Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ostatni sygnał — na pierwszy, jakby senny, ruch kół, na pierwsze drgnienie żelaznych kolosów i świszczący trzepot pasów, porywanych rozpędem.
A potem, kiedy maszyny zaczęły pracować na dobre, kiedy cała fabryka gorączkowo się rozdygotała i przez salę jął się przewalać straszliwy łoskot, niby huk morza wzburzonego, uspokajał się i przywierając do roboty, zapominał o sobie i całym świecie.
I tak mu czas przeszedł do soboty południa. Poleciał, jak zwykle, na obiad do Ignacowej, zjadł śpiesznie i zaraz po czapkę sięgał, gdy go zagadnęła płaczliwie:
— Może pan prędzej wróci dzisiaj i ma oko na dzieci, muszę iść na cały wieczór do ciotki, chora, wie pan, ta co ma dorożki, chrzestna Mańki. Może tam na noc zostanę, a mój niewiadomo kiedy powróci.
Obiecał solennie i pobiegł na Krakowskie, przedłużał sobie drogę do fabryki, ale zachciało mu się obejrzeć ten krawat. Wisiał jeszcze na wystawie i wydawał mu się teraz nawet znacznie piękniejszym.
— Wstąpię po niego wieczorem, po wypłacie — postanowił, obiecują się wystroić w niego na jutro do panny Józi.
Mijając ten dom, powlókł bezwiednie oczami po oknach drugiego piętra: były pootwierane; później spojrzał w głąb apteki, na kanapkę, stojącą wprost drzwi, i poszedł spokojnie dalej. Przypomniał sobie tę scenę niedzielną, tak zimno i obojętnie, jak się przypomina jakiś błahy, już wypełzły sen!