Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Może ich spotka! — Uśmiechnął się i spać poszedł, ale nie zasnął zaraz, jak zwykle; snuły mu się po głowie słowa maglarki, uparcie wracające, a potem przyszła mu na myśl panna Józia, i taką naraz tęsknotą wezbrało mu serce, że, pomimo wszystkiego, postanowił pójść do nich w najbliższą niedzielę.
Ale do niedzieli było jeszcze strasznie daleko, tyle długich dni i nocy!
I dnie wlokły się tak dziwnie wolno, te smutne dnie późnej jesieni, sieroce dnie bez słońca, szare i posępne; wstawały, oprzędzone duszącemi mgłami, cuchnące zgnilizną i błotem, a kładły się rozdygotane z zimna, wśród plusku deszczów.
Nocami wiatry tłukły się po dachach i świstały w pustych ulicach, jęczały drzewa bezlistne, bełkotały rynny, domy stały obmokłe i czarne, a ciężki smutek przenikał wszystkie serca i głucha tęskota szarpała duszami.
A Jędruś liczył dnie niecierpliwie, bo i jego żarła coraz boleśniejsza tęsknota, że już, nie mogąc wytrzymać, poleciał któregoś wieczora na Świętojańską, ale wejść do nich nie śmiał, popatrzył tylko na oświetlone okna, powzdychał i powlókł się do domu.
I z tą nadzieją niedzieli zrywał się codziennie na pierwszy, daleki gwizd, chwytał blaszankę z kawą i jeszcze wpółsenny leciał czarną, długą ulicą ku fabryce, buchającej już dymami i światłem słońc elektrycznych, a gdy rozlegał się drugi gwizdek, już wchodził do swojego oddziału i stawał na posterunku — i zawsze, z jednako dziwnym dreszczem, czekał na