Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Od roku! — zaczął cicho. — Raz w miesiąc się zjawia, zawsze innego dnia... Niespodzianie, ze strasznym rozmysłem, żebym się nie mógł zabezpieczyć, bym się wciąż bał, żebym umierał w oczekiwaniu...Żebym wciąż, wciąż czekał na niego...
Patrzyłem ze współczuciem w jego oczy, które, niby ptaki śmiertelnie zestrachane, zrywały się co chwila z obłędnym wichrem przerażenia, krążyły w ślepej nocy strachów i spadały, gasły umęczone, bezsilne, pełne łez, niby oczy konającego dziecka. A chwilami z tej twarzy męczeńskiej wyzierała rozpacz, taka zimna, beznadziejna i przytomna rozpacz, że zaczynałem wątpić w jego warjactwo.
— Ja nie jestem obłąkany! — powiedział mi wręcz, odgadując moje myśli.
Usiłowałem się tłumaczyć.
— Ślepemi zmysłami ludzi nie można inaczej tłumaczyć mojego stanu. Nie dziwię się przeto panu, raczej byłoby dziwne, gdyby pan myślał inaczej. Ale niestety, nie jestem warjatem i nie halucynuję. On nie jest tylko widmem chorej wyobraźni. On jest, tak realny i rzeczywisty jak pan i ja. On jest!
Obejrzałem się bezwiednie.
— Tutaj go niema, ale stoi na ulicy, pod domem...
Zerwałem się z miejsca.
Otworzył okno narozcież.
Wyjrzałem. Ulica była mroczna, noc toczyła się posępnym nurtem ciemności. Śnieg już nie padał, lecz niebo szarawym tumanem wisiało nad miastem. W nieprzejrzanych ciemnicach, nie tliło się ani jedno światło. Patrzyłem, nie mogąc nigdzie dojrzeć nawet cienia.