Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Przepalała mnie gorycz niedopitej zemsty.
Wiedziałem wprawdzie, że pozostała rodzina, ale jakiś głos wewnętrzny ciągle mi szeptał:
— Niewinni!
Nie usłuchałem.
Do dziesiątego pokolenia niech żywi pokutują za umarłych. A tylko śmierć może oczyścić ziemię z kału i zbrodni.
Więc w jakiś czas zacząłem prześladować jego rodzinę.
Byłem wtedy w Paryżu, i jakiejś nocy przystanąłem na moście Pont-Neuf. Noc była jesienna, dżdżysta i zimna, wsparty o balustradę, patrzyłem w Sekwanę, w czarne, rozszumiałe fale, po których tańczyły czerwone blaski świateł mostowych.
Marzyłem o dalszej zemście, gdy ktoś mnie zawołał.
Odwróciłem się śpiesznie.
On stał przede mną i rzekł:
— Czekam... teraz na ciebie kolej...
Przywarłem oczy myśląc, że halucynacja.
Kiedy się obejrzałem, nie było nikogo, sam jeden stałem.
Że najzupełniej byłem pewny przywidzenia.
Ale po pewnym czasie znowu się zjawił i z tem samem.
I już mnie nie opuszcza.
Zjawia się niespodzianie, snuje się za mną po ulicach jak cień, lub stoi tam, na trotuarze i czeka na mnie, czeka wciąż...