Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I co chwila rozlegał się dziki wrzask i brzęki tłuczonych latarń i jakieś wstrząsające, złe ryki.
Trwoga wionęła ulicami.
Złowróżbne milczenie dygotało w zamarłych domach. Niezliczone okna czerniały niby puste oczodoły.
Robiła się ciężka i posępna noc, miasto jakby się zapadło w otchłanie ciemności.
Nie zabłysło nawet ani jedno światło, ani jeden błysk nie zatrzepotał się w mrokach, było jak w lesie olbrzymim, pełnym nieodgadnionych szmerów i zjaw nocy zimowej.
Ulice stały się labiryntem, kutym w nieprzeniknionych mrokach, niektóre zaledwie szarzały, niby rozwarte gardziele jakichś potworów, a niektóre leżały, niby trupy potopione na dnie przepaści. Jakieś wieże i szczyty majaczyły podobne okrętom pobłąkanym w ciemnościach. Jakieś place rozlewały się w zmartwiałe zatoki, oślepłe i głuche.
A nad tem niebo rozpinało swój namiot smutny, niebo bez gwiazd, ołowiane, ciężkie, nieprzeniknione.
I wiatr lodowaty przewalał się po niedojrzanych dachach.
I jakieś drzewa szumiały żałośnie.
Nieopowiedzianą grozą dyszało miasto, jakby ciężkim tchem żywcem zagrzebanych.
Poszedłem w noc nieprzeniknioną, bo wołał mnie gdzieś jakiś głos, jakiś nakaz mnie zmuszał, że musiałem iść, musiałem czegoś szukać i czekać na coś niewiadomego.