Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Ktoś jakby nieustannie chodził za mną! Niepokój mnie ogarniał, a ten ktoś wciąż był za mną, szedł w jednakiem oddaleniu, słyszałem go wyraźnie i wciąż... Aby się lepiej przekonać, przystanąłem nagle — tamte kroki przycichły. Potem ruszyłem prędzej, i stłumiony przez śnieg odgłos stąpań znowu był za mną... Zacząłem uciekać, ten ktoś leciał tak samo, gonił mnie, słyszałem go tuż za sobą... Przebiegałem na drugą stronę ulicy — robił to samo; chroniłem się pod bramy — czaił się w sąsiednich. Wychodziłem, znowu wlókł się o parę kroków za mną, jak widmo ledwo szarzejące w śnieżycy.
Wreszcie, gdy mi już sił nie stało, zapytałem z rozpaczą:
— Kto idzie?
Nie było odpowiedzi.
Zacząłem kląć i grozić, a zawróciwszy gwałtownie, byłem już gotowy na wszystko, ale w miejscu, gdzie mi się wydawał być, nie znalazłem nikogo. Rozejrzałem się uważnie dokoła, śnieg tylko padał i majaczyły najbliższe domy, już miałem ruszyć dalej, gdy doszedł mnie z pod bramy cichy płacz.
— Kto tam?
Płacz ustał, jakiś człowiek stanął obok i wilgotne, rozpalone ręce mnie dotknęły. Odepchnąłem go gwałtownie.
Upadł na ziemię i zaczął jęczeć.
— Niech się pan nie obawia! Nie zbój jestem... Od godziny chodzę za panem... Boję się sam, boję...
Przysunął się bliżej, wydał mi się w ciemnościach bardzo starym, stał bez kapelusza i płakał jak dziecko.