Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Niech się pan wychyli, stoi na dole.
Spojrzałem w głąb — nawprost domu stał jakiś człowiek.
Było zupełnie ciemno i z wysokości trzech pięter, a miałem go jakby tuż przed sobą i widziałem jak najdokładniej.
Patrzył w okno i kiwał ręką.
Śpiesznie się cofnąłem, zasłona zapadła na okno.
— To nie halucynacja, nieprawdaż? — szeptał.
Wyjrzałem jeszcze raz.
Stał na tem samem miejscu, zapatrzony w okno.
Wróciłem zpowrotem w krąg światła.
— Wciąż stoi i czeka na mnie... To mój wampir — jęknął boleśnie.
A mnie ogarnął gniew, nic bowiem jeszcze nie rozumiałem.
— Jabym tego wampira kijem przegonił — odparłem.
Roześmiał się dziwnie drażniąco.
— Gdyby mnie ktokolwiek prześladował w ten sposób, takbym się z nim rozprawił, żeby mu się odechciało. Jeśli pan pozwoli, zejdę i rozmówię się z nim po swojemu.
Przytrzymał mnie za ramię i rzekł cicho:
— Napróżno, nikt go nie odpędzi, nikt.
— Przekona się pan za chwilę — zawołałem zirytowany.
— Ależ to nie człowiek, to widmo...
Zaćmiło mi się w oczach, nogi się ugięły, przysiadłem bezwiednie, ale ochłonąwszy nieco, poczułem