Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.



— Czy to robota majchrem, na cicho?
W odpowiedzi, Jędruś pokazał mu długi, wąski sztylet z szeroką rękojeścią, stal zamigotała kąśliwem ostrzem, niby błyskawica.
— Bykowiby serca namacał... wystarczy połowa... — szepnął Michał.
Jędruś uśmiechnął się dziwnie, nóż wpuścił w kieszeń na piersiach, wyjął z kuferka harmonijkę, przysiadł na łóżku pod ścianą i grać zaczął. — Zdawał się być zupełnie spokojny i cały zatopiony w muzyce, głowę pochylił nad miechami, z lubością nasłuchując dźwięków.
Sztajer rozległ się brzękliwą strugą po ciasnej izdebce poddasza i zakręcał tanecznym, rozkołysanym wirem, aż dzieci, siedzące na podłodze, zaczęły klaskać, podrygiwać i śpiewająco wołać:
— „Kosiu, kosiu w rączki, pojedziem na łączki” „Kosiu, kosiu w łapki, pojedziem do babki...“
A z klatki zawieszonej w oknie kos zagwizdał.
Michał wychylił głowę z za niskiej zasłony, oddzielającej ich barłogi od reszty izby i ze szczególną ciekawością przyglądał się przyjacielowi.
— Mleczak, z pannami chodzi do kościoła, w knajpie nie postoi, sztamy z nikim nie trzyma i do majchra się bierze! No, no... — mruczał półgłosem.