aż blask padał na wieżę kościoła. Splunął z jakąś zawistną niechęcią i pobiegł co tchu do domu, na Browarną.
W mieszkaniu nie było nikogo, w sąsiednich facjatach świeciło się jeszcze tu i owdzie, było zaledwie po dziesiątej, brama stała otwarta. Na dole, w parterowych mieszkaniach wszystkie okna błyszczały światłami a od stancji maglarki rozbrzmiewała muzyka i wesoła wrzawa licznych głosów; zabawiali się tam jeszcze.
Przebrał się z pośpiechem, koszulę spalił pod blachą, nóż rzucił na samo dno kuferka pod rzeczy i zaczął się namyślać, co zrobić. Miał ochotę zajrzeć na muzykę, ale mu się prędko odechciało. Zrobił sobie herbaty i, zwolna popijając, patrzał w podwórze, na szeregi jasno oświetlonych okien, prawie bezwiednie zaglądając zgóry do wnętrza różnych mieszkań: u gospodarza pod lampą wiszącą przy stole okrągłym pisał coś chłopiec w mundurku, a jakaś chuda pani z obwiązaną twarzą kładła pasjansa; obok, u sklepikarki, dzieci goniły się po pokoju i pies szczekał; dalej zaś, ktoś czytał gazetę i stara pani siedziała plecami do okna z kotem na kolanach. Podniósł znudzone oczy na okna facjatek, w ostatniej dojrzał przez szyby pochyloną nad robotą głowę szewca, Żyda, i ciągły ruch jego rąk rozbiegających się szeroko co chwila.
Muzyka coraz huczniej rozlegała się od maglarki.
— Miechy nie wytrzymają! — mruknął żałośnie, wsłuchując się w zawodzące tony harmonijki. Michał zagrał wściekłego oberka, że ściany zadrgały od hołupców, buchnęła wrzawą śmiechów, a po chwili, kiedy przycichło, jakiś głos młody i donośny śpiewał:

„Szeroka woda we Wiśle...
„Powiedz, panienko, swe myśle!“

Piosenka ciągnęła się dość długo, aż się zniecierpliwił:
— Żeby was pokręciło, zepsują mi instrument i spać będą przeszkadzali! — Wsunął się za zasłonę na swój barłóg i zaraz usnął.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

A nazajutrz, w poniedziałek rano, chociaż go ręka jeszcze bolała, jak zwykle, poszedł do fabryki, i, jak zwykle, stanął do ciężkiej, codziennej pracy.
To wszystko wczorajsze jakby się w nim zapadło w najgłębszą przepaść niepamięci. Zabił człowieka i nie czuł ani przez jedną chwilę żadnych wyrzutów sumienia, ani obaw żadnych. Zabił człowieka i nie myślał o tem, jak się nie myśli o jakimś dniu dawnym — był, i przeszedł bez śladu.
A kiedy go podziwiali wtajemniczeni, powiedział zupełnie szczerze:
— Jak będzie jaka nowa robota, to ja zawsze i owszem. Dla sprawy zrobię wszystko. Nie wielka zresztą sztuka, każdy potrafi to samo...
Michał chciał go wybadywać o wczorajsze zamysły.
— Wiesz, pogodziłem się z facetem. Porządny chłop! — skłamał przezornie.
Ale Michał spoglądał niedowierzająco, znał jego cichą zawziętość.
Jeszcze wieczorem tegoż samego dnia gazety rozpisały się szeroko o tem zabójstwie, niektóre z nich już szaty rozdzierały nad zdziczeniem obyczajów, a co wznioślejsze i bardziej wodą święconą skrapiane, roniły ciężkie łzy na grobie zabitego ojca rodziny, szlachetnego obywatela i t. p. derdymały.
Policja poszukiwała mordercy z poczwórną gorliwością i całe miasto mówiło parę dni o tej zbrodni niesłychanej.
Mówiono o tem i w fabryce, przy sąsiednich śrubsztakach i tokarniach. Jędruś z uśmiechem wysłuchiwał różnych bajd o zbrodniarzu, a tak go szczerze bawiło, że nieraz pierwszy rozpoczynał o tem rozmowę — i sam snuł najrozmaitsze przypuszczenia.
Któregoś wieczora, kiedy wracał, maglarka dowodziła w sieni.
— Zabili go ci, co to w Boga nie wierzą! Mój Boże, taki godny człowiek, urzędnik, a należał do bractwa różańcowego u Bernardynów, ja wiem o tem z pewnością...
A Jędruś też wiedział do jakiego bractwa należał tamten, więc tylko mu splunął na wieczne odpoczywanie.
Ale, że Ignacowa zaraz na wstępie zaczęła trajkotać o tem samem, nie odezwał się ani słowem, a po kolacji zabrał dzieci na swój barłóg, za zasłonę i wystrugiwał im wiatraczek, zaś Mańce, która dzisiaj wciąż popłakiwała, na pocieszenie obiecywał parę razy, że kupi jej takiego białego pieska, który sam skacze.
Przypomniał sobie zabawkę tamtej dziewczynki...
— Czy to pan Jędrzej ogłuchł dzisiaj? — zła już była na niego za milczenie.
— Słucham, a jakże! Niech pani co powie nowego! — odpowiedział ze śmiechem, że Ignacowa zaczęła mamrotać gniewnie:
— Lokatory, psiekrwie, ganiają po świecie, albo śpią, nawet gęby nie ma do kogo otworzyć. Stawia się to, jakby Bóg wie kto.
Zirytował się, zabrał harmonijkę i rzekł już we drzwiach:
— Od pierwszego mogę się wyprowadzić, za swoje dwa ruble dostanę wszędzie mieszkanie, tylko może bez karaluchów i wrzasków...
— Widzisz go! Jaki mi hrabia, już mu karaluchy przeszkadzają! A idź na zbity łeb! — wykrzykiwała za nim, ugodzona w samo serce.
Poszedł do Żyda i grał tam prawie cały wieczór, otoczony kupą bachorów; stary pracował zawzięcie, cmokał niekiedy z przyjemności, bijąc do taktu młotkiem, a gdy Jędruś odchodził, szepnął mu cicho:
— Ja wiem kogo to zabili w niedzielę... Żeby takich wszystkich to samo spotkało... żeby ich...
— Może ich spotka! — Uśmiechnął się i spać poszedł, ale nie zasnął zaraz, jak zwykle; snuły mu się po głowie słowa maglarki, uparcie wracające, a potem przyszła mu na myśl panna Józia, i taką naraz tęsknotą wezbrało mu serce, że, pomimo wszystkiego, postanowił pójść do nich w najbliższą niedzielę.
Ale do niedzieli było jeszcze strasznie daleko, tyle długich dni i nocy!
I dnie wlokły się tak dziwnie wolno, te smutne dnie późnej jesieni, sieroce dnie bez słońca, szare i posępne; wstawały, oprzędzone duszącemi mgłami, cuchnące zgnilizną i błotem, a kładły się rozdygotane z zimna, wśród plusku deszczów.
Nocami wiatry tłukły się po dachach i świstały w pustych ulicach, jęczały drzewa bezlistne, bełkotały rynny, domy stały obmokłe i czarne, a ciężki smutek przenikał wszystkie serca i głucha tęsknota szarpała duszami.
A Jędruś liczył dnie niecierpliwie, bo i jego żarła coraz boleśniejsza tęsknota, że już, nie mogąc wytrzymać, poleciał któregoś wieczora na Świętojańską, ale wejść do nich nie śmiał, popatrzył tylko na oświetlone okna, powzdychał i powlókł się do domu.
I z tą nadzieją niedzieli zrywał się codziennie na pierwszy, daleki gwizd, chwytał blaszankę z kawą i jeszcze wpółsenny leciał czarną, długą ulicą ku fabryce, buchającej już dymami i światłem słońc elektrycznych, a gdy rozlegał się drugi gwizdek, już wchodził do swojego oddziału i stawał na posterunku — i zawsze, z jednako dziwnym dreszczem, czekał na ostatni sygnał — na pierwszy, jakby senny, ruch kół, na pierwsze drgnienie żelaznych kolosów i świszczący trzepot pasów, porywanych rozpędem.
A potem, kiedy maszyny zaczęły pracować na dobre, kiedy cała fabryka gorączkowo się rozdygotała i przez salę jął się przewalać straszliwy łoskot, niby huk morza wzburzonego, uspokajał się i przywierając do roboty, zapominał o sobie i całym świecie.
I tak mu czas przeszedł do soboty południa. Poleciał, jak zwykle, na obiad do Ignacowej, zjadł śpiesznie i zaraz po czapkę sięgał, gdy go zagadnęła płaczliwie:
— Może pan prędzej wróci dzisiaj i ma oko na dzieci, muszę iść na cały wieczór do ciotki, chora, wie pan, ta co ma dorożki, chrzestna Mańki. Może tam na noc zostanę, a mój niewiadomo kiedy powróci.
Obiecał solennie i pobiegł na Krakowskie, przedłużał sobie drogę do fabryki, ale zachciało mu się obejrzeć ten krawat. Wisiał jeszcze na wystawie i wydawał mu się teraz nawet znacznie piękniejszym.
— Wstąpię po niego wieczorem, po wypłacie — postanowił, obiecując się wystroić w niego na jutro do panny Józi.
Mijając ten dom, powlókł bezwiednie oczami po oknach drugiego piętra: były pootwierane; później spojrzał w głąb apteki, na kanapkę, stojącą wprost drzwi, i poszedł spokojnie dalej. Przypomniał sobie tę scenę niedzielną, tak zimno i obojętnie, jak się przypomina jakiś błahy, już wypełzły sen!
Co go to mogło obchodzić? Stało się to przecież dla sprawy...
— Jednego drania mniej! — myślał, wesoło pogwizdując i śpiesznie leciał, by zdążyć jeszcze przed ostatnią gwizdawką, ale jakiś kondukt zagrodził mu drogę przy Św. Krzyżu, gęsty tłum zalegał trotuar i ulicę.
Jędruś obojętnie przyglądał się twarzom i białym komżom księży, trumnę już wynoszono z podziemi, kołysała się ciężko nad odkrytemi głowami, jakiś krzyk rozdarł powietrze i zakwiliły płacze żałosne, ustawili ją na karawanie, pokrywając wieńcami, zaśpiewali księża i cały pochód ruszył. Jędruś poleciał w swoją stronę, ale na rogu Oboźnej zatrzymał się gwałtownie.
— A może to on? — jakby oślepiająca błyskawica mózg mu przeszyła, odwrócił się, pobladły śmiertelnie i spojrzał wylękle: trumna, niby kopiec kwiatów i zieleni, unosiła się nad czarną masą ludzi, ponury śpiew brzmiał ciszej, przygłuszony turkotem dorożek.
— A może... — jęknęło w nim złowrogim tonem i szybko, bez namysłu, rzucił się za pogrzebem. Chciał się przekonać; złota blacha z nazwiskiem już zdaleka błyszczała, ale przegrodził go tak wielki tłum, że nie mógł jej okiem dosięgnąć. Przeszedł na trotuar, aby zajrzeć zboku i zawahał się w ostatniej chwili, lodowaty dreszcz nim wstrząsnął i oczy się przyćmiły, jakby mu nogi coś splątało, powstrzymując na miejscu, uląkł się tego stwierdzenia. Bał się, i miotając się w sobie coraz bardziej i boleśniej, pozostawał za orszakiem coraz dalej, lecz szedł wciąż, ciągnięty nieprzeparcie. Ta trumna wżerała mu się w oczy, jak ukwiecona, czarna łódź, kołysząca się nad falą głów, płynęła przed nim w szarem, smutnem powietrzu.
Naraz zbliżył się znowu i oblatując wszystkie twarze roztrzęsionem, trwożnem spojrzeniem, dojrzał tuż za karawanem kobietę w czerni i dwoje dzieci; zadrżał, kurcząc się jakby pod ciosem.
— A może to jego?...
Kondukt odsunął się już dość daleko, a on stał jeszcze pod jakimś domem, wstrząsany burzą przerażających myśli — zerwały się w nim, jak orkan i zawyły dzikim, lodowatym strachem. Nie rozumiał, co się z nim dzieje i jeszcze nadaremnie usiłował pojąć; jakby powiekami chciał strząsać bijące w niego pioruny, że tylko ślepł bardziej, pogrążając się w coraz głębszy chaos; w dręczący, niepowstrzymany niczem wir. Myśli mu się rozsypywały, niby suchy piasek z pękniętego czerepu, a serce syciło się zwolna przerażeniem.
I poszedł znowu za pogrzebem, bo iść musiał, jakby przykuty niewytłumaczonym lękiem, bo jakby jakieś ręce straszliwe wysuwały się z tej trumny i ciągnęły go za włosy.
A gdy śpiew księży rozbrzmiał boleśniej, sypiąc się na serca popielnym kurzem dźwięków, Jędruś przytomniał na chwilę, rozglądał się zdumionym wzrokiem, usiłując powiązać pajęcze włókna świadomości:
— Co to za ludzie?...
Ale śpiew przycichł, ludzka ciżba poniosła go ze sobą, a trumna znowu przykuła do siebie, że znowu się pogrążał w męczący sen na jawie.
Dzień był szaro-zielonawy, suchy, wiatr prześwistywał, niebo wisiało niskie i wypełzłe, jak oczy wytarte płaczem; posępne domy błyskały zamglonemi oknami, wieże kościołów rwały się wgórę, niby błagalny i skamieniały krzyk przykutych na wieki do ziemi, drzewa gięły się w jedną stronę, jakby coś szepcąc do siebie nagiemi gałęziami, a bokiem orszaku przelatywały dorożki, ciągnęły ładowne wozy, dzwoniły tramwaje, tłumy snuły się chodnikami, a dokoła wrzało życie bujne i pełne, jak pieniąca się czara; potężne a zwykłe życie dnia, tak już obce i tak już strasznie dalekie dla tego pyłu człowieczego, dla tej grudki ziemi, która stoczyła się z pola żywota i spadała martwa i w przeciwną stronę — w śmierć.
I dla Jędrusiowej duszy, która z krwawym trudem unosiła się ze zgrzęz życia i rozpinana na krzyżu męki, już przeczuwała jakąś jeszcze niejasną a straszliwą prawdę...
Był jej coraz bliższym, rozrastała się w nim gryzącą treścią, już wpełzła w niego, jak żmija okręcając serce kolczastemi skrętami przerażenia, już nawet w czaszkę stukała kościotrupim palcem nieubłagania...
Ale bronił się jeszcze przed nią potężnym instynktem samozachowawczym, przychodziły bowiem chwile, w których ostatkami woli, wszystkim szałem rozpaczy wyrywał się na powierzchnię życia i uciekał z obłędnego koła.
Wracała mu wtedy pełna świadomość swojego ja. Odpędzał mary i dusił strach, myśląc wzgardliwie.
— Cholera z takiemi czułościami! A może to nie on? A zresztą to i cóż się stało, nie człowieka zabiłem, tylko szpicla! — rzucał sam sobie zuchwale i wyzywająco, odwracając się od pogrzebu, ale nim uciekł z kręgu ponurych śpiewów, nim zdążył uchwycić się życia, sumienie znowu go porywało żelazną dłonią i wlokło zpowrotem za karawanem, że szedł jeszcze bardziej uległy tej woli tajemniczej, i nieuświadomiona jeszcze zgroza własnego czynu znowu zatapiała go w przepaście nieopowiedzianego lęku.
Szedł już trupim, automatycznym ruchem, zapatrzony w jakąś dal nieodgadnioną!
Nie wiedział, kiedy przeszli most, ni kiedy minęli domy ostatnie, ni kiedy weszli na szeroką, pustą drogę — nie wiedział już nic.
Zmierzch zasypywał już świat popielną, ciężką kurzawą, wiatr się wzmagał, przydrożne drzewa targały się z żałosnym jękiem, śpiew się rozlegał głucho, jakby łopotem skrzydeł, z pustek i pól oniemiałych wiał smutek śmierci, z niewidzialnych już siedzib wytryskiwały żółte światła, niby korowód zapalanych gromnic, rozsypywał się już wszelki kształt, a wynosiły się z mroków potworne, nieodgadnione majaki.
A Jędruś szedł coraz ciężej i jakby padał w bezkresy, niby drzewo wyrwane przez huragan, ale gdy kondukt przystanął przed cmentarzem, ukrył się bezwiednie za jakiemś drzewem i patrzył, zapominając o wszystkiem...
Trumnę ponieśli na ramionach, orszak się zwarł i ruszył długą, mroczną aleją, za smolnemi pochodniami, co jak krzaki ogniste wybłysły, miotając się z wichurą, ponury śpiew zahuczał i wraz też wybuchały płacze i krzyki. Dzwony zabiły jękliwym, poszarpanym hymnem, że cały cmentarz jakby się rozszlochał i łkaniem napełnił powietrze...
Zrobiło mu się strasznie, dziki spazm bólu zatargał sercem i palące łzy pociekły z oczów, dziwne łzy nieopowiedzianego żalu i tęsknoty.
Wlókł się za wszystkimi.
Mętny, jesienny wieczór obtulał ziemię w wyszarzane, przegniłe łachmany, piaszczyste wydmy żółciły się jak czaszki, drzewa trwożnie szumiały, a jakieś białe brzózki trzęsły się tak rozpacznie, jakby wstrząsane płaczem, jakby lada chwila miały przypaść na mogiły, krzyże mu zastępowały drogę, czerniejąc złowrogo rozpiętemi ramionami, mogiły wyrastały przed nim niezliczonym szeregiem, jakieś krzaki chwytały go za ubranie, jakieś płyty, drzewa i grobowce kładły się przed nim niespodzianą, a nieprzebytą zawałą, a dzwony wciąż biły łkająco i rozpacznie, jakby każda mogiła zosobna krzyczała o zmiłowanie...
Pochód skręcił i gdzieś mu przepadł, jakby się w mrokach roztopił.
Rozglądał się bezradnie, gdyż w jakiejś dali brzmiały przyciszone śpiewy i światła połyskiwały, ale nie mogąc już pojąć gdzie, poszedł bezmyślnie za jakimś innym pogrzebem.
Pogrzeby przesuwały się jeden za drugim nieskończonym korowodem trumien, płaczów, śpiewań, i świateł; szedł już za każdym — i przy każdym grobie, gdy płacze rozdzierały powietrze, gdy krzyki zrywały się, jak przekleństwa, gdy rozlegał się ohydny gruchot ziemi, spadającej na trumnę — cierpiał, jak inni, katusze niewypowiedziane i płakał krwawemi łzami...
Zdawało mu się bowiem, że stracił kogoś najdroższego i oto teraz oddaje go na pastwę wiecznej nocy, więc i tak samo jak drudzy klękał, modlił się, krzyczał, i tak samo czuł ogrom poniesionej straty, i gorycz opuszczenia, i mękę wiecznego rozstania, i rozpacz sieroctwa...
Dusza mu się już zbłąkała, jak w nieskończonościach ptak oślepły, że nawet nie wiedział, kiedy się znalazł z jakąś gromadą w restauracji, pełnej ludzi, żałobnie ubranych, i twarzy zapłakanych.
Garsoni roznosili piwo, parowe kiełbaski i kawałki sera, w kuchni dzwoniono niekiedy w moździerz, a czasami w różnych stronach olbrzymiej sali wybuchały płacze, lub rozpaczliwe skargi, pomieszane z brzękiem kieliszków i przyciszonym gwarem wspominań. Kilku żałobników, popijając przy bufecie, zabawiało się wesoło z grubą gospodynią, a w kącie na stosach okryć spały jakieś dzieci, płaczem zmęczone...
Jędruś siedział przed nietkniętym kuflem, daremnie usiłując sobie przypomnieć, kogo to pochował?
A potem kiedy tragiczny nastrój sali podniósł się jeszcze i powietrze rozdzierały spazmatyczne płacze, zanosił się niekiedy żałosnem łkaniem, bezmierny ból przeszywał mu serce i przygniatał do ziemi, jakby te wszystkie trumny, i te wszystkie trupy, i te wszystkie mogiły zwalały się na niego.
Poczuł się jakby winnym tym wszystkim żałobom i skargom, i jakby każda z tych łez rozpacznych spadała na niego kamieniem i biła przekleństwem!
Pochylał się coraz niżej w strasznem poczuciu własnej winy.
Niekiedy taka boleść ryła mu się w twarzy i wyzierała z oczów, że jakieś litościwe osoby zwracały się do niego ze słowami współczucia.
— Panie, nie wolno tak rozpaczać, Bóg miłosierny zlituje się nad sierotami. I ja dzisiaj pochowałam męża! Sierotam, jak i pan, to rozumiem!... — I tak go pocieszając, gruchnęła nieutulonym płaczem, a z drugiej strony jakiś jegomość trącił życzliwie kuflem w jego, jeszcze nietknięty.
— Wietrzeje, panie kochany! Babska rzecz płacze, młody pan jeszcze... no...
Nawet nie rozumiał, że mówią do niego.
— Żonę pan pewnie stracił! Mój Boże, taki młody i przystojny, a mój nieborak...
— Nie trzeba się poddawać! Uszy do góry, panie kochany! I ja, panie, straciłem już drugą żonę, a przecież jakoś żyję... Trudno, wola boska... Rzepa, panie, była, nie kobieta! Stańcowała się, napiła się potem zimnej wody i szlus, panie kochany! — szeptał, wyciskając palcami piwo z wąsów.
Nie dosłyszał i tego, spoglądał na nich z jakiejś przepaści, gdzie już głosy ludzkie nie dochodzą.
Ludzi jeszcze przybywało do restauracji, że ledwie jedne płacze obeschły, już nowe wybuchały, sala bez przerwy drżała echami jęków i skarg, a z każdego kąta, od każdego stołu łkały żałosne głosy i biadała ludzka niedola, lecz garsoni wciąż roznosili piwo i wódkę, wciąż szczękały talerze i rozwłóczyły się mdłe, obrzydliwe zapachy piwa zwietrzałego i parówek.
— Pewnie po matce tak pan płacze? — zapytał go znowu jakiś głos łagodny.
Dosłyszał nareszcie, długo się patrzył w jakąś poczciwą twarz i rzekł:
— Zabiłem człowieka!...
Jakby oprzytomniał po tem wyznaniu mimowolnem i poczuł niezmierną ulgę; spojrzał dokoła prosto, choć smutnie.
Ogarnęły go spojrzenia pełne politowania, kilka głów zakiwało się znacząco, ktoś palcem stuknął w czoło, a jeszcze ktoś odsunął się od niego.
Jędruś podniósł się i wolno wyszedł na świat.
Noc już była, nad miastem gorzały łuny, w nieprzejrzanej topieli nocy błyskało tysiące świateł, jakby niezliczone oczy patrzyły ze wszystkich stron, głuchy, oddalony jeszcze szum miasta huczał nieustannie.
Jędruś dopiero na moście przystanął, by nieco odpocząć.
Wsparł się na balustradzie i patrzył w tajemniczy, rozdrgany mrok, w cicho płynące fale, wilgotny powiew chłodził mu twarz zgorączkowaną, a wody pluskały cicho, usypiająco, i z tak dziwnem, a słodkiem ukojeniem, że z trudem oderwał się od poręczy.
— Winienem! — szeptał, jakby tylko do własnej duszy.
Naraz przystanął nagle, trup zabitego unosił się przed nim... leżał, jakby wpoprzek chodnika... rozerwana pierś buchała krwią... twarz się wykrzywiała męką konania...
Nie przeraził się już ani na mgnienie, przetarł tylko oczy i poszedł, ale nie śmiał spojrzeć przed siebie, bo czuł, że tamten musi być przed nim, przez zamknięte powieki widział go teraz tak dobrze, jak wtedy, w aptece... na kanapce leżał... cały we krwi... w ostatniej chwili konania... słyszał płacz dzieci...
Ale nie mógł tego długo wytrzymać, bo, doszedłszy do Zjazdu, rzucił się jak szalony i leciał, roztrącając przechodniów.
Ignaców w domu nie było, a dzieci spały nierozebrane, ale, gdy wszedł, zbudziły się i chłopiec zapłakał, skarżąc się, że głodny. Uspokoił je, nakarmił troskliwie, zmówił z niemi pacierz, ułożył w pościel, obtulił troskliwie i siadł przy nich na łóżku.
— Winienem! — szepnął ciszej i boleśniej, gdyż ostre poczucie winy jęło go znowu rozdzierać aż do męki, aż do szaleństwa.
— Winienem! — powtarzał, kurcząc się w sobie, bo ten dźwięk, jakby go bił po głowie kamieniem i przywalał rumowiskami żałości.
— Musiałem! Przecież on był... — jęknął, usprawiedliwiając się trwożnie przed nieubłaganym trybunałem sumienia, ale naraz wszystkie powody i usprawiedliwienia wydały mu się tak nikłe i, tak głupie i złe wobec własnej winy, że chwycił się z przerażenia za głowę.
— Zabiłem! Zabiłem! Zabiłem! — jęczał, pochylając się coraz niżej, jakby pod uderzeniem noża i za każdem powtórzeniem przejmowała go jeszcze głębsza groza i straszny, nieopowiedziany lęk.
Bał się już poruszyć z miejsca, bał się otworzyć oczy, bał się oddychać głośniej, gdyż mu się wydało, że trup stoi obok i pochyla się nad nim, że czuje, jak ciepła krew jego ran spływa mu na twarz, przesiąka ubranie i oblewa mu ciało lepką, gryzącą falą i przepala nieustraszoną męką strachu i przerażenia.
Wcisnął głowę w poduszkę i rozdygotał się takim niepowstrzymanym a gwałtownym szlochem, aż dzieci się pobudziły i, szepcąc trwożliwie, jęły go obejmować i kwilić żałośnie.
— Jędluś! Mama cię wybiła? Jędluś? — pytała cichutko dziewczynka.
— Boli! Mama... Cę jeść... — jąkał chłopiec.
— Cicho, Jędluś! Nie płacz! Cicho... śpij... a... a... a... — zanuciła płaczliwie, usiłując nim zakołysać, ale, że się nie poruszył, przytuliła się do niego i, objąwszy za szyję, gładziła po głowie pieściwym, matczynym ruchem i gorąco całowała.
Płakał jednak coraz rzewliwiej i boleśniej, zanosił się już wprost od płaczu, że i dzieci rozkwiliły się cichutko, jak pisklęta opuszczone. Przygarnął je jakimś bezwiednie serdecznym odruchem i już tak razem płakali, i już tak razem mieszały się łzy, i jednym rytmem biły serca, i skarżyły się żałośnie dusze udręczone.
Długo płynęły te nieme, bolesne strugi, długo brzmiały te szlochy sieroce i jakieś senne, porwane słowa, i jakieś lękliwe skargi aż wkońcu przycichły zupełnie, posnęli twardym snem wyczerpania.
Ale Jędruś po jakimś czasie przebudził się i usiadł.
Noc była w izdebce, dzieci spały spokojnie, deszcz zacinał w okno a niekiedy jęk wiatru wdzierał się przez szyby i przesmutnem tchnieniem rozbrzmiewał w ciszy.
Jędruś zapomniał już o strachu, jakby nawet zapomniał o wszystkiem, nasłuchiwał tylko z niezmierną uwagą jakiegoś głosu, jakiegoś nakazującego głosu i stanął zapatrzony bezmyślnie w mętną, rozpierzchłą źrenicę nocy.
Zapomniał już nawet o sobie i, chwiejąc się jakby na krawędzi niewiadomego, pochylał się zwolna w jakieś głębie obłędne, zasuwał się w jakiś mrok nieprzejrzany.
Naraz porwał się gwałtownie i wyszedł na ulicę.
Zegar jakiś wybijał gdzieś północ głuchym, dręczącym głosem. Wilgotne, zimne mgły nakrywały domy obmokłe, miasto już spało, tylko jeszcze gdzie niegdzie, zawieszone w powietrzu, świeciły jakieś okna zgubione, niby zasypiające oczy.
Pochylił się nieco, gdyż drobny, przykry deszcz zacinał mu w twarz, i bezwiednie, automatycznie poszedł do swojej fabryki. Ale stanąwszy przed bramą zamkniętą, nie mógł sobie przypomnieć, gdzie jest i poco?
I napróżno usiłował coś zrozumieć, tylko jakieś rozpierzchłe mgły przypomnień i słabe majaki zarysów przepływały mu przez mózg, ale tak spienioną i wrzącą falą, że nim je zdołał pojąć, ginęły niepochwytne, rozsypywały się w nikły, nieujęty pył. Poczuł się jakby w pustym, odrętwiałym śnie, i jak we śnie wlókł się ulicami, nic nie myśląc już o niczem i nie wiedząc...
Deszcz sączył się nieustannie i wiatr łomotał po dachach i szarpał szyldami, a rynny bełkotały w ciszy ulic tak obumarłych i pustych, że tylko niekiedy jakiś zapóźniony przechodzeń przemycał się lękliwie lśniącemi trotuarami.
Ale on wlókł się wolno Krakowskiem, szedł niby słup głuchy i niemy, zapatrzony pustemi oczami przed siebie; dochodził do kolumny Zygmunta i zawracał automatycznie, jak wtedy... I jak wtedy chodził bezustannie, snuł się cicho jak cień chwiejny, niewiadomo skąd płynący, chodził bez myśli i celu, że nawet nie zauważył tamtego domu... ni miejsc tamtych... nie przypomniał sobie o niczem... Czasem przyglądał się z głęboką uwagą koniom dorożkarskim, drzemiącym na boleśnie podkurczonych nogach, a potem zasunąwszy się w cień jakiegoś domu, stał długo i bezmyślnie, nie czując zimna ni deszczu.
Jakaś dziewczyna, napróżno polująca na kochanków, przysunęła się trwożnie i jęła szeptać gorąco...
Jakby go przebudził jej głos, bo wzdrygnął się gwałtownie i pochwyciwszy za rękę, pociągnął ją pod latarnię.
Poznali się natychmiast.
— Facuś z majchrem! A tak cię szukałam! No, chodź do mnie... Myślałam, że cię schowali! Chodź prędzej, zmarzłam jak pies... — wołała radośnie, cisnąc się do niego namiętnie.
Zatrząsł się febrycznie, przypomnienia zalały mu mózg krwawym brzaskiem i trup znowu stanął przed nim...
— Wiesz, to ja go zabiłem! — szepnął, wskazując w próżnię. — Zabiłem! — powtórzył mocno, topiąc w niej obłędne, dzikie oczy.
Dziewczyna wyrwała mu się z rąk i uciekła przerażona.
A i jego przejął lodowaty dygot strachu, obejrzał się trwożnie, dziewczyna zniknęła, ale trup stał za nim o parę kroków...
Ruszył śpiesznie, tamten był wciąż...
Leciał już jak wiatr, rozbijając się o słupy i latarnie, leciał gnany dzikim, nadludzkim strachem, ale trup, jakby przywiązany nierozerwalnym łańcuchem, biegł za nim wciąż jednako... Zbrakło mu wreszcie sił, że powlókł się wolno i ciężko, nie patrząc już za siebie...
Ale jakieś błyski świadomości przeszywały mu duszę omroczoną, bo z pewną trwogą przyglądał się stójkowym po rogach ulic, lękliwie przechodził miejsca bardziej oświetlone, a już to jedno wiedział na pewno i czuł, że tamten idzie za nim trop w trop... słyszał odgłosy jego cichych, martwych stóp... rozlegały się równe i nieustanne, jakby ciągły gruchot ziemi, zasypującej trumny...
Czasem nagle przystawał i w błyskawicowem mgnieniu ciszy, słyszał że i tamten staje... że jest tuż za nim... że jego trupi oddech owiewa mu głowę...
Wtedy uciekał oszalały.
Ulice, place, ludzie, światła, domy, — wszystko stało mu się jakąś puszczą niepojętą, puszczą nieprzebytą i nieskończoną, po której błądził, goniony przez trupa...
Aż zmęczony śmiertelnie padł pod jakiemś drzewem w Łazienkach.. Przytuliła go litośnie jesienna, straszna noc.
Wiatr skowyczał w ciemnościach niezgłębionych, park szumiał złowrogo, kołysząc się ciężko nad jego głową, a cichy płacz deszczu, nieutulony płacz nocy jesiennej łkał nad nim smutkiem przejmującym i żałością.
Siedział skulony, cisnąc się bezradnie do drzewa, i jakby z zabitemi na wieki oczami, bo tamten czyhał, aby uczepić się jego spojrzeń i wślizgnąć do duszy, że już tak siedział bez ruchu całe godziny, trwał jak te drzewa, ziębnące bezlitośnie i jak te drzewa martwiał zwolna... i rwał się niekiedy... szumiał rozpacznie... a grążył się coraz głębiej w odrętwienie... Może i zasypiał niekiedy jak one, ale nie wiedział o tem, jak i one, gdyż długie chwile ciszy rozkrążały się nad parkiem i drzewa wisiały niby chmury posępne i głuche, tylko jeden deszcz nie ustawał ani na chwilę.
Że już cały świat dygotał z zimna, park wstrząsał się niekiedy w lodowatym dreszczu, szamotał bezsilnie i zasypiał znowu odrętwiałym, ciężkim snem.
Jakiś pies bezdomny przywlókł się do niego i, skamląc boleśnie, tulił mu się do piersi.
Noc szła wolno, ociężałym krokiem szarugi nieskończonej.
Jędruś budził się czasami, coś nasłuchiwał i znowu zapadał w niepamięć martwą, jak gałąź poruszona na chwilę.
Przegniły, zielonawy świt już się zaczął przesączać z ciemności, gdy jacyś ludzie przechodni spostrzegli go pod drzewem.
— Hej! Pan! — zakrzyczał jeden, kopiąc go w bok.
Nie dosłyszał, podnieśli go na nogi, ale zatoczył się i runął w błoto jak kłoda.
Przebudzili go wreszcie uderzeniem nóg i pięści.
— Kto ty takoj? Kto?
Twarz miał siną jakby ze zlodowaciałego błota, oczy mu pałały gorączką i, nie rozumiejąc czego chcą od niego, rozglądał się uważnie dokoła, trup stał na dawnem miejscu, nieco zboku...
— Zabiłem go! — wybełkotał nieprzytomnie. — Zabiłem! — powtarzał szeptem, uśmiechając się tępo a radośnie, jak dziecko.
Powlekli go do cyrkułu, chciał się im wyrwać, lecz nim zdążył, kułaki rozkrwawiły mu twarz i podbiły oczy, że już szedł spokojnie, oglądając się chwilami na tamtego... był za nim nieodstępnie. Ale Jędruś już zapadał w stan taki, że patrzył bez lęku, obojętnie, a wkońcu zapomniał już o wszystkiem, czuł się tylko strasznie chorym i zmęczonym, a często łapał się z jękiem za głowę rozbolałą.
Rzucono go do jakiejś nory więziennej, gdzie wił się w mękach szaleństwa, gdzie długie dnie przesiadywał skulony pod ścianą i patrząc pustemi oczami w próżnię, lub ogarnięty gorączką całe godziny uciekał przed tamtym... rozbijając się o ściany i krzycząc nieprzytomnie...
Dopiero gdy się uspokoił, zaprowadzono go do badania.
Nie odpowiadał na żadne pytania, nie rozumiał, lecz spostrzegłszy trupa, wskazał na niego:
— To ja go zabiłem! — Zaśmiał się cicho i tak idjotycznie a zarazem strasznie, że straż odskoczyła a sędzia krzyknął:
— Warjat! W szeju jewo i za dwieri...
Ale ktoś miłosierny umieścił go w szpitalu.
I po wielu miesiącach znalazł się znowu na ulicy.
Ale się już zatracił w obłędzie zupełnie i na zawsze.
Błąkał się po mieście cichy i zmartwiały, jak tamten.
Ktoś go pożywił z miłosierdzia, ktoś rzucił grosz, ktoś kopnął ze współczucia lub kijem odpędził od drzwi, nie zważał na to, uśmiechał się obłędnie, wołał na tamtego, z którym już żył nierozłącznie i ruszali razem w nieskończoną, ciągłą, nieustanną wędrówkę po ulicach.
A gdy spadły na miasto dnie huraganów, gdy w ulicach zrywały się krwawe hymny zemsty i grochotały salwy karabinów, i rozlegały się dzikie tętenty szarż, krzyki mordowanych, a trupy bojowników padały, Jędruś był wszędzie, snuł się jak cień nieśmiertelny i nieodstępny każdego mordu, zbrodni każdej i każdej śmierci, stawał przy trupach i strasznym krzykiem sumienia nagle rozbudzonego, wołał:
— To ja go zabiłem!
Ale potem znowu się śmiał cicho, idjotycznie, wstrząsająco i uciekał, gnany wszystkiemi furjami szaleństwa i strachu...








Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.