Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— I dawno już tak pana prześladuje?
Objął mnie gwałtownie, całował i prosił łzawo:
— Niech mnie pan nie odpędza od siebie, bo umrę, bo oszaleję ze strachu... On czyha na mnie, on wszędzie jest... Błagam na wszystko... Choćby do świtu, choćby te parę godzin...
Byłem prawie pewny, że to warjat, i zacząłem mu łagodnie przedstawiać, że nie wytrzyma tak długo na mrozie.
— To chodźmy do mieszkania, niedaleko...
— Owszem, z przyjemnością pana odprowadzę.
— Ale pan ze mną pójdzie... bo gdybym przyszedł sam, onby się zjawił... Wie pan, staje we drzwiach i woła na mnie...
— Djabeł, czy co?
— Cicho, na Boga, cicho! — Chciał mi usta przysłonić.
Zacząłem się śmiać, a on, tuląc się do mnie, jął mówić błagalnie:
— Niech pan idzie do mnie. Tu strasznie zimno. Odpocznie pan, zrobię herbaty i doczekamy się rana. Potem mógłby się pan u mnie przespać. O parę godzin błagam pana.
— A w dzień on się nie ukazuje?
— Nie! Nie! — dodał ciszej. Poczułem, że zadrżał.
— To niech pan prowadzi, chętnie odpocznę.
Przytomniałem coraz więcej, jego warjactwo, jego strach, jego łzy i głos roztrzęsiony, przyprowadzały mnie do równowagi i dziwnie uspokajały.