Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Rzekł wreszcie w jakimś pokoju, niepodobnym już do tamtych, w zwykłym, wspaniale urządzonym gabinecie.
Zapalił lampę obwieszoną kryształowemi kulami.
Patrzyliśmy znowu na siebie.
Ogarniał mnie coraz większy niepokój, a chwilami taki strach, że brakowało mi oddechu i włosy powstawały.
Zrobił kilka jakichś bezcelowych ruchów przed zasłoniętem oknem i usiadł naprzeciw mnie, pod lampą.
Nie wiedziałem co mówię, te oczy przewiercały mnie nawskroś, paliły i targały wnętrzności. Nie śmiałem się poruszyć, czułem się jak przybity do miejsca, omdlewałem prawie z lęku.
Naraz zerwał się gwałtownie, oczy stanęły mu w słup, nasłuchiwał czegoś przez chwilę i znowu usiadł.
Byłem tak przejęty i oszołomiony zdumieniem, że ani spostrzegłem, skąd się wzięła herbata.
Piliśmy w milczeniu.
Kryształowe kule rozsiewały przeczyste światło, skrzyły się niby olbrzymie źrenice brylantów.
— Jak się pan teraz czuje? — odważyłem się na pytanie.
Wstrząsnął się, długo patrzał dokoła i rzekł:
— Teraz mi zupełnie dobrze. — Zatoczył znowu oczami.
— Czy dawno pana to prześladuje?
Żałowałem tego pytania, bo skurczył się i zbladł, a oczy rzucały się nieprzytomnie po pokoju.