Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ano, to podyndam!... Lepsi ode mnie się nie zlękli... przecież to za sprawę... za wolność... za wszystkich... — szeptał ze drżeniem uniesienia i zapału, i znowu owładnął nim dziwny spokój, spokój bez troski, głębokiej wiary i nieustraszoności.
— Zabiję go, mnie powieszą i będziemy na kwit! — zaśmiał się takim radosnym, szerokim śmiechem, że dzieci się przysunęły.
— Hajty! Hajty! — napraszał się chłopiec, chwytając go za but, a dziewczynka zaczęła mu paluszkami przygładzać wzburzone włosy...
Nie bronił się i chłopaka kołysał na nodze.
— Hop, hop, hop, jedzie chłop... A tak pan, a tak pan! — przyśpiewywał, podrzucając go wysoko, a potem dziewczyna, ściągnąwszy brata na ziemię, kazała sobie poczesać włosy i zapleść niebieską wstążeczkę, „jak ma Frania maglarki“. Zrobił i to, ale już miał dosyć, bo krzyknął:
— Siedźcie cicho, bębny, zaraz przyjdę.
Owładnęła nim szalona chęć, aby zobaczyć znajomych, aby polecieć na miasto i skąpać się we wrzawie i ruchu, wystroił się śpiesznie i już przed drzwiami stanął bezradnie, jak skamieniały.
— Gdzie iść? Do kogo? Przecież nie będę się włóczył po ulicach, jak pies! — myślał z przykrością niezmierną. — Dopiero trzecia, do ósmej strasznie daleko. — Bezwiednie pomacał kieszeń, nóż był na swojem miejscu... Przypomnienie zimną błyskawicą przewinęło się przez serce.