Czekam...

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Czekam...
Pochodzenie zbiór Na krawędzi
Data wydania 1925
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Zakłady Graficzne Straszewiczów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
CZEKAM...
(Opowiadanie)




...i co noc już rozlegały się w podwórzu i na schodach brzęki ostróg i pałaszy, co noc już widziałem w oknach biegające trwożnie światełka i słyszałem dokoła dzwonki alarmujące, przyciszone szepty, głośne stukania, łomot wyważanych drzwi, bieganiny na piętrach, aż się wszystko trzęsło w moim pokoju; przewracanie mebli, rozdzierające krzyki, wybuchy płaczów, ciężkie odgłosy padających ciał, głuche wrzawy szamotań wśród przekleństw, straszne, rozpaczliwe zmagania się wleczonych po schodach — i turkoty dorożek, uwożących daleko, daleko...
Nie mogłem już zasnąć ani na chwilę.
Nie kładłem się nawet, gasiłem tylko lampę i czekałem, byłem pewny, że lada chwila i przed mojemi drzwiami przycichną ciężkie stąpania i ktoś zawoła:
— Telegrama!
Ale omijali mnie, jakby na urągowisko.
Brali inteligentów, brali robotników, brali kobiety, ba, nawet kilkunastoletnich wyrostków.
A ja męczyłem się coraz okropniej.
Że wkońcu pragnąłem już z całej siły, żeby i mnie wzięli jak najprędzej, żeby już nie czekać, nie umierać z trwogi, nie słyszeć tych krzyków, co mi przeszywały duszę i nie widzieć tych łez gorzkich, tych palących łez matczynych, żeby wreszcie uciec od własnego szaleństwa.
Nie, nie przyszli po mnie.
Wyprowadziłem się z tego domu, myśląc, że zapomnę o wszystkiem, ale trwoga poszła za mną...
Napróżno przenosiłem się z mieszkania do mieszkania, strach wszędzie czyhał na mnie i brał w swoje szpony piekielne, wciąż nie mogłem spać i wciąż całe noce przesiadywałem w dręczącem oczekiwaniu.
I nie wypowiedzieć, co przecierpiałem w te długie, nieskończone noce, kiedy każdy szmer był mi gromem, każda chwila wiecznością, a każde uderzenie serca, każdy ruch myśli wichrem trwogi straszliwej, a wszystkie moje uczucia niezgłębionem przerażeniem.
Ale i dnie nie przynosiły ulgi ni uspokojenia.
Warszawa bowiem była wówczas wzburzona do dna, dygotała od ogni wewnętrznych, które groziły wybuchem wulkanów. Niepokoje, trwogi i uniesienia, nadzieje i rozpacze, naprzemian targały sercami.
A co dnia inne wieści, inne obawy, inne hasła nerwowały ludzi do szaleństwa. Wszyscy już byli pijani marzeniem, pijani krzywdą, i pijani pragnieniem czynów, bohaterstw i poświęceń.
Pękały łańcuchy, budziły się dusze, podnosiło się pohańbione człowieczeństwo, nadchodził świt nowych, dostojnych dni, ale ja wciąż jednako cierpiałem, jednako bałem się nocy i jednako rwały mnie wampiry trwóg nieopowiedzianych.
Więc jakby w ostatniej ucieczce przed obłędem, prosiłem jednego z przyjaciół, aby mnie kazał uwięzić lub zamknął w szpitalu, gdzie zresztą chce, gdzie uważa, że mi lepiej będzie.
Zabrał mnie do siebie.
I rzeczywiście zacząłem się uspokajać.
Było mi dziwnie dobrze w atmosferze pracy i przyjaźni.
Złowroga noc traciła nade mną władzę.
Że zwolna wracałem już do zwykłego, normalnego życia.
Gdy naraz, jakiejś nocy rozbudziło mnie gwałtowne dzwonienie.
— Rewizja! — ktoś zawołał do mnie.
Wiedziałem już o tem, przeczułem, że tak się stać musi.
Strach znowu wpełznął do serca i powlókł mnie za włosy.
Znowu przyszli nie po mnie, znowu nadaremnie czekałem.
A kiedy się wszystko skończyło i mego przyjaciela zabrali, i pozostałem znowu sam na sam z trwogą, aż rozpacz rzuciła mnie z piętra na bruk.
Chorowałem ciężko przez kilka miesięcy.
Jak przez mgłę, niby sen dawny, pamiętam salę szpitalną, i długie, długie noce, i pluski deszczów, i białe fartuchy doktorów, i zapach karbolu, i jakąś twarz kobiecą, pochyloną nade mną, i jakieś ciepłe ręce na czole...
Ale potem już nie pamiętam, czy gdzie mieszkałem.
Wiem tylko, że włóczyłem się po mieście, jak pies bezdomny.
Nie bałem się, już niczego, ale wszystko mnie przerażało.
Przerażała mnie noc, ale i dzień przerażał, gdy się wynosił niby blady trup z ciemnicy. Przerażali mnie ludzie i przerażało drzewo samotnie stojące, przerażał cień rozchwiany, głosy niespodziane, chmury stłoczone, domy wyniosłe, gardziele pustych ulic, szum wiatru, lot ptaków, błyski światła, to czyjeś oczy patrzące na mnie — wszystko.
A równocześnie parła mnie niepokonana żądza zajrzenia na dno każdej rzeczy, każdej trwogi, każdego niebezpieczeństwa. Że byłem wciąż głodny coraz innych, coraz bardziej przerażających wrażeń.
Umierałem z nadmiaru a cofnąć się nie potrafiłem przed niczem; żyłem już wśród ludzi i rzeczy ohydnych, na samem dnie okropności, jakby w obłędnej mgle zgrozy ustawicznej.
Aż przyszła błogosławiona chwila wyzwolenia.
Moje przerażenie umarło nagle, umarło na zawsze, spaliło się na popiół, opadło ze mnie niby łachman znoszony.
Poczułem się znowu wolny, ale zacząłem widzieć dokoła zdumiewające rzeczy.
Miastem zatargały spazmy trwogi.
A moje przerażenie zmartwychwstawało we wszystkich oczach, we wszystkich sercach, ożyło nawet w domach, nawet w powietrzu.
Ja byłem wolny, ale oni cierpieli coraz srożej.
Mój strach już bowiem obejmował całe miasto, moje przerażenie krzewiło się w sercach jak płomień niczem nieugaszony. Zaraziłem ich śmiertelną chorobą.
Widziałem to, czułem, sprawdzałem w każdej twarzy, na każdym kroku, wszędzie.
Upijałem się szaloną, głupią i złą radością.
A miasto grążyło się w rozhukanych odmętach.
Pamiętam dobrze ten pierwszy dzień chaosu, ten dzień trwogi powszechnej, pierwszy dzień nieszczęsnych, długich dni... Bezbrzeżny smutek tlił się we wszystkich twarzach...
Dzień wlókł się ociężale; blady był, mdlejący, podobien do chorego człowieka, wstrząsanego przez dreszcze febryczne. A pierwszy zmrok, ten styczniowy, wczesny mrok sypał się na miasto tumanem przemarzłych, zielonawych cieniów. Jakby pył zlodowaciałych łez zasypywał całe miasto.
Wiatr zrywał się co chwila i miotał z jękiem w mroczonych ulicach niby ptak spętany.
Niekiedy polatywał suchy i nikły śnieg.
Zaś miasto przejmował straszny dygot lęku.
Pustoszały ulice.
Zamykano gorączkowo sklepy.
Ostatnie dorożki uciekały jak oszalałe.
Mówiono szeptem, stawano trwożnie na rogach ulic, rozglądano się podejrzliwie, i uciekano z przerażeniem.
Wieści z północy dalekiej leciały wciąż, leciały stadem kruków, kraczących coraz okropniejsze rzeczy.
Co chwila hukały bramy, zawierane na noc.
I co chwila rozlegał się dziki wrzask i brzęki tłuczonych latarń i jakieś wstrząsające, złe ryki.
Trwoga wionęła ulicami.
Złowróżbne milczenie dygotało w zamarłych domach. Niezliczone okna czerniały niby puste oczodoły.
Robiła się ciężka i posępna noc, miasto jakby się zapadło w otchłanie ciemności.
Nie zabłysło nawet ani jedno światło, ani jeden błysk nie zatrzepotał się w mrokach, było jak w lesie olbrzymim, pełnym nieodgadnionych szmerów i zjaw nocy zimowej.
Ulice stały się labiryntem, kutym w nieprzeniknionych mrokach, niektóre zaledwie szarzały, niby rozwarte gardziele jakichś potworów, a niektóre leżały, niby trupy potopione na dnie przepaści. Jakieś wieże i szczyty majaczyły podobne okrętom pobłąkanym w ciemnościach. Jakieś place rozlewały się w zmartwiałe zatoki, oślepłe i głuche.
A nad tem niebo rozpinało swój namiot smutny, niebo bez gwiazd, ołowiane, ciężkie, nieprzeniknione.
I wiatr lodowaty przewalał się po niedojrzanych dachach.
I jakieś drzewa szumiały żałośnie.
Nieopowiedzianą grozą dyszało miasto, jakby ciężkim tchem żywcem zagrzebanych.
Poszedłem w noc nieprzeniknioną, bo wołał mnie gdzieś jakiś głos, jakiś nakaz mnie zmuszał, że musiałem iść, musiałem czegoś szukać i czekać na coś niewiadomego.
Błąkałem się w pustych, potopionych ulicach, ale czułem, że dokoła zaczynają się stawać rzeczy dziwne, niezrozumiałe i groźne; noc jęła się mrowić i drgać niepojętemi barwami, rwały się jakieś szepty tajemnicze, buchały jakieś wrzawy dalekie, a niekiedy jakieś tętenty przelatywały jak gromy.
Wszystko przybierało zarysy halucynacji, że zdawało mi się, iż śnię i nie mogę się przebudzić.
Ale chodziłem wciąż, wlokłem się bez przestanku czarnemi tunelami bez końca i nazwy, błądziłem poomacku, jakby w labiryncie bez wyjścia, potykając się o drzewa, o domy, o ludzi, przemykających się wskroś ciemności...
Naraz, znalazłem się w jakiejś szerokiej ulicy — szarzała przede mną niby zatoka morska, ściśnięta w pokrętne, poszarpane brzegi, w pośrodku wznosiły się drzewa jak zastygłe wybuchy mgieł, a dokoła majaczyły czarne, pogięte obrysy dachów. Przywarłem nagle do muru, bo jakiś tętent zahuczał gdzieś niedaleko, a jacyś ludzie zaczęli obok mnie przelatywać; uciekali już całym tłumem a trwożne krzyki leciały za niemi niby ptaki oszalałe, wielu dobijało się do bram, wielu padało na ziemię, a wielu czołgało się pod domy, gdyż tętent był coraz bliżej, i po chwili, cały tabun rozhukanych koni zagrzmiał na bruku jak huragan, iskry posypały się z pod kopyt, zamigotały wstęgi błyskawic, huknęły salwy, i gdzieś z głębin nocy wyrwał się straszny, wstrząsający krzyk... I wszystko przepadło w ciemnościach.
A ja uciekałem przez jakiś park, który nagle wyrósł dokoła mnie. Czarniejszy był od nocy i również nieprzebyty. Biłem się o pnie, i zbłąkany w gąszczach, przewracałem się co chwila, drzewa bowiem zagradzały mi drogę i, kołysząc się dokoła czarną, olbrzymią ciżbą, chwytały gałęziami, smagając bezlitośnie, a nagły, przejmujący szum zalewał mnie, jakby krzykiem fal spiętrzonych.
Już nie pamiętam, jak się wyrwałem.
Ale znalazłszy się znowu w ulicach, poczułem takie straszne zmęczenie, że zwaliłem się pod jakąś bramę i zasnąłem.
Przebudził mnie grzmot przelatujących koni i wrzaski.
Salwy gruchotały gdzieś niedaleko.
A gdy przycichło, szczęknęły nade mną szyby, otwierano okno i ktoś się wychylał, bo dosłyszałem szept:
— Wściekła szarża!
— Przelecieli jak burza. Ulica już pusta, musieli skręcić...
Wysunąłem się na trotuar i pytam cicho:
— Co to za ulica? Zbłądziłem...
— Marszałkowska!
— Ale w którem miejscu?
Okno zawarło się bez odpowiedzi.
Czekałem przez długą chwilę, nie otworzyło się więcej; dom stał jak wszystkie ciemny, posępny i jakby wymarły.
Nie wiem dlaczego namacałem dzwonek i jąłem nim targać ze wszystkich sił, napróżno jednak: słyszałem ludzi zbierających się poza bramą, słyszałem ich szepty, słyszałem ciche, lękliwe kroki — nie otworzyli...
A mnie wtedy przejął taki lęk, i tak mi zaciężyła naturalność, i tak strasznie zapragnąłem ludzi, światła i jakiegoś przytułku, że ze łzami błagałem, aby mnie wpuścili.
Nadaremnie, odpędzili kijami jak psa.
Postanowiłem więc iść do znajomych.
Ale nie mogłem sobie przypomnieć nikogo, nikogo...
Ani jednej twarzy, ani jednego nazwiska, ni adresu, nic...
Była to straszna chwila, gdy, jako tako, zrozumiałem, że wszystko wyciekło mi z pamięci, niby z rozbitego dzbanka.
Że nawet nie mogłem sobie przypomnieć samego siebie.
Gdzie jestem i co się ze mną dzieje?
Ale nim się zdołałem oprzytomnić, jakiś tłum nadbiegł i zagarnął mnie ze sobą. Unieśli mnie jak huragan, że nie byłem w stanie wyrwać się z ciżby, lecieli cicho, pod domami, niby stado wilków na żer.
Przystanęli gwałtownie i rozległa się chrapliwa komenda.
— Razem, towarzysze! Hura! Razem!
Jakby tysiąc młotów huknęło w jakieś drzwi żelazne, że padły z trzaskiem. Posypały się rozbite szyby, tłum już się wdzierał do jakiegoś sklepu. Rozbłysło światło i w głębi, pełnej szaf, majaczyły straszne twarze, setki rąk spadło drapieżnie na towary. Rwali wszystko w głębokiem milczeniu, wyrzucali na ulicę, na głowy stłoczone u wejścia, na ręce wyciągnięte niby szpony, pod nogi.
Rozbito i sklepy sąsiednie.
A z ciemności wypełzał coraz większy tłum, tłoczył się już jak potworne mrowisko, rwał wszystko w strzępy, rozkradał, niszczył, i przewalał się przyduszonym pomrukiem, niby stado bydląt, pożerających się w jakiejś trupiej cichości, że tylko chwilami buchała wrzawa, lub dziki krzyk tratowanych.
Naraz, gdzieś woddali zadudniał ostry galop konnicy.
— Wojsko! — ktoś wrzasnął.
Tłum rozpełzł się w ciemnościach bez śladu.
Uciekłem w jakąś boczną uliczkę i tam padłem.
Szarża przeleciała jak huragan.
Podniosłem się, gdy jakieś ręce objęły mnie wpół.
— Ty kto? Nasz? — zaharczał opity, cuchnący głos, a ręce jęły mi sięgać do kieszeni.
Odpowiedziałem mu pięścią, że runął na bruk.
Uciekałem ze wszystkich sił i wpadłem na nową bandę, szturmującą monopol. W mgnieniu oka wyrwano drzwi, rozszarpano zapory i rozległ się brzęk tłuczonych butelek.
Ktoś zapalił gaz, tłum lunął spiętrzoną falą i rozpoczęła się grabież i zapamiętała pijatyka.
Nagle huk zatrząsł murami, olbrzymi płomień buchnął ze sklepu i straszny, nieludzki wrzask.
Tłum, jakby wypluty przez piekło, wił się z krzykiem na bruku, na wielu paliły się ubrania, wielu tarzało się w kłębach płomieni, ale większość ochłonąwszy nieco, rzuciła się znowu do rabunku i picia.
W oknach domu, za czerwonym wichrem płomieni, który buchał co chwila aż do dachów i przygasał, ukazywały się przerażone twarze, a na ulicy tłum już ryczał, pito na każdem miejscu, pito na zabój, do szaleństwa, na śmierć. Wrzaski poparzonych, śpiewy pijackie, trzask płomieni, wołania pomocy i brzęk pękającego w ogniu szkła, łączył się w jeden piekielny chór oszalałych głosów.
Byłem już bardzo daleko, a jeszcze słyszałem tę wrzawę.
W jakiemś mieszkaniu zegar bił drugą.
Wiatr ustał zupełnie, niebo zmętniało i ciemności jakby pobladły, jął sypać gęsty, wilgotny śnieg. Snuł się zwolna, migocąc bez szelestu niby niezliczne stado motyli, niby biały okwiat zmarzniętego światła, otrząsał się na ziemię.
Szedłem już bardzo ostrożnie, pod domami.
Raz czy dwa przejechały z hałasem jakieś wozy i przegalopował oddział kawalerji.
I niekiedy, wskroś opadających śniegów, targały się dalekie huki wystrzałów i krzyki mordowanych.
Kilka razy dzwoniłem do różnych domów, bo zimno mi było, ale nie otworzono.
A tak byłem śmiertelnie zmęczony, że co kilka kroków musiałem odpoczywać, tylko że od jakiegoś czasu płoszył mnie i nękał odgłos czyichś kroków. Ktoś jakby nieustannie chodził za mną! Niepokój mnie ogarniał, a ten ktoś wciąż był za mną, szedł w jednakiem oddaleniu, słyszałem go wyraźnie i wciąż... Aby się lepiej przekonać, przystanąłem nagle — tamte kroki przycichły. Potem ruszyłem prędzej, i stłumiony przez śnieg odgłos stąpań znowu był za mną... Zacząłem uciekać, ten ktoś leciał tak samo, gonił mnie, słyszałem go tuż za sobą... Przebiegałem na drugą stronę ulicy — robił to samo; chroniłem się pod bramy — czaił się w sąsiednich. Wychodziłem, znowu wlókł się o parę kroków za mną, jak widmo ledwo szarzejące w śnieżycy.
Wreszcie, gdy mi już sił nie stało, zapytałem z rozpaczą:
— Kto idzie?
Nie było odpowiedzi.
Zacząłem kląć i grozić, a zawróciwszy gwałtownie, byłem już gotowy na wszystko, ale w miejscu, gdzie mi się wydawał być, nie znalazłem nikogo. Rozejrzałem się uważnie dokoła, śnieg tylko padał i majaczyły najbliższe domy, już miałem ruszyć dalej, gdy doszedł mnie z pod bramy cichy płacz.
— Kto tam?
Płacz ustał, jakiś człowiek stanął obok i wilgotne, rozpalone ręce mnie dotknęły. Odepchnąłem go gwałtownie.
Upadł na ziemię i zaczął jęczeć.
— Niech się pan nie obawia! Nie zbój jestem... Od godziny chodzę za panem... Boję się sam, boję...
Przysunął się bliżej, wydał mi się w ciemnościach bardzo starym, stał bez kapelusza i płakał jak dziecko.
— Boję się, panie — zaczął znowu. — Niech mi pan pozwoli iść za sobą... błagam na wszystko... Uratuje mi pan życie...
— Dobrze, ale ja nigdzie nie idę, nigdzie nie mieszkam i sam również się boję...
Zrozumiałem naraz i własne położenie.
— To już pójdziemy razem, dobrze? — szeptał błagalnie.
I poszliśmy.
Trzymał się mnie mocno, ale oglądał się wciąż za siebie, dygotał jak w febrze i co chwila pytał:
— Czy naprawdę nikogo nie widać za nami?
Pusto było zupełnie i cicho.
— Niech się pan obejrzy... On musi iść... słyszę jego kroki...
Zapewniałem go uroczyście, że się myli.
— Chodził za mną już od samego zmroku.
— Kto? — Zły już byłem, rozdrażniał mnie.
— On, panie! On! — szeptał tajemniczo, przytulając się trwożnie.
— Szpicel?
— Coś gorszego! O, coś stokroć gorszego! — jęknął, odwracając się gwałtownie. Nikogo nie było, jakieś drzewa, obwalone śniegiem, szarzały obok. Patrzył długo i nasłuchiwał...
— Prawda, pusto, cicho... Ale gdy zostanę sam jeden, on zaraz wróci. Zawsze powraca, chodzi za mną trop w trop... nie mówi, nie zbliża się, a snuje się za mną nieodstępnie jak cień... I nie mogę uciec, ni oderwać się od niego, nie mogę...
— I dawno już tak pana prześladuje?
Objął mnie gwałtownie, całował i prosił łzawo:
— Niech mnie pan nie odpędza od siebie, bo umrę, bo oszaleję ze strachu... On czyha na mnie, on wszędzie jest... Błagam na wszystko... Choćby do świtu, choćby te parę godzin...
Byłem prawie pewny, że to warjat, i zacząłem mu łagodnie przedstawiać, że nie wytrzyma tak długo na mrozie.
— To chodźmy do mieszkania, niedaleko...
— Owszem, z przyjemnością pana odprowadzę.
— Ale pan ze mną pójdzie... bo gdybym przyszedł sam, onby się zjawił... Wie pan, staje we drzwiach i woła na mnie...
— Djabeł, czy co?
— Cicho, na Boga, cicho! — Chciał mi usta przysłonić.
Zacząłem się śmiać, a on, tuląc się do mnie, jął mówić błagalnie:
— Niech pan idzie do mnie. Tu strasznie zimno. Odpocznie pan, zrobię herbaty i doczekamy się rana. Potem mógłby się pan u mnie przespać. O parę godzin błagam pana.
— A w dzień on się nie ukazuje?
— Nie! Nie! — dodał ciszej. Poczułem, że zadrżał.
— To niech pan prowadzi, chętnie odpocznę.
Przytomniałem coraz więcej, jego warjactwo, jego strach, jego łzy i głos roztrzęsiony, przyprowadzały mnie do równowagi i dziwnie uspokajały.
Wiódł mnie śpiesznie czarnemi ulicami, ale do dzisiaj nie wiem, gdzie jest ten dom i na jakiej ulicy.
Miał klucz od bramy, weszliśmy na jakieś schody.
Wysoko było, naliczyłem trzy piętra. Szliśmy po ciemku, dywany czułem pod nogami, a ślizka poręcz zimna była jak wąż.
Gdy otworzył drzwi, owionęło mnie ciepło przesycone jakby kościelnemi zapachami.
Rozbłysło światło w kolorowych latarniach, wiszących u sufitu, byłem w pustym, ogromnym przedpokoju, a przede mną stał siwy, wysoki człowiek, patrzący na mnie strasznie smutnemi oczami. Powiedział mi jakieś nazwisko, nie dosłyszałem, zapalił świecę i szerokim ruchem zapraszał w głąb mieszkania.
Przeszliśmy przez szereg ogromnych pokojów, czarnych jak noc; sufity, ściany, okna i podłogi były obciągnięte jakby kirem a zupełnie puste, tylko w każdym na środku stał czarny słup a na nim widniał jakiś posąg, obwinięty w czarny całun.
Gdzie niegdzie wielkie zwierciadła, przysłonięte krepą, połyskiwały niby oczy zasnute wieczną nocą.
Nie śmiałem się odzywać, przejął mnie smutek i lęk, jakbym szedł przez jakieś pola śmiertelnej grozy.
Zdało mi się, ze jestem w katakumbach, wśród ciszy grobów.
Prowadził mnie w milczeniu, szedł zgarbiony, z trudem, świeca mu dygotała w ręku i światło rozsypywało się chwiejną strugą.
— Może pan odpocznie?
Rzekł wreszcie w jakimś pokoju, niepodobnym już do tamtych, w zwykłym, wspaniale urządzonym gabinecie.
Zapalił lampę obwieszoną kryształowemi kulami.
Patrzyliśmy znowu na siebie.
Ogarniał mnie coraz większy niepokój, a chwilami taki strach, że brakowało mi oddechu i włosy powstawały.
Zrobił kilka jakichś bezcelowych ruchów przed zasłoniętem oknem i usiadł naprzeciw mnie, pod lampą.
Nie wiedziałem co mówię, te oczy przewiercały mnie nawskroś, paliły i targały wnętrzności. Nie śmiałem się poruszyć, czułem się jak przybity do miejsca, omdlewałem prawie z lęku.
Naraz zerwał się gwałtownie, oczy stanęły mu w słup, nasłuchiwał czegoś przez chwilę i znowu usiadł.
Byłem tak przejęty i oszołomiony zdumieniem, że ani spostrzegłem, skąd się wzięła herbata.
Piliśmy w milczeniu.
Kryształowe kule rozsiewały przeczyste światło, skrzyły się niby olbrzymie źrenice brylantów.
— Jak się pan teraz czuje? — odważyłem się na pytanie.
Wstrząsnął się, długo patrzał dokoła i rzekł:
— Teraz mi zupełnie dobrze. — Zatoczył znowu oczami.
— Czy dawno pana to prześladuje?
Żałowałem tego pytania, bo skurczył się i zbladł, a oczy rzucały się nieprzytomnie po pokoju.
— Od roku! — zaczął cicho. — Raz w miesiąc się zjawia, zawsze innego dnia... Niespodzianie, ze strasznym rozmysłem, żebym się nie mógł zabezpieczyć, bym się wciąż bał, żebym umierał w oczekiwaniu...Żebym wciąż, wciąż czekał na niego...
Patrzyłem ze współczuciem w jego oczy, które, niby ptaki śmiertelnie zestrachane, zrywały się co chwila z obłędnym wichrem przerażenia, krążyły w ślepej nocy strachów i spadały, gasły umęczone, bezsilne, pełne łez, niby oczy konającego dziecka. A chwilami z tej twarzy męczeńskiej wyzierała rozpacz, taka zimna, beznadziejna i przytomna rozpacz, że zaczynałem wątpić w jego warjactwo.
— Ja nie jestem obłąkany! — powiedział mi wręcz, odgadując moje myśli.
Usiłowałem się tłumaczyć.
— Ślepemi zmysłami ludzi nie można inaczej tłumaczyć mojego stanu. Nie dziwię się przeto panu, raczej byłoby dziwne, gdyby pan myślał inaczej. Ale niestety, nie jestem warjatem i nie halucynuję. On nie jest tylko widmem chorej wyobraźni. On jest, tak realny i rzeczywisty jak pan i ja. On jest!
Obejrzałem się bezwiednie.
— Tutaj go niema, ale stoi na ulicy, pod domem...
Zerwałem się z miejsca.
Otworzył okno narozcież.
Wyjrzałem. Ulica była mroczna, noc toczyła się posępnym nurtem ciemności. Śnieg już nie padał, lecz niebo szarawym tumanem wisiało nad miastem. W nieprzejrzanych ciemnicach, nie tliło się ani jedno światło. Patrzyłem, nie mogąc nigdzie dojrzeć nawet cienia.
— Niech się pan wychyli, stoi na dole.
Spojrzałem w głąb — nawprost domu stał jakiś człowiek.
Było zupełnie ciemno i z wysokości trzech pięter, a miałem go jakby tuż przed sobą i widziałem jak najdokładniej.
Patrzył w okno i kiwał ręką.
Śpiesznie się cofnąłem, zasłona zapadła na okno.
— To nie halucynacja, nieprawdaż? — szeptał.
Wyjrzałem jeszcze raz.
Stał na tem samem miejscu, zapatrzony w okno.
Wróciłem zpowrotem w krąg światła.
— Wciąż stoi i czeka na mnie... To mój wampir — jęknął boleśnie.
A mnie ogarnął gniew, nic bowiem jeszcze nie rozumiałem.
— Jabym tego wampira kijem przegonił — odparłem.
Roześmiał się dziwnie drażniąco.
— Gdyby mnie ktokolwiek prześladował w ten sposób, takbym się z nim rozprawił, żeby mu się odechciało. Jeśli pan pozwoli, zejdę i rozmówię się z nim po swojemu.
Przytrzymał mnie za ramię i rzekł cicho:
— Napróżno, nikt go nie odpędzi, nikt.
— Przekona się pan za chwilę — zawołałem zirytowany.
— Ależ to nie człowiek, to widmo...
Zaćmiło mi się w oczach, nogi się ugięły, przysiadłem bezwiednie, ale ochłonąwszy nieco, poczułem złość do siebie, że dałem się tak głupio zmistyfikować.
— Opowiem wszystko, może wtedy prędzej pan uwierzy.
— Kpiarz czy warjat? A zresztą, cóż mnie to obchodzi? Zrobi się dzień, pójdę i już się z nim nigdy nie spotkam! — myślałem, obserwując go baczniej, gdyż prawie byłem pewny, że lada chwila wpadnie w furję...
A on milczał znowu. Chodził niespokojnie, ginął co chwila w sąsiednich pokojach, pił herbatę, nalewał dla mnie, a niekiedy przystawał pod oknem, wyciągał rękę do zasłony i cofał się prędko, lękliwie. Czekałem, popijając gorącą herbatę, i czułem, jak krew zaczyna mi krążyć w żyłach prędzej i silniej, a mózg działa coraz sprawniej. Odeszło mnie zmęczenie i apatja, a ten dziwny czad strachów i niepokojów jakby wyparował ze mnie. Poczułem się tak silnym i spokojnym, jak kiedyś, przed miesiącami.
— To jest człowiek, którego zamęczyłem... — zaczął znowu.
Musiałem zrobić drwiącą twarz, gdyż wybuchnął niecierpliwie.
— Drwina jest tylko ślepą i głupią maską lęku przed niewiadomem. To pancerz głupców! — dodał ostro.
— Ależ tak, naturalnie, ma pan zupełną słuszność! — przytakiwałem, aby go już nie rozdrażniać.
— To człowiek, którego moja zemsta zabiła! To mój wróg nieubłagany, wróg za życia i wróg po śmierci... — mówił twardo, przystanął przede mną i zapatrzył się gdzieś przed siebie.
— Zabrał mi wszystko, rozdeptał jak robaka i zepchnął w otchłanie nieszczęścia! Sprzedał nas a winę zepchnął na mnie! Świadomie zgubił mnie i moich. Chciał się nasycić naszem cierpieniem. I nie mogłem się wyrwać z jego szponów, i nie mogłem się zemścić. Niedosięgły był dla mojej kuli, ni noża. Och, długo niedosięgły! I strzegł się przytem, bo chociaż mnie zniweczył i wdeptał w błoto, wiedział, ze dopóki żyję i zemsta moja żyje i czeka...
A hodowałem ją hańbą swoją i nieszczęściem.
Opowiadam bezładnie, bo wszystko mi się naraz przypomina i tłoczy w pamięci! A może straci władzę nade mną, jeśli tę tajemnicę powierzę panu! Zresztą, wszystko mi już jedno, nie dzisiaj, to jutro zwycięży mnie i zabije...
— Czy stoi tam jeszcze? — zapytał naraz.
— Stoi! — odparłem, wyjrzawszy na ulicę.
— Będzie czekał do rana... jak zawsze... Tak, nie mogłem go dosięgnąć, długo nie mogłem nakarmić głodnej zemsty... aż jakimś cudownym przypadkiem dowiedziałem się, że ten pan wszechwładny strasznie boi się śmierci. Nie odwiedzał chorych, nigdy nie szedł za niczyją trumną, i wprost nie wolno było przy nim mówić o śmierci. Przyszła mi wtedy dzika myśl. Będę mu przypominał o śmierci. Zacząłem go prześladować listami, pisałem co pewien czas, z różnych miejsc świata, a w każdym liście były tylko te słowa:
— „Umrzesz... Czekam“.—
— Dziecinny to był sposób zemsty, ale wkrótce się dowiedziałem, że wspaniale działał.
Podobno wił się w strachu i bezsilnej złości.
I nie mógł się wykręcić od ciosu, bo ja nie przestawałem, posyłałem mu te słowa raz na miesiąc w różnych dniach; przesyłałem w listach, drukowałem je na pierwszych stronach gazet, wsuwałem do książek, które musiał przeglądać, wysyłałem depeszami...
I syciłem się nieopowiedzianą rozkoszą zemsty niechybnej. Wymknął mi się jednak.
Dowiedziałem się, że otoczyła go cała armja, której ręce wszystko musiało przechodzić. Zasłonił się nimi, i moje ciosy przebijały próżnię, nie dosięgały go wcale.
On odetchnął, a ja szalałem z bezsilnej wściekłości.
Lata całe szukałem nowych a niezawodnych sposobów.
Aż niedawno, parę lat temu, przeczytałem starą, średniowieczną legendę o zemście okrutnej a wyrafinowanej, o zabijaniu wrogów z odległości. Postanowiłem spróbować.
Dla nienawiści nie istnieją rzeczy niepodobne, a sprężoną wolą można uderzać jak maczugą i druzgotać. Przekonałem się o tem. Kazałem ulepić z wosku blichowanego siedem jego posągów. Tak zalecał prawieczny ceremonjał.
— Ach, tamte w salach — zawołałem mimowoli.
— Pokażę panu drogi, jakiemi chodziła moja zemsta.
Zapalił świecę i poprowadził do czarnych pokojów.
— To pierwsza stacja zemsty! — szepnął, zdzierając całun.
Posąg wyłonił się w słabem świetle, nagi a blady niby trup. Stał podkurczony i pogięty jakby w skamieniałej męce, nogi miał oblepione krwią zaskrzepłą, twarz wykrzywioną.
— Poprzebijałem mu palce u nóg, a każdy innego dnia, żeby więcej czuł i dłużej cierpiał... Od tego zacząłem...
Tak, nogi miał przybite sztyletami do podstawy.
Zgroza podniosła mi włosy, wydało mi się, że to człowiek, który jeszcze cierpi, że jego wykrzywione usta krzyczą miłosierdzia.
— I wola moja przemogła! Modlitwa zemsty została wysłuchaną. Spełniło się, czego pragnąłem.
Głos jego świstał jak chlastanie szpady i przebijał mi serce niewytłumaczonym lękiem.
Odsłonił drugi posąg.
— A potem zabiłem mu prawą rękę...
— A potem lewą...
— A potem — kolana...
— A potem — ramiona...
I szepcąc tę okropną litanję, odsłaniał kolejno posągi...
I kolejno z pod czarnych zasłon wyłaniały się okaleczone, krwawe i ohydne trupy...
Wszystkie były zastygłe w skurczach mąk niewypowiedzianych.
Wszystkie były podarte i pocięte, całe w skrzepach krwi, w ranach i pozabijane po stokroć razy.
A wszystkie oczy przekłute krzyczały niemym głosem męki.
— Tak, zabijałem go powoli, przez całe lata. Zwolna nasycałem duszę zgłodniałą i oczy, bo jak pan widzi, wszystko, co przecierpiał w rzeczywistości, odbijało się na jego podobiznach. Całą ucztę miałem wciąż przed oczami, że każda jego rana i krzyk każdy grały mi w duszy niewysłowioną pieszczotą...
Mówił cicho i snuł się jak wampir pomiędzy trupami posągów, a drżącemi rękami dotykał ran zastygłych, głaskał kadłuby i wbijał głębiej sztylety.
Strachy dzieciństwa, lęki bajek, mar i zjaw straszliwych, załomotały mi w mózgu. Wydało mi się, że pokoje zapełniają się tłumem strzyg, pokutnic i wisielców, że otaczają mnie piekielnym korowodem i wiodą na jakieś dno okropności...
— A kiedy go już tak obgryzłem, że pozostał z niego tylko pień, dałem mu znać, że to ja się tak mszczę...
Zrozumiał i zabłagał o miłosierdzie.
Nie dałem się litości. Gdyby miał sto istnień, wziąłbym je z radością.
Ale pofolgowałem mu cierpień, zapragnąłem uderzyć w niego z innej strony.
Miał dzieci, które podobno bardzo kochał.
Postanowiłem je zniszczyć powoli, aby już mękę wypił do dna. Nie udało mi się jednak, przeholowałem, bo za pierwszym ciosem, gdy mu pokazali martwe dziecko, umarł...
Straciłem wtedy cel życia!
Wszystko mi było obojętnem prócz niego.
A on wymknął się z moich szpon.
Przepalała mnie gorycz niedopitej zemsty.
Wiedziałem wprawdzie, że pozostała rodzina, ale jakiś głos wewnętrzny ciągle mi szeptał:
— Niewinni!
Nie usłuchałem.
Do dziesiątego pokolenia niech żywi pokutują za umarłych. A tylko śmierć może oczyścić ziemię z kału i zbrodni.
Więc w jakiś czas zacząłem prześladować jego rodzinę.
Byłem wtedy w Paryżu, i jakiejś nocy przystanąłem na moście Pont-Neuf. Noc była jesienna, dżdżysta i zimna, wsparty o balustradę, patrzyłem w Sekwanę, w czarne, rozszumiałe fale, po których tańczyły czerwone blaski świateł mostowych.
Marzyłem o dalszej zemście, gdy ktoś mnie zawołał.
Odwróciłem się śpiesznie.
On stał przede mną i rzekł:
— Czekam... teraz na ciebie kolej...
Przywarłem oczy myśląc, że halucynacja.
Kiedy się obejrzałem, nie było nikogo, sam jeden stałem.
Że najzupełniej byłem pewny przywidzenia.
Ale po pewnym czasie znowu się zjawił i z tem samem.
I już mnie nie opuszcza.
Zjawia się niespodzianie, snuje się za mną po ulicach jak cień, lub stoi tam, na trotuarze i czeka na mnie, czeka wciąż...
Naraz obejrzał się, blednie, rzucił świecznik i uciekł z gabinetu.
Nie próbowałem go nawet uspokajać, jakąż dać mogłem radę na takie cierpienia, przytem i sam byłem zdenerwowany do szaleństwa, nie wiedziałem dobrze, co się ze mną dzieje...
Pozamykał drzwi na jakieś sztaby żelazne i pozasuwawszy je sprzętami, wcisnął się jak dziecko wystraszone w fotel głęboki. Po długiem milczeniu odezwał się słabym, żałosnym głosem:
— I już mnie nie opuści na wieki... Nie ucieknę przed nim, nawet śmierć mnie nie obroni przed nim, wiem, że i po drugiej stronie będę, jak i on jest!...
— Cicho! Ktoś idzie! — zakrzyczał, jakby kamieniejąc na miejscu.
Rozległy się powolne, wymierzone kroki w głębi mieszkania. Ktoś szedł ku nam... słychać było wyraźnie... trzaskały drzwi otwierane... skrzypiała podłoga... strach znowu chwycił mnie za gardło, nie mogłem się poruszyć... był już coraz bliżej... już zatrzęsła się lampa szczęknęły kryształowe kule... z hukiem opadły żelazne zapory... zakołysały się portjery, jakby wiatrem tknięte, i ozwał się cichy, daleki głos, jakby z głębi grobów płynący...
— Czekam... Na ciebie teraz kolej...
Uciekłem oszalały, a za mną wybuchnął przeraźliwy krzyk i gonił mnie przez puste pokoje...
Jak się wydostałem z tego domu, nie pamiętam, wiem tylko, że znowu znalazłem się w ciemnościach nocy i na ulicy.
„On“ stał naprzeciwko, jak go pierwszy raz zobaczyłem.
Lecz nim zdążyłem uciec, nim zdołałem się poruszyć, gdzieś wysoko nade mną trzasnęło okno i jakiś człowiek runął wdół, na bruk...
Na trotuarze nie było już nikogo.
Tylko na bruku leżał jeszcze ciepły trup.
Ulica była pusta, świt się podnosił i drzewa cicho szemrały.
Uciekałem ze wszystkich sił.
Gdzieś woddali zagruchotały salwy, i burzliwy krzyk tłumów zamiotał się w przestrzeniach, jak krzyk fal, bijących gniewnie w okowy brzegów...

Warszawa, 4 października 1907.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.