Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wiódł mnie śpiesznie czarnemi ulicami, ale do dzisiaj nie wiem, gdzie jest ten dom i na jakiej ulicy.
Miał klucz od bramy, weszliśmy na jakieś schody.
Wysoko było, naliczyłem trzy piętra. Szliśmy po ciemku, dywany czułem pod nogami, a ślizka poręcz zimna była jak wąż.
Gdy otworzył drzwi, owionęło mnie ciepło przesycone jakby kościelnemi zapachami.
Rozbłysło światło w kolorowych latarniach, wiszących u sufitu, byłem w pustym, ogromnym przedpokoju, a przede mną stał siwy, wysoki człowiek, patrzący na mnie strasznie smutnemi oczami. Powiedział mi jakieś nazwisko, nie dosłyszałem, zapalił świecę i szerokim ruchem zapraszał w głąb mieszkania.
Przeszliśmy przez szereg ogromnych pokojów, czarnych jak noc; sufity, ściany, okna i podłogi były obciągnięte jakby kirem a zupełnie puste, tylko w każdym na środku stał czarny słup a na nim widniał jakiś posąg, obwinięty w czarny całun.
Gdzie niegdzie wielkie zwierciadła, przysłonięte krepą, połyskiwały niby oczy zasnute wieczną nocą.
Nie śmiałem się odzywać, przejął mnie smutek i lęk, jakbym szedł przez jakieś pola śmiertelnej grozy.
Zdało mi się, ze jestem w katakumbach, wśród ciszy grobów.
Prowadził mnie w milczeniu, szedł zgarbiony, z trudem, świeca mu dygotała w ręku i światło rozsypywało się chwiejną strugą.
— Może pan odpocznie?