Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Mój strach już bowiem obejmował całe miasto, moje przerażenie krzewiło się w sercach jak płomień niczem nieugaszony. Zaraziłem ich śmiertelną chorobą.
Widziałem to, czułem, sprawdzałem w każdej twarzy, na każdym kroku, wszędzie.
Upijałem się szaloną, głupią i złą radością.
A miasto grążyło się w rozhukanych odmętach.
Pamiętam dobrze ten pierwszy dzień chaosu, ten dzień trwogi powszechnej, pierwszy dzień nieszczęsnych, długich dni... Bezbrzeżny smutek tlił się we wszystkich twarzach...
Dzień wlókł się ociężale; blady był, mdlejący, podobien do chorego człowieka, wstrząsanego przez dreszcze febryczne. A pierwszy zmrok, ten styczniowy, wczesny mrok sypał się na miasto tumanem przemarzłych, zielonawych cieniów. Jakby pył zlodowaciałych łez zasypywał całe miasto.
Wiatr zrywał się co chwila i miotał z jękiem w mroczonych ulicach niby ptak spętany.
Niekiedy polatywał suchy i nikły śnieg.
Zaś miasto przejmował straszny dygot lęku.
Pustoszały ulice.
Zamykano gorączkowo sklepy.
Ostatnie dorożki uciekały jak oszalałe.
Mówiono szeptem, stawano trwożnie na rogach ulic, rozglądano się podejrzliwie, i uciekano z przerażeniem.
Wieści z północy dalekiej leciały wciąż, leciały stadem kruków, kraczących coraz okropniejsze rzeczy.
Co chwila hukały bramy, zawierane na moc.