Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


złość do siebie, że dałem się tak głupio zmistyfikować.
— Opowiem wszystko, może wtedy prędzej pan uwierzy.
— Kpiarz czy warjat? A zresztą, cóż mnie to obchodzi? Zrobi się dzień, pójdę i już się z nim nigdy nie spotkam! — myślałem, obserwując go baczniej, gdyż prawie byłem pewny, że lada chwila wpadnie w furję...
A on milczał znowu. Chodził niespokojnie, ginął co chwila w sąsiednich pokojach, pił herbatę, nalewał dla mnie, a niekiedy przystawał pod oknem, wyciągał rękę do zasłony i cofał się prędko, lękliwie. Czekałem, popijając gorącą herbatę, i czułem, jak krew zaczyna mi krążyć w żyłach prędzej i silniej, a mózg działa coraz sprawniej. Odeszło mnie zmęczenie i apatja, a ten dziwny czad strachów i niepokojów jakby wyparował ze mnie. Poczułem się tak silnym i spokojnym, jak kiedyś, przed miesiącami.
— To jest człowiek, którego zamęczyłem... — zaczął znowu.
Musiałem zrobić drwiącą twarz, gdyż wybuchnął niecierpliwie.
— Drwina jest tylko ślepą i głupią maską lęku przed niewiadomem. To pancerz głupców! — dodał ostro.
— Ależ tak, naturalnie, ma pan zupełną słuszność! — przytakiwałem, aby go już nie rozdrażniać.
— To człowiek, którego moja zemsta zabiła! To mój wróg nieubłagany, wróg za życia i wróg po śmierci... — mówił twardo, przystanął przede mną i zapatrzył się gdzieś przed siebie.