Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Podobno wił się w strachu i bezsilnej złości.
I nie mógł się wykręcić od ciosu, bo ja nie przestawałem, posyłałem mu te słowa raz na miesiąc w różnych dniach; przesyłałem w listach, drukowałem je na pierwszych stronach gazet, wsuwałem do książek, które musiał przeglądać, wysyłałem depeszami...
I syciłem się nieopowiedzianą rozkoszą zemsty niechybnej. Wymknął mi się jednak.
Dowiedziałem się, że otoczyła go cała armja, której ręce wszystko musiało przechodzić. Zasłonił się nimi, i moje ciosy przebijały próżnię, nie dosięgały go wcale.
On odetchnął, a ja szalałem z bezsilnej wściekłości.
Lata całe szukałem nowych a niezawodnych sposobów.
Aż niedawno, parę lat temu, przeczytałem starą, średniowieczną legendę o zemście okrutnej a wyrafinowanej, o zabijaniu wrogów z odległości. Postanowiłem spróbować.
Dla nienawiści nie istnieją rzeczy niepodobne, a sprężoną wolą można uderzać jak maczugą i druzgotać. Przekonałem się o tem. Kazałem ulepić z wosku blichowanego siedem jego posągów. Tak zalecał prawieczny ceremonjał.
— Ach, tamte w salach — zawołałem mimowoli.
— Pokażę panu drogi, jakiemi chodziła moja zemsta.
Zapalił świecę i poprowadził do czarnych pokojów.
— To pierwsza stacja zemsty! — szepnął, zdzierając całun.