Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/199

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Tak, zabijałem go powoli, przez całe lata. Zwolna nasycałem duszę zgłodniałą i oczy, bo jak pan widzi, wszystko, co przecierpiał w rzeczywistości, odbijało się na jego podobiznach. Całą ucztę miałem wciąż przed oczami, że każda jego rana i krzyk każdy grały mi w duszy niewysłowioną pieszczotą...
Mówił cicho i snuł się jak wampir pomiędzy trupami posągów, a drżącemi rękami dotykał ran zastygłych, głaskał kadłuby i wbijał głębiej sztylety.
Strachy dzieciństwa, lęki bajek, mar i zjaw straszliwych, załomotały mi w mózgu. Wydało mi się, że pokoje zapełniają się tłumem strzyg, pokutnic i wisielców, że otaczają mnie piekielnym korowodem i wiodą na jakieś dno okropności...
— A kiedy go już tak obgryzłem, że pozostał z niego tylko pień, dałem mu znać, że to ja się tak mszczę...
Zrozumiał i zabłagał o miłosierdzie.
Nie dałem się litości. Gdyby miał sto istnień, wziąłbym je z radością.
Ale pofolgowałem mu cierpień, zapragnąłem uderzyć w niego z innej strony.
Miał dzieci, które podobno bardzo kochał.
Postanowiłem je zniszczyć powoli, aby już mękę wypił do dna. Nie udało mi się jednak, przeholowałem, bo za pierwszym ciosem, gdy mu pokazali martwe dziecko, umarł...
Straciłem wtedy cel życia!
Wszystko mi było obojętnem prócz niego.
A on wymknął się z moich szpon.