Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


„On“ stał naprzeciwko, jak go pierwszy raz zobaczyłem.
Lecz nim zdążyłem uciec, nim zdołałem się poruszyć, gdzieś wysoko nade mną trzasnęło okno i jakiś człowiek runął wdół, na bruk...
Na trotuarze nie było już nikogo.
Tylko na bruku leżał jeszcze ciepły trup.
Ulica była pusta, świt się podnosił i drzewa cicho szemrały.
Uciekałem ze wszystkich sił.
Gdzieś woddali zagruchotały salwy, i burzliwy krzyk tłumów zamiotał się w przestrzeniach, jak krzyk fal, bijących gniewnie w okowy brzegów...

Warszawa, 4 października 1907.