Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Dobrze mu idzie?
— Dobrze! — uśmiechnął się pobłażliwie. — Jemu tam, jak w raju! Przysłał swoją fotografję, synowa ją wzięła dla krewnych, zobaczy pan, jak on tam ubrany... ma surdut, co tak na oko wart ze trzydzieści rubli... cały jaśnie pan, nie taki kapcan, jak my wszyscy! nie...
Jędruś uśmiechnął się ironicznie.
— Pan się śmiać nie potrzebuje, panie Kowalski! Prawdę mówię, on na tydzień więcej zarabia, niż my na cały rok! Jemu jest bardzo dobrze, w Ameryce jest wszystkim bardzo dobrze! To tylko u nas tak ciężko człowiekowi. Komu jest u nas dobrze? Może panu jest dobrze? Może pani Ignacowej jest dobrze? Panie Kowalski, komu jest z nas dobrze? — wołał krzykliwie, coraz mocniej tłukąc młotkiem w skórę.
— Bogaczom jest dobrze, nie pasą się to naszą krwią?...
— Takie słowo to jest ten wiatr, panie Kowalski. Pan Bóg im poszczęścił i dorobili się, ja nie o nich mówiłem.
— Naszą krzywdą się dorobili! — rzekł nienawistnie.
— To jest bardzo ładne słowo, ale to nieprawda! Przecież każdy człowiek chciałby być bogaczem! Czy panbyś nie chciał mieć kamienicę, zdrowe dzieci i ładną żonę, co?
Jędruś milczał, przypomniały mu się marzenia o Józi i założeniu własnego warsztatu.
— Panie Kowalski, wszyscy chcą jednego — upewniał z mocą Żyd.