Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Naraz obejrzał się, blednie, rzucił świecznik i uciekł z gabinetu.
Nie próbowałem go nawet uspokajać, jakąż dać mogłem radę na takie cierpienia, przytem i sam byłem zdenerwowany do szaleństwa, nie wiedziałem dobrze, co się ze mną dzieje...
Pozamykał drzwi na jakieś sztaby żelazne i pozasuwawszy je sprzętami, wcisnął się jak dziecko wystraszone w fotel głęboki. Po długiem milczeniu odezwał się słabym, żałosnym głosem:
— I już mnie nie opuści na wieki... Nie ucieknę przed nim, nawet śmierć mnie nie obroni przed nim, wiem, że i po drugiej stronie będę, jak i on jest!...
— Cicho! Ktoś idzie! — zakrzyczał, jakby kamieniejąc na miejscu.
Rozległy się powolne, wymierzone kroki w głębi mieszkania. Ktoś szedł ku nam... słychać było wyraźnie... trzaskały drzwi otwierane... skrzypiała podłoga... strach znowu chwycił mnie za gardło, nie mogłem się poruszyć... był już coraz bliżej... już zatrzęsła się lampa szczęknęły kryształowe kule... z hukiem opadły żelazne zapory... zakołysały się portjery, jakby wiatrem tknięte, i ozwał się cichy, daleki głos, jakby z głębi grobów płynący...
— Czekam... Na ciebie teraz kolej...
Uciekłem oszalały, a za mną wybuchnął przeraźliwy krzyk i gonił mnie przez puste pokoje...
Jak się wydostałem z tego domu, nie pamiętam, wiem tylko, że znowu znalazłem się w ciemnościach nocy i na ulicy.