Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


czył go gwizdać walca, chciał go zanieść dopiero na imieniny... Tylko matka nie była mu rada, dogryzając przy każdej sposobności.
— Mieszka kątem u posłańca i o porządną pannę się stara, smoluch jeden — zwierzyła się kiedyś przed Michałem.
Wiedział o tem, ale, nie zważając na jej przycinki, przychodził w niedziele. Starać się jeszcze nie starał o pannę Józię, marzył tylko o tem niekiedy, ale strasznie lubił posiedzieć u nich wieczorem i zagrać pannom na harmonijce. Był sierotą, nie miał nikogo na świecie, więc ten dom rajem mu był po zadymionej fabryce, ogrodem kwietnym po izdebce u Ignaców.
— Z pół godziny posiedzę — usprawiedliwiał się teraz przed sobą. — Może już tam nigdy nie pójdę... nigdy... — szepnął smutnie.
Dziwna żałość ścisnęła mu serce.
— Żeby ją tylko jeszcze zastać! — myślał, biegnąc z Bednarskiej ku Zygmuntowi, ale co raz obejrzał się trwożnie, przeleciał kilkanaście kroków i po raz drugi się obejrzał, wreszcie przystanął pod Bernardynami i długo, badawczo patrzał na dom, gdzie mieszkał tamten... skazany.
Dom stał po drugiej stronie Krakowskiego, ogromny, pyszny, jak bogacz, połyskujący szeregiem wielkich wystaw. Nie mógł oderwać oczu od okien drugiego piętra, bo mu się zdawało, że z za firanek wyziera ta twarz nienawidzona.
— Pod włos i z całej siły! — mruknął, czyniąc ten ruch bezwiednie.