Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Zabrał mi wszystko, rozdeptał jak robaka i zepchnął w otchłanie nieszczęścia! Sprzedał nas a winę zepchnął na mnie! Świadomie zgubił mnie i moich. Chciał się nasycić naszem cierpieniem. I nie mogłem się wyrwać z jego szponów, i nie mogłem się zemścić. Niedosięgły był dla mojej kuli, ni noża. Och, długo niedosięgły! I strzegł się przytem, bo chociaż mnie zniweczył i wdeptał w błoto, wiedział, ze dopóki żyję i zemsta moja żyje i czeka...
A hodowałem ją hańbą swoją i nieszczęściem.
Opowiadam bezładnie, bo wszystko mi się naraz przypomina i tłoczy w pamięci! A może straci władzę nade mną, jeśli tę tajemnicę powierzę panu! Zresztą, wszystko mi już jedno, nie dzisiaj, to jutro zwycięży mnie i zabije...
— Czy stoi tam jeszcze? — zapytał naraz.
— Stoi! — odparłem, wyjrzawszy na ulicę.
— Będzie czekał do rana... jak zawsze... Tak, nie mogłem go dosięgnąć, długo nie mogłem nakarmić głodnej zemsty... aż jakimś cudownym przypadkiem dowiedziałem się, że ten pan wszechwładny strasznie boi się śmierci. Nie odwiedzał chorych, nigdy nie szedł za niczyją trumną, i wprost nie wolno było przy nim mówić o śmierci. Przyszła mi wtedy dzika myśl. Będę mu przypominał o śmierci. Zacząłem go prześladować listami, pisałem co pewien czas, z różnych miejsc świata, a w każdym liście były tylko te słowa:
— „Umrzesz... Czekam“.—
— Dziecinny to był sposób zemsty, ale wkrótce się dowiedziałem, ze wspaniale działał.