Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


lub zamknął w szpitalu, gdzie zresztą chce, gdzie uważa, że mi lepiej będzie.
Zabrał mnie do siebie.
I rzeczywiście zacząłem się uspokajać.
Było mi dziwnie dobrze w atmosferze pracy i przyjaźni.
Złowroga noc traciła nade mną władzę.
Że zwolna wracałem już do zwykłego, normalnego życia.
Gdy naraz, jakiejś nocy rozbudziło mnie gwałtowne dzwonienie.
— Rewizja! — ktoś zawołał do mnie.
Wiedziałem już o tem, przeczułem, że tak się stać musi.
Strach znowu wpełznął do serca i powlókł mnie za włosy.
Znowu przyszli nie po mnie, znowu nadaremnie czekałem.
A kiedy się wszystko skończyło i mego przyjaciela zabrali, i pozostałem znowu sam na sam z trwogą, aż rozpacz rzuciła mnie z piętra na bruk.
Chorowałem ciężko przez kilka miesięcy.
Jak przez mgłę, niby sen dawny, pamiętam salę szpitalną, i długie, długie noce, i pluski deszczów, i białe fartuchy doktorów, i zapach karbolu, i jakąś twarz kobiecą, pochyloną nade mną, i jakieś ciepłe ręce na czole...
Ale potem już nie pamiętam, czy gdzie mieszkałem.