Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Boję się, panie — zaczął znowu. — Niech mi pan pozwoli iść za sobą... błagam na wszystko... Uratuje mi pan życie...
— Dobrze, ale ja nigdzie nie idę, nigdzie nie mieszkam i sam również się boję...
Zrozumiałem naraz i własne położenie.
— To już pójdziemy razem, dobrze? — szeptał błagalnie.
I poszliśmy.
Trzymał się mnie mocno, ale oglądał się wciąż za siebie, dygotał jak w febrze i co chwila pytał:
— Czy naprawdę nikogo nie widać za nami?
Pusto było zupełnie i cicho.
— Niech się pan obejrzy... On musi iść... słyszę jego kroki...
Zapewniałem go uroczyście, że się myli.
— Chodził za mną już od samego zmroku.
— Kto? — Zły już byłem, rozdrażniał mnie.
— On, panie! On! — szeptał tajemniczo, przytulając się trwożnie.
— Szpicel?
— Coś gorszego! O, coś stokroć gorszego! — jęknął, odwracając się gwałtownie. Nikogo nie było, jakieś drzewa, obwalone śniegiem, szarzały obok. Patrzył długo i nasłuchiwał...
— Prawda, pusto, cicho... Ale gdy zostanę sam jeden, on zaraz wróci. Zawsze powraca, chodzi za mną trop w trop... nie mówi, nie zbliża się, a snuje się za mną nieodstępnie jak cień... I nie mogę uciec, ni oderwać się od niego, nie mogę...