Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Cholera z takiemi czułościami! A może to nie on? A zresztą to i cóż się stało, nie człowieka zabiłem, tylko szpicla! — rzucał sam sobie zuchwale i wyzywająco, odwracając się od pogrzebu, ale nim uciekł z kręgu ponurych śpiewów, nim zdążył uchwycić się życia, sumienie znowu go porywało żelazną dłonią i wlokło zpowrotem za karawanem, że szedł jeszcze bardziej uległy tej woli tajemniczej, i nieuświadomiona jeszcze zgroza własnego czynu znowu zatapiała go w przepaście nieopowiedzianego lęku.
Szedł już trupim, automatycznym ruchem, zapatrzony w jakąś dal nieodgadnioną!
Nie wiedział, kiedy przeszli most, ni kiedy minęli domy ostatnie, ni kiedy weszli na szeroką, pustą drogę — nie wiedział już nic.
Zmierzch zasypywał już świat popielną, ciężką kurzawą, wiatr się wzmagał, przydrożne drzewa targały się z żałosnym jękiem, śpiew się rozlegał głucho, jakby łopotem skrzydeł, z pustek i pól oniemiałych wiał smutek śmierci, z niewidzialnych już siedzib wytryskiwały żółte światła, niby korowód zapalanych gromnic, rozsypywał się już wszelki kształt, a wynosiły się z mroków potworne, nieodgadnione majaki.
A Jędruś szedł coraz ciężej i jakby padał w bezkresy, niby drzewo wyrwane przez huragan, ale gdy kondukt przystanął przed cmentarzem, ukrył się bezwiednie za jakiemś drzewem i patrzył, zapominając o wszystkiem...
Trumnę ponieśli na ramionach, orszak się zwarł i ruszył długą, mroczną aleją, za smolnemi pochodniami,