Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Nie wiem dlaczego namacałem dzwonek i jąłem nim targać ze wszystkich sił, napróżno jednak: słyszałem ludzi zbierających się poza bramą, słyszałem ich szepty, słyszałem ciche, lękliwe kroki — nie otworzyli...
A mnie wtedy przejął taki lęk, i tak mi zaciężyła naturalność, i tak strasznie zapragnąłem ludzi, światła i jakiegoś przytułku, że ze łzami błagałem, aby mnie wpuścili.
Nadaremnie, odpędzili kijami jak psa.
Postanowiłem więc iść do znajomych.
Ale nie mogłem sobie przypomnieć nikogo, nikogo...
Ani jednej twarzy, ani jednego nazwiska, ni adresu, nic...
Była to straszna chwila, gdy, jako tako, zrozumiałem, że wszystko wyciekło mi z pamięci, niby z rozbitego dzbanka.
Że nawet nie mogłem sobie przypomnieć samego siebie.
Gdzie jestem i co się ze mną dzieje?
Ale nim się zdołałem oprzytomnić, jakiś tłum nadbiegł i zagarnął mnie ze sobą. Unieśli mnie jak huragan, że nie byłem w stanie wyrwać się z ciżby, lecieli cicho, pod domami, niby stado wilków na żer.
Przystanęli gwałtownie i rozległa się chrapliwa komenda.
— Razem, towarzysze! Hura! Razem!
Jakby tysiąc młotów huknęło w jakieś drzwi żelazne, że padły z trzaskiem. Posypały się rozbite szyby, tłum już się wdzierał do jakiegoś sklepu. Roz-