Franek (Reymont, 1925)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Franek
Pochodzenie zbiór Na krawędzi
Data wydania 1925
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Zakłady Graficzne Straszewiczów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
FRANEK



Był maszynistą, inspicjentem, afiszerem, zamiataczem, statystą i Bóg wie czem już nie był. W towarzystwie, do którego składu należał, spełniał wszystkie funkcje — a gdyby było potrzeba, mógł nawet „pokazywać bogów“, t. j. przedstawiać nieme lub kilkuwyrazowe role. Był najniezbędniejszym rekwizytem towarzystwa.
— Franek, zmianę! Franek, potrzeba laski na scenę! Franek, po jakich ja słowach wychodzę? Franek, dzwonić, Franek, do kurtyny! — To „Franek“, „Franek“ — na wszystkie tempa wywoływane i wszystkiemi rodzajami głosów — rozbrzmiewało zawsze podczas spektaklu po scenie, kulisach i garderobie małego prowincjonalnego teatru. A on, mały, suchy, z twarzą pergaminową, długą a płaską, bez wyrazu, pomiętą — z twarzą głodomora, o tonie brudnym, popryszczonym wyrzutami — kościach policzkowych dziwnie zapadniętych, o czole niskiem, cofniętem przy skroniach wtył, poplamionem żółtemi plamami, zaczerwienionem zawsze. Ubrany w jasne palto wypełzłe i zniszczone — w sztylpach lakierowanych, imitujących długie buty — zawsze w jakiejś żokiejce na głowie, biegał bez odpoczynku od aktora, któremu pomagał robić brzuch z poduszki, do dyrektora, który napół ubrany, wyglądał przez otwór w kurtynie — na wchodzącą publiczność, a któremu do samego wyjścia na scenę trzeba było szukać jakiejś części garderoby. Tam potrzeba było wylecieć z kijem przed teatr, rozpędzić bandę hałasujących żydziaków, tu przynieść amantce jeden z trzech kufli piwa, bez wypicia których nie grałaby, przykręcić lampy i lecieć szybko do kurtyny, aby ją podciągnąć — „a uważnie, błaźnie, na gazy, mówię ci sto razy“, jak co spektakl powtarzał dyrektor, i znowu biec, brać scenarjusz w rękę i mieć wpogotowiu wszystkie drobne rekwizyty. Tak, bo był i rekwizytorem. Brał po dwa ruble od przedstawienia za dostarczanie wszystkiego, co tylko było potrzebne do ubierania sceny. Wyręczał także reżysera, a mianowicie wtedy, kiedy to publiczności, słabo reprezentowanej, trzeba oznajmić, że „z powodu pustek w kasie teatr zamyka się“. Spełniał to ostatnie nie z przyjemnością, bo wiedział, że po takiem odwołaniu przedstawienia, dostanie tylko połowę kosztów i nic z działów na swoje trzy marki. Towarzystwo grywała na działy, których lwią część zabierali: dyrektor z Simonką, naiwno-liryczno-operetkowo-gabinetową primadonną, ojciec dramatyczny i kornik, nieporównany „kańciarz“, bo pierwszy amant — wspaniale, modnie ubrane bydlę — był „krowienturą“ świeżą jeszcze, przeto mało płatną. Swoją drogą Franek spełniał tyle uciążliwych obowiązków bez szemrania. Był wszędzie, gdzie go tylko mogli potrzebować. Zdawał się dwoić i troić, aby tylko nastarczyć. Szturchańce, bo i to go spotykało od zniecierpliwionych, kaprys, dzikie popędy zdenerwowanych, szydercze uwagi, wszystko to znosił z niewyczerpaną cierpliwością. Zdawał się nie mieć krwi i nerwów w sobie. Tylko czasami, gdy mu kto za bardzo dokuczył, lub za boleśnie pociągnął za włosy, oczyma błyskał żałośnie, lecz milczał. Ach, te oczy! co one tam robiły pod tą nieforemną, przykrytą żółtawą czupryną, czaszką? Takie wielkie, barwy najciemniejszego lazuru, a wiecznie pokryte jakąś zasłoną szklistą — jakby łez zastygłych. Zdawało się, że ich światło skierowane jest z zewnątrz — w jakieś przepaściste głębie ducha. Z powodu tych oczu cierpiał najwięcej od amanta, który miał głęboko schowane bez wyrazu i koloru oczy.
— Co takiemu bydlakowi po nich? — mawiał — gdyby człowiek miał podobne, to — no!...
To „no“ było wypowiadane z jakiemś rozmarzającem mrugnięciem i miało głęboko sięgające znaczenie.
Franek pomimo wszystkiego trzymał się tego jednego towarzystwa od lat kilkunastu. Przywiązywał się do wszystkich, którzy w niem byli czas jakiś, a szczególniej do dyrektora, u którego ojca zaczął swoją artystyczną karjerę — może z marzeniami o sławie? z duszą przepełnioną pragnieniem grania Hamletów, Learów i t. d., może! — To tak dawno. Mówił, że już nie pamięta, gdy go jaki nowicjusz zapytywał. Pogrzebał przeszłość tak głęboko z jej porywami, tęsknotą, nadziejami, że chwilami naprawdę nie wiedział, czy istniała kiedy. Był pogodzony z dolą; na nic nie czekał, niczego nie pragnął! Żył z dnia na dzień, z godziny na godzinę, aby dalej. Zadzwonią, kurtyna zapadnie i sza — bez bisów — jak się raz odezwał.
Zresztą był milczącym, nie lubił rozprawiać. Bo i o czem? Ani słuchał rozmawiających. Co go to wszystko obchodziło? Miał robotę — robił, nie myślał; nie miał — szedł z suflerem Zmarźlakiem do knajpy i grał dniami całemi w domino — i także nie myślał. Brakło partnera, albo był za bardzo spity — szedł spać, — ot i wszystko!
Obojętność jego była nieczułością.
Za jego pracowitość niezmordowaną, przywiązanie bezinteresowne, odwzajemniano mu się nieraz na różny sposób. Niewielu, co prawda, widziało w nim człowieka, tylko jakieś popychadło, automat, usługujący równie dobrze i pośpiesznie tak za kułaka, jak i za dziesiątkę.
Sensację zrobił pewnego razu na próbie. Bohaterka, wypełniająca prywatnie obowiązki dyrektorowej, przyszła na próbę w złotym humorze.
— Franek, piwo! — W tej chwili prawie postawił przed nią kufel. Knajpa była obok. A ona, skończywszy pokazywanie wszystkim pierścionka, który dostała na wczorajszej bibce — robiła tak zawsze — zawołała go w kulisę i wspaniałomyślnie zaproponowała, aby się przeniósł na mieszkanie do jej kuchni.
— Bo ty podobno nigdzie nie mieszkasz?
— E—e—mieszkam, proszę pani dyrektorowej.
Lubiła ten tytuł.
— Gdzie?
— Tam na Olejnej. Pani dyrektorowa nie wie? mieszkamy ze Zmarźlakiem razem.
— To bydlę rozpoi cię.
— Cóżto szkodzi, proszę pani?
— No tak, tak — ale u mnie nie możesz być pijanym.
— Dobrze, nie będę pił — wszystko mi jedno.
I ucałował na podziękę ręce kandydatki na dyrektorową.
— Sprowadź się zaraz.
— Dobrze.
Akurat ktoś go potrzebował posłać do szewca i w tym celu ściągnął nawet z nóg kamasze, którym nagwałt pomoc dać należało, i, siedząc w kulisie, głosem tylko miał brać udział w próbie.
— Franek, zaniesiesz, widzisz — niech ci na poczekaniu zrobi.
Franek przybrał stanowczą minę i powiedział, że nie ma czasu, nie pójdzie.
— Dlaczego, małpo, nie pójdziesz?
— Bo przeprowadzam się.
— Skąd? gdzie?
— Od Zmarźlaka do dyrektorowej.
— Ha! ha! — Franek się przeprowadza, ha! ha! wybornie! — przeprowadza się!
— Połamani bohaterzy i dotknięci szpicem Kronosa bohaterki! Proszę o głos! Hołota, — cichoże, bo chcę powiedzieć coś arcywesołego.
Uciszono się.
— Oto! powiadam, że nasza Esmeralda vel Simonka bierze sobie tego oto Quasimoda na stajnię — czyli inaczej, mówiąc językiem dla was zrozumiałym, nasze factotum — mówiący słynął z wyszukanych zwrotów i porównań w mowie — przeprowadza się, słyszycie — zaangażowała go przed chwilą do wszystkiego — i przeprowadza się.
Męska połowa towarzystwa wybuchnęła śmiechem, tak im się to komicznem wydało, żeńska zaś żółcią i śliną — tem zjadliwiej, że dyrektorowa oddaliła się.
— Faktora chce mieć pod ręką, obrońcę, parawan, kasjera.
— Kupiłaby sobie lepiej nowy garnitur zębów, bo starym wczoraj o mało się nie udławiła.
— Czy pani chcesz nabyć stary? Będę pośredniczył, może odstąpi po zniżonej cenie, jako dla istotnie potrzebującej — szepnął z galanterją zjadliwą „charakterystyczny“.
— Och! pan jesteś...
— Zachwycającym! — podsuflował cicho.
— O nie! raczej chwytającym „bębenków“ na karty.
— Za które to zyski, mówiąc nawiasem, pozwalasz mi się pani nazwać czasami szczęśliwym swoim wielbicielem — odpowiedział cicho z ukłonem.
Aktorka z godnością, jak przystało na matkę dramatyczną, odeszła w kulisy.
— Widział pan przed chwilą to publiczne afiszowanie się z pierścionkiem, wiadomo jak nabytym? O! ona umie naciągać facetów! I ja, która byłam w pierwszych towarzystwach, u Texla, Kościeleckiego, muszę z takiemi kolegować! Ach, to okropne!... Ani to głosu, talentu, postawy... Bo to, proszę pana, co pan w niej widzisz, to wszystko sztuczne — od Pika — i to się tak rozrzuca! Ja mam przecież ręce także możliwe do pierścionków, co, nieprawda? I ja także mogłabym je mieć, gdybym tylko chciała, ocho! — w Warszawie w Bellevue to facety podali mi z krzeseł garnitur złoty - naprawdę, jak Bozię kocham! Ale nie wzięłam — nie, za bardzo siebie szanuję — brać od obcych! Co innego, jakby znajomy, przyjaciel taki serdeczny, jak pan, dawał, tobym wzięła — ale inaczej nie, nigdy... — mówiła to szeptem, szepleniąc i mizdrząc się „naiwna“ — młoda, może 24-letnia kobieta, dość przystojna, ale zniszczona życiem, do młodego wielbiciela, który, widać było, że na dzień takiego słodkiego spotkania musiał zrzucić z siebie mundur szkolny dla większej niepoznaki — bo wyglądał, jak z krzyża zdjęty. Wcisnął się w krzesło tak, że ledwo go było widać i od wchodzącego odwracał się z przestrachem, jakby inspektora przeczuł.
— Franek! — wołała niezdecydowanego wzrostu, wieku, płci i piękności aktorka o nieustalonym repertuarze. —— Franek! idź, przeprowadzaj się prędzej, bo pani dyrektorowa czeka, żebyś próchno wymiótł z mieszkania, nim goście nadejdą.
— No, a tymczasem możesz to tutaj zrobić! — zawołał któryś, śmiejąc się. — Aktorka spłonęła z gniewu i przyciszonym od złości głosem syknęła:
— Rodin!
— Gonerilla!
Tyranizowała matkę w najpodlejszy sposób.
— Ależ, na Boga! kiedyż się próba zacznie?
Franek wysunął się z teatru.
— Jeszcze niema wszystkich.
— Trzeba posłać, niech przychodzą. Mój Zmarźlaczku, idzźno po te krowienty, bo jak pragnę dobrego udziału, oddam rolę i róbcie sobie, co chcecie.
— Powinieneś to dawno zrobić, publiczność umiałaby to ocenić.
— Och! publiczność i tak jest wdzięczną dyrektorowi, że menażerji nie puszcza na scenę.
— Tak, całej nie — tylko niektóre okazy...
— Panie!...
— Cicho, osły! Kalacie karczemną zwadą święty przybytek sztuki. Kłócicie się, jak szewcy.
— Nie — ale jak tenorzy.
— Albo jak aktorki...
— Panowie! proszę sobie artystkami nie wycierać zębów.
— Tylko?
— Kańciarz!
Całe towarzystwo zgodnie wybuchnęło śmiechem.
— Więc pani w ten sposób rozumiesz? Tak myślisz?...
— Stój, Garricku! Pani! ten młodzieniec znieważa cię. Posądza bowiem, że rozumiesz i że myślisz. O niegodziwiec! o łotr!...
Powiedział to komik, Wstawką nazywany, przysadzisty, o rozlanej twarzy i brzuchu, a zalanym talencie jegomość, i oddalił się śpiesznie, rzucając złośliwo-triumfujące spojrzenie wokoło.
Nazwany Garrickiem, młody aspirant do artystycznej nędzy, jeszcze niezbyt otrzaskany z postępowaniem wspólkolegów, a przeto pełen jeszcze młodzieńczego ognia, porwał się oburzony.
— Siedź pan, nie zważaj na mowy podobnych klownów. Trzeba czasem i zniewagę złożyć na ołtarzu sztuki — szeptała skonfundowana, ściskając rękę swego rycerza.
— Dobrze, pani, usłucham twego głosu — jest mi on rozkazem...
Podziękowała mu powłóczystem a głębokiem spojrzeniem podmalowanych oczu.
— ...ale nie rozumiem — mówił dalej — nie mogę pojąć, jak podobni w życiu ludzie mogą być przedstawicielami sztuki, apostołami piękna i szlachetności. Nie mogę się nawet domyślić, patrząc na nich, czy tam w tych piersiach płonie święty ogień sztuki. Nie rozumiem, jak można być pijakiem, szydercą, cynikiem a jednocześnie artystą. Nie rozumiem.
— O szewcze Apellesa! Wiele jeszcze nie rozumiesz — wiele, wiele musisz pozbyć się z tego, co czujesz. Wiele razy grać na głodno, wiele nocy pić na czyje conto, nim zostaniesz aktorem.
— Wolałbym wcale nie być na scenie, niż czuć i myśleć inaczej.
— To odejdź w pokoju, mój synu! — odejdź. Mama i tata zabiją i tłustego cielca na przyjęcie syna marnotrawnego.
— Panowie szydzicie, a przecież tu idzie o coś większego od nas — o sztukę.
— To ci farsiarz! ha! ha!
— Pozwólcie panowie i nie gniewajcie się na mnie zato, co powiem, ale sztuka nie jest celem dla was, nie kochacie jej. Myśli wasze zajęte czem innem, serca zastygłe, nie odczuwają nawet, co to jest sztuka?
— A wiesz ty, młodzieńcze, co to jest codziennie obiad, całe buty, mieszkanie zapłacone, łach jakiś swój własny na grzbiet, kieliszek sznapsa, za własną dziesiątkę kupiony? Ty nie wiesz jeszcze, dopóki ci starczy zapasów, przywiezionych z domu, ale my o tem dawno zapomnieliśmy — o, dawno! Odejdź, a jeżeli zostaniesz pomiędzy nami, to za rok — pomówimy o tem, co to jest sztuka. Dixi.
— A swoją drogą dołóż do swego zapału nowe buty na zapas i schowaj, przydadzą ci się na powrót — zakończył Wstawka.
— Kiedyż ta próba?
— Gdzie się pani tak śpieszy? — on jeszcze z klasy nie wrócił.
— Zmarźlak! hej Zmarźlak! chodźże tu, stara małpo. Gdzie dyrektor?
— Zaraz idzie — kończy partję.
— A Dżalma?
— Spotkałem go, szedł z temi pannami z za mostu na spacer i powiedział, żeby go kto zastąpił, bo teraz nie ma czasu, przyjdzie na popołudniową.
— Samiec!...
— Nie, to przechodzi pojęcie!...
— Twoje, ma się rozumieć.
— ...jutro się gra, nikt roli nie umie, na próby nie przychodzą: będzie klapa! jak Boga kocham, jeneralna klapa.
— Nie kracz, wrono!
— Że sztuka pójdzie pod psem, za to ręczę.
— Ma się rozumieć, skoro ty w niej grasz.
— Żeby to spektakl był dobry! — bo jak wstawić pragnę kubełek piwonji, bryndza aż śmierdzi — ani cebuli, ani w co wkrajać.
— Jak pogody nie będzie, to i publiczność może nie dopisać...
— Nie bój się. Dopisze, ale tobie na grzbiecie, jak się będziesz sypał, jak wczoraj.
— To małpa Zmarźlak spił się, jak świnia, i nie poddawał...

„Jowiszu, przed twój tron idziemy wieńce pleść“.
„I tobie cześć — I tobie“
„Jowiszu i t. d.“

To dyrektor wchodził z piosenką na ustach.
— Jak się macie, robaczki! — zawołał do kobiet. — No, panowie, zaczynamy próbę.
— Czas jużby było — czekamy...
— Widzisz, Ofeljo, cudną karambolową partję graliśmy z sędzią. Znasz go, ten, co tak po uszy zakochany w tobie — i właśnie mówił mi...
— Wszystko mi jedno, co mówił. Nie potrzebuję gołych „fatygantów“.
— Przecież to faco pierzasty! — wtrącił ktoś zboku.
— I! — ma tyle... — i pokazała figę.
— Pani bo jesteś zawsze doskonale informowaną....
— Kota w worku się nie kupuje, to żaden interes — zawołał Wstawka.
— Franek! Franek! scenę ustawić do pierwszego aktu.
— Niema go; przeprowadzać się poszedł.
— Gdzie?
— Do Simonki.
— A! — no, mniejsza. Panowie, pomóżcie mi, ustawimy sami.
— Zaczynać, zaczynać. Gdzie, Mazepa?
— Nie przyjdzie, jest na innej próbie...
— Garricku! zamarkujesz pan za niego.

„O tu mi był Eden,
„Oczy twe były dla mnie gwiazdami zbawienia,
„Hymnem...“

— Mój drogi, nie blaguj. Udajesz, że się uczysz roli, a sypiesz się na scenie jak zwierzę — wołał dyrektor w kulisy do grającego rolę Zbigniewa, który swoją obecność i pracowitość w ten sposób manifestował...
Rozpoczęto próbę. Kuleli, sypali się, wracali do scen niektórych po dwa razy, ale powoli, powoli, rozgrzewało ich to arcydzieło dramatyczne. Przycichało w sali, uciszono się w kulisach, nie było słychać rozmów, przycinków, szyderstw, kawałów. Nawet ci, którzy w tej sztuce nie grali, słuchali jej z pewnem skupieniem ducha. Genjusz jasnemi skrzydłami poezji zwyciężył ich codzienność — i panował chwilę.
I Franek w trzecim akcie się zjawił. Usiadł w kącie przy proscenjum i patrzył. Był, jak zwykle, apatyczny, zimny; twarz miał bezmyślną, a oczy martwe. Tylko usta miał ułożone do jakiegoś wewnętrznego uśmiechu, pochylał nieznacznie głowę — można było przysiąc, że w takt wierszy, mówionych na scenie. Nawet Wstawka, wyuzdany cynik i szopkarz pierwszorzędny, nie mógł się oprzeć, aby nie powtarzać za mówiącymi kilku wierszy.
— Widzisz, kulfonie! — mówił zniżonym głosem do Franka. — To sztuka! — i odszedł powtarzać wszystkim to samo.
Po skończonej próbie „charakterystyczny“ zaproponował spacer przed popołudniową próbą.
— Zaprowadzę was w jedno cudownie odkryte miejsce, gdzie dają kotleciki — no, caca — z sałatką po 15 kop. porcja. Ale powiadam państwu, delicje! Czegoś tak smacznego...
— Twój dziadek w szabas nie jadał.
— Wstawka się już chlapnął i bredzi.
— E, gdzieżtam, — oponował z miną żałosną komik — ani nawet kieliszka jednego, marnego kieliszka — nic! Na chęciach nie zbywało, ale...
— Vae victis przez pustki...
— W mózgownicy! W marmurze ryć taką prawdę — w marmurze.
— Jak to zaraz znać, żeś czyścił koturny profesorowi łaciny.
— Panowie, panowie, nie gryźcie się, bo i tak was gryzą...
— No! więc idziecie na podwieczorek? — pytał Garrick.
— Dobrze, dobrze, kiedy prosisz, to i owszem, no, bo prosisz!...
Garrick w milczeniu, acz niechętnie, skinął głową potakująco.
— Jakże nisko teatr upadł! naciągać swoich! — mruczał Wstawka, oburzony naprawdę.
Wyszli z teatru.
Charakterystyczny szedł pierwszy z którąś z aktorek i, z zapałem smakosza, opowiadał, jak się robią dobre kotlety z cielęciny.
— Ten się minął z powołaniem, powinien być kucharzem.
— Protestuję w imię zdrowych żołądków!
— O oleum ricini! jakże byłobyś poszukiwane!
— Panowie i piękne panie!... nie gniewajcie się, białogłowy, że mówię „piękne panie“ — jest to niewinna figura retorica — otóż panowie! Tak, posłuchajcie — powiem przypowieść biblijną. Krowienty wrócić się, rozdziawić gęby, nadstawić słuchy, bo mądrość będzie płynęła z ust moich potokiem.
— Jak przez nie sznaps!
— Do rzeczy, do rzeczy! mówże Wstawka, bo niema czasu.
— Otóż: pewnego czasu... nie, — nie tak.
W on czas, rzekł Zeus do Nataniela proroka, idąc z nim de pache ulicami Koryntu:
— Spojrzyj przed się! — i Nataniel spojrzał.
— I cóż widzisz?...
— Chłopię izraelskie, rozlepiające afisze na jutro.
— Patrz dalej. I cóż widzisz?
— Dwoje nieczystych stworzeń, w pyle leżących.
— O krótkowzroczny!
— Panie, noszę ósmy numer pince-nez.
— Kto zapisywał?
— Wolfisz.
— Parszywa owca w stadzie Izraela. Mówię ci, przejrzyj!
— Już widzę.
— Co?
— Człowieka wysmukłego, jak grusza Maćkowa, o twarzy koloru twojego nosa, o nieśmiertelny!
— Natanielu, zakazuję ci porównań! Mów, sam jest?
— Z niewiastą...
— Przystojna?
— Tak, panie, ale zwróć swoją uwagę gdzie indziej, bo ma zazdrosnego kochanka.
— Drwię sobie z tego w olimpijski sposób. Mów, słucham.
— Nachyleni do siebie szepcą.
— Co mówią?
— On opowiada, jak się, o panie, przyrządzają kotlety cielęce, a ona słucha z miną kwoki, gdy kur wydobywa przed nią tłustego robaka.
— Powiadasz, że mówią o kotletach?
— Tak, o nieśmiertelny!
— Hm! u mnie także mają być dzisiaj kotlety na obiad. To już pewnie czas... Ten smyk, Faeton, gotów przyjść wcześniej i zje wszystko... a baba każe mi zrobić zacierek. Brrr! Natanielu!
— O panie!
— Która godzina?
— O synu Kronosa, z rumieńcem przyznam ci się, że... zastawiłem wczoraj swój czasomierz.
— Naco?
— Panie, przebacz, ale miałem wieczorem randkę w botanice... i... potrzebowałem. Ale ty, o Zeusie, masz złoty chronometr, dar imieninowy twej ślubnej.
— Tak... mam, mam, tylko chwilowo ten łotr Merkury zabrał go... za ten ostatni kosz szampańskiego... Natanieiu! Cóż tam widzisz więcej? co czytasz w tych postaciach?
— O panie, mamże mówić to, co zasmuci serce twoje?
— Mów! mów! chyba jeszcze zdążę na obiad.
— Widzę, panie, na czołach tych ludzi, w oczach, w sercach wypisane: „Ja jestem głupstwo“. Przebacz im potężny! nie marszcz brwi! Cóż winni, że przyszli na świat takimi?
— Co?! w mojem państwie głupstwo miałoby grasować? nigdy, jakiem Zeus — nigdy! Upornych, co w niem trwać będą, do ula — uważasz. Albo nie. Niech płacą po miarze pszenicy i dzbanie Falerna. Wino odesłać mi zaraz, trwających w błędzie, a szczególniej nie płacących sztrafu — zabijaj! Masz tu pioruny. Ja odchodzę na obiad, musi być późno, a Junona — o!...
— Panie! tu tylko są puste patrony, a gdzież jest ogień, którym ukarzę opornych?
— E! — głupi jesteś, mój kochany, nudzisz!
— Wierny twój sługa, o Zeusie.
— No, to weźmiesz od Merkurego na... rachunek.
— Ale, ale, ogłosisz to jeszcze: „I wszyscy sprawiedliwi, prawomyślni, odwracać się będą od tej pary, pod najstraszniejszą karą — zarażenia się głupstwem“.
— Hm! komorne niezapłacone. Juno potrzebuje sukni i kapelusza, trzeba dać a conto w handelku, szewca zapłacić, sobie kupić szlafrok i tabakierkę, zapłacić długi tego hultaja, Dianie kupić prezencik — może się uda dojść z nią do ładu. Hm! ładna szelmutka!... Natanielu! — zawołał gromowładny za oddalającym się, — Natanielu! Uważasz, postaraj się, żeby tylko tych sprawiedliwych nie było za wielu. Ty umiesz to urządzać. Bo widzisz, cóż robić? ciężkie czasy...
Tak rzekł Zeus, pan na Olimpie lit. b z przyległościami, i wsiadłszy w jednokonkę — odjechał.
A Nataniel prorok, przywdziawszy ochędożne szaty, stanął przed bóżnicą Melpomeny i, opowiedziawszy, tak zakończył:
— Zaprawdę! zaprawdę! powiadam wam, że porcja kotletów za 15 kop. i do tego z sałatą — to blaga na gruby kamień. Chyba, że za gotówkę. A jeśli tak, to kamionujcie fałszywe proroki, które sprowadzają wasze chęci na bezdroża pożądania — nadaremnego, a mnie każcie dać sznapsa, bo strudzone są piersi moje, usta pragnące, a żołądek wyschły, jak piaski Sahary.
— Mógłbyś być sługą w winnicy pańskiej, nieźle każesz.
— Wolałbym być włodarzem.
— Aby mieć klucze od piwnic, ha! ha!
— Mój Boże, co to czas, życie z człowiekiem robi? — mówił szczupły, wysoki, z wybitnie aktorską twarzą drugi komik, stając przed Wstawką i mierząc go złośliwie litościwym wzrokiem... — Panowie! pomyślcież, że w tym człowieku było trochę dowcipu, trochę rozsądku, ździebełko talentu — a dziś. Słyszeliście go mówiącym, przypatrzcież mu się teraz. Nic nie widzicie?... Prawda! jakże w absolutnej próżni można co zobaczyć?...
— Wiesz co? — syknął Wstawka — poślij swój dowcip do szewca, niech go podzeluje, bo ci się djablo zdarł.
— Dowcipu nie potrzebuję dawać, ale buty rzeczywiście krzyczą o podeszwy. Poradź mi, który z twoich dawnych kolegów to najlepiej zrobi?
— Poradzę ci napić się oleju, może choć troszka przedostanie ci się do łba, boś strasznie zidjociał.
— Niech na usprawiedliwienie starczy mu pańskie towarzystwo — zawołał „charakterystyczny“ złośliwie, mszcząc się za opowieść.
— Brawo, brawo! Razowiec! — tak przezywano ostatniego.
— Franek!
Franek szedł ze Zmarźlakiem na końcu, milcząc. Nie słuchał mówiących. Co go to obchodziło? A po drugie dowcipu niesytuacyjnego, nie na scenie do tego, nie rozumiał.
— Franek! pani dyrektorowa woła. Leć-że prędzej, a sprawuj się dobrze, to dostaniesz serek! — wołał Wstawka.
Franek poszedł śpiesznie — zabrała go z sobą.
Dla Franka z przeprowadzeniem się do Simonki nastały lepsze czasy. Kandydatka na dyrektorową mieszkała elegancko. Aktorki mają szczególny dar szybkiego przystrajania mieszkań byle czem. Dwa pokoje, jakie zajmowała, były urządzone trochę jaskrawo, ekscentrycznie, niemniej jednak oryginalnie i wytwornie. Łóżko pod pawilonem z kremowych tiulów, podszytym blado-różową materją, królowało w drugim pokoju. Podłogi zaściełały dywany, bądź swoje, otrzymane w podarunku od wielbicieli, bądź te, których Franek pożyczył na mieście do rekwizytorjów na scenę. Albumy, fotografje właścicielki w kostjumach, pół-kostjumach i prawie bez kostjumów, poumieszczane w ramkach ze sztucznych kwiatów, porozrzucane po stolikach, konsolkach, błyszczały za szkłem jak na wystawie i zapełniać się zdawały gwarem mieszkanie. Światło, przyćmione u okien ciężkiemi firankami, tworzyło jakiś półcień tajemniczy. Długie kosze do garderoby, pookrywane kawałami materji w fantastyczne desenie, i barwy, służyły za sofy i nęciły do siebie. Wachlarze z piór białych i czerwonych różnego rodzaju, gatunku i wielkości, porozrzucane po meblach, poprzyczepiane do ciemnych ścian, pogłębiały ton ogólny, występowały jaskrawie z tła, drażniły nerwy dysonansem. Chińska latarnia pod olbrzymim parasolem u sufitu dopełniała dziwaczności. Bukiety à la Makart, statuetki, wazony, patery z ceramiki i minerałów, porozstawiane z widocznem usiłowaniem niedbałości i harmonji, walały się obok kart, popielnic, niedopałków papierosów, szklanek, butelek z winem i wódką, flakonów z perfumami i pudełek z pudrem. Wykwint, pomieszany z nieładem i jaskrawością cyganerji teatralnej, mieszał się wszędzie i dopełniał. Co jaskrawsze i oryginalniejsze kostjumy sceniczne wisiały po kątach.
Bywało tu wcale inaczej po każdej bibce.
Obserwator byłby z tego urządzenia mieszkania czytał, jak z książki, z jakich sfer rekrutują się tygodniowi wielbiciele aktorki. Wszystko, co miała, czem rada się popisywała, było od kochanków.
Franek zajął kuchnię, przez którą się przechodziło. Kawałem jakiejś starej dekoracji przedzielił ją napół, w jednej połowie, gdzie był kominek, zamieszkał, z drugiej zrobił przedpokój. Mówimy: zamieszkał. Rozciągnął na dość czystej podłodze coś w rodzaju starej chustki, dywanika lub też kawała kulisy, na to strzępy jakiegoś futra — i mieszkał, bo miał się gdzie położyć i na czem. A prawda! Pod kożuch i derkę wsunął podługowate pudełko drewniane, i to tworzyło poduszkę. Jadał teraz stale śniadania. Dyrektorowa stołowała się w restauracji, a tylko śniadania jadała w domu. Franek nastawiał samowar co rano i podawał jej herbatę do łóżka, jeśli ma się rozumieć spała w domu — zato wspaniałomyślnie kazała mu sobie robić herbatę. Wywdzięczał się usłużnością. Była to natura, odpłacająca każde doznane dobrodziejstwo w czwórnasób. Był ciągle na jej usługach. Chodził z listami, robił sprawunki, ubierał ją, zastępował służącą z zupełnem zadowoleniem obsługiwanej. Za to wszystko miał kąt swobodny, gdzie też i przepędzał wszystek czas wolny. Co robił wtedy? Nikt nie wiedział. Coprawda, nikt nie był ciekaw się pytać.
Ile razy kto wszedł, wyłaził od siebie poruszony jakiś, z ogniem w oczach, z twarzą dziwnie wypiękniałą i z rękoma powalanemi atramentem.
— Coś ty buty czyścił? —— zapytał go raz dyrektor, ujrzawszy jego ręce, zdejmujące mu palto.
— E — nie —— proszę pana dyrektora.
— A łapy masz powalane szuwaksem.
— To, to... atrament.
— Pisałeś co?
— List — szepnął nieśmiało. Kłamstwo przychodziło mu z trudnością.
— Do kogo?
Nie odpowiedział.
— Do domu?
Milczenie.
— No mówże! Nic nie wiem, masz gdzie rodzinę, czy nie?
— Wacek! chodźże, nie marudź! — ozwał się głos z drugiego pokoju.
Franek otworzył drzwi śpiesznie, uradowany, że mu się udało uniknąć wyjawienia prawdy. I starannie wymył ręce. Ukrywał się bowiem z tem, że pisał... sztukę; to jest przerabiał „Ulanę“ Kraszewskiego na scenę.
— Franek sztukę pisze! pisze sztukę, słyszycie, ha! ha! ha!
Franek bał się takiego śmiechu i komentarzy, urągowisk i bolesnych żartów towarzystwa. Dlatego to, co robił, robił tak pocichu i w tajemnicy, że tylko jeden Zmarźlak wiedział o tem. Ale jego był pewnym, że nie wyda. Myśl i chęć pisania tak go nagle opanowały, i tak gwałtownie, że się nie mógł oprzeć — musiał poprostu. I zaczynał siebie nie rozumieć, jak tyle lat przeżywszy, mógł nie pisać. Nie zważał na trud, na niemożebność. Wola jego wyprężała się w tym jednym kierunku: napisania sztuki i zobaczenia jej na scenie. Tem oddychał. Powód pobudzenia, wstrząśnienia był następujący:
Grano u nich po raz pierwszy „Chatę za wsią“, grano z olbrzymiem stosunkowo powodzeniem. Publika, jak zwykle publika, przepada za śpiewkami, tańcami i dziko-romantycznemi perypetjami, przeplatanemi grubym żartem i tanim patosem. Więc też „Chata“ podobała się ogromnie. Aktorzy, rozpromienieni lepszemi działami, grali z przejęciem. Rozprawiano też po pierwszem przedstawieniu prawie dobrze o sztuce, w miarę rosnącego powodzenia — i codziennych przedstawień przy pełnej kasie — entuzjastycznie. Wynoszono pod niebiosa i autora, i przerabiaczy, bo, dzięki nim, mieli niebywałe powodzenie. Frankowi, który w tej sztuce „robił tłum“, podobała się ogromnie. Przepadał za każdym jaskrawym efektem, za uczuciem, które aktor zwykle przyoblekał w formę nie wulkaniczną, ale epileptyczną, za rozczochraną grozą, o twarzy wykrzywionej wściekle, tubalnym głosie, pianie na ustach i ramionach, rozkrzyżowanych, jak drogowskazy. Lubił taki teatr. Na subtelnych półtonach sztuk, gry, nie znał się. To też to, co lubił, znalazł w tej sztuce. Grano ją con amore, przeszarżowawszy. I z przyjemnością słuchał, jak aktorzy w garderobie wynosili sztukę pod niebiosy.
Garrick opowiadał, że prawie wszystkie sielskie powieści Kraszewskiego nadają się do przeróbki na scenę.
— Ot, macie naprzykład — „Ulana“. Kto ją przyniósł — pytał, biorąc książkę ze stołu z pomiędzy kilkunastu.
— Ja — odpowiedział Franek.
— Czytałeś ją?
— Nie. Pożyczyłem do rekwizytu na niedzielę i jeszcze nie miałem czasu odnieść.
— Ot! macie Ulanę...
I długo, szeroko rozwodził się nad jej treścią; coby to był za ładny i efektowny obraz sceniczny.
Franek słuchał i wkońcu zapytał ciekawie:
— Czy to trudno, proszę pana, sztukę napisać?
— Spróbuj napisać, to się przekonasz.
Franek roześmiał się jakoś bezdźwięcznie i nieśmiało szepnął:
— Trzeba umieć.
— Głupiś! — nikt nie umie pisać, zaczynając.
— Franek! Wiesz co? napisz, jak Boga kocham. Toby było kapitalne — uważasz! przedstawimy ją u nas. Wyobraź sobie: sala pełna, zajęcie ogromne, pierwsze rzędy we frakach, premiera przecież! Każemy bić ogromne afisze różowe, na nich stać będzie; Ulana, sztuka sceniczna przez Franka, t. j. Franciszka i trzy gwiazdki, to zaciekawia. Kurtyna antłojf i szmerek na pe w początku aktu, przy końcu brawa, uważasz, brawa! a dalej krzyczą, wołają: autor! autor! O! to ci jest lusztyk! o! — szydził Wstawka.
— Nie zawracałbyś mu głowy.
— A może się w nim zbudzić talent.
— Do porządniejszego czyszczenia lamp chyba, bo kopcą dziś jak djabli.
— Słuchaj, Razowiec, ty go nie masz więcej od niego, a jesteś aktorem na stanowisku.
— Tłum na scenę! na scenę! — krzyczał dyrektor w kulisy z otwartej widowni i pogroził pięścią Frankowi, że na czas nie wyszli.
Niewiele zważał na to. Myśl, rzucona żartem, wryła mu się w samo dno mózgu, roznieciła przygasłe ognie młodości. Zdawało mu się, że spał długo, i ktoś go zbudził do drugiego życia, i że po raz pierwszy spojrzał na świat — takie było wszystko inne, nowe. Marzenia wypełzały z jam, i jak cienie, pełne w sobie tajemnicy i szczęścia, osnuwały mu duszę. A jakby się udało? I po przez szarą wstrętną oponę nędzy, upokorzeń i takiego życia bez jutra, bez myśli i bez marzeń, dusza mu się wydzierała do słońca, zrzucała więzy, otaczała się światłem i drżała z nadmiaru wzruszenia, kołysana pragnieniem niepowstrzymanem, nadzieją i strachem jakimś...
Był olśniony i przerażony razem swoją zuchwałością pragnień.
Franek była to dusza na obraz przyrody, która po zimie ciężkiej, burzliwej, budzi się na wiosnę pod gorącem tchnieniem słońca — i nie wierzy, że nie może kiełkować, rosnąć, kwitnąć, żyć; zapomniała w nędzach zimy o przeszłej wiośnie. Więc nieśmiało i bezradnie wysuwa się z siebie, aż rozpętana ciepłem i swobodą, symfonją cudów bierze świat w swe dobroczynne posiadanie.
Franek ledwie mógł się doczekać końca przedstawienia i, wychodząc, zabrał z sobą Ulanę. Przeczytał ją w ciągu nocy kilka razy z rzędu; spłakał się nad losem opuszczonej i rozpłomienił jeszcze więcej do napisania sztuki, osnutej na tym temacie. Myśl, popychana przez ambicję, zwyciężyła doreszty przygnębienie moralne i apatję, w jakiej żył od tak dawna.
— Tak, napiszę, napiszę! — mówił do siebie.
Nie wiedział tylko, jak się wziąć do tego. Myślał, jak zacząć, od czego — nie wiedział. Pocił się z wysiłku, rzucał wszystko do djabła i powracał do tego samego. Był obezwładniony tem pragnieniem i olbrzymiał jednocześnie pod parciem woli. Upór zwalczał zniechęcenie, powstałe z bezsilności. Zeszło mu tak ze dwa tygodnie na ciągłych walkach z niemożebnością wysnucia z mózgu jakiejkolwiek formy. Zaczynał, ale darł natychmiast. Ten początek był z tej sztuki — tamten z innej. Przez osłuchanie się na scenie, umiał ich tyle prawie na pamięć, że bezwiednie — słowa zapamiętane pisał. Odczytując, poznawał z bólem upokorzenia, że to nie jego myśli. Nie chciał naśladować! Przez te dwa tygodnie zżółkł jeszcze więcej, pochylił się bardziej; usta miał czarne od gorączki, spieczone, czoło porznięte fałdami, a w oczach wyraz nigdy niewidzianego u niego rozmyślania.
Nie mógł chodzić z wyczerpania wewnętrznego, bo ani sypiał, jak się należy, ani jadał. Wprawdzie jadać — nigdy nie jadał tyle, ile potrzebował.
Rozdenerwowany w najwyższym stopniu, stawał się więcej jeszcze milczącym, więcej sennym, ociężałym i nieczułym na wszystko zewnętrzne.
Burza, jaka szalała w jego piersiach, ogień, jaki go trawił, nie przedostawał się nawierzch; trzymany siłą w głębi duszy, palił go powoli, wysuszał jego ciało doreszty. Ręce mu drżały, sił brakowało, z trudem mógł podciągnąć kurtynę. A gdy tylko mógł się znaleźć sam — płakał. Płakał z bólu nad swoją niemocą, aby potem z tem większą furją rzucać się do pracy iście Syzyfowej dla niego. Czuł, a później zrozumiał, że tylko dlatego tak mu nie idzie, że nic nie umie, nie zna, nie rozumie. To go dobijało. Co trzeba umieć? — zapytywał sam siebie. Wszystko! wszystko! — odpowiadało coś z niego. Jezus! wszystko!.. i ogarniał świat spojrzeniem duszy wszechwiedzącej i rozumiał w takiej chwili całą nieskończoność rzeczy, o których przedtem ani myślał, i wyczuwał marność swoją w całym jej ogromie. Znękany, zrozpaczony, przeklinał siebie, swoją nieudolność, nieuctwo i tych, którzy mu ten płomień wzniecili w piersiach. Tarzał się nieraz na swoim nędznym barłogu w strasznem uczuciu niemocy — nic nie pomogło, bo: „Krzycz, wrzeszcz, jak czajka, Na zawołanie nie przyjdzie bajka“, — jak Krasicki powiedział. Nigdy też nie czuł się tak chorym, tak nieszczęśliwym, ostatnim z ludzi. W tych smutnych chwilach szamotania się zaczął rozmyślać nad sobą i położeniem swojem. Ale, co charakterystyczne, widział wszystko przez porównania z osobistościami sztuk. Nie znał innego życia. Tam są bogacze, on nic nie ma, mniejsza z tem; szanowani, bo mają pieniądze, szacunku dla czego innego nie rozumiał, nie wiedział, że istnieć może. Kochają się, przypomniał sobie, że przecież jego i nikt nie kochał — nikt! Nie kochała go ciotka, która go wychowała po nagłej, jednoczesnej śmierci rodziców. Nie kochała go, bo ciągle go biła i jeszcze takim małym, boso, w zimie wypędzała na ulicę zebrać. Nie kochała go, wypędziwszy od siebie w dziesiątym roku życia w świat szeroki, z błogosławieństwem przekleństw i bicia na drogę. Och! pamiętał, przypominał sobie wybornie. Nikt mnie nie kochał!... — szeptał — i poczuł szalone pragnienie kochania czegoś, przyciśnięcie się do jakiejś piersi — i wylania na takiem wiernem, kochającem sercu wszystkich łez powstrzymywanych, wypowiedzenia wszystkich cierpień, bólów, trosk i upokorzeń, jakie teraz wrzały mu w duszy. Czuł w sobie ogromną potrzebę stania się komu użytecznym, należenia do kogoś. Uspokoił się, gdy mu przyszła na myśl sztuka jakaś, gdzie taki sam sierota, biedny, opuszczony znajduje bogatego krewniaka, przygarniają go do siebie — i potem zostaje panem. Takim panem, który może jeść tyle razy, ile mu się podoba, i mieć wszystko, co mu potrzeba — tak, jak tylko miało kilka osób z ich „towarzystwa“: Simonka, Naiwna i Dżalma. Mają „ bębenków“ — szepnął zazdrośnie. Nie rozumiał, żeby miało być co złego w naciąganiu bliźnich. Z tego wszystkiego wziął się do czytania. Pożyczał książki, gdzie się dało. Pożyczano mu chętnie do rekwizytu, bo odnosił prędko i nieuszkodzone. Czytał bez wyboru, ma się rozumieć — wszystko, dziś Borna, jutro Victora Hugo. Przestał grać w domino ze Zmarźlakiem, aby mieć więcej czasu. I nie przestawał szukać wskazówek do budowy sztuki. Teraz, przeprowadziwszy się do Simonki, miał wygodniej — od czasu do czasu mógł jadać obiady. Dochody jego znacznie się powiększyły. Napiwki za zdejmowanie palt, kaloszy i t. d. od odwiedzających aktorkę bywały nieraz sute. A prócz tego miał swój kąt własny, gdzie mógł swobodnie robić wszystko, co chciał. Zczasem udało mu się nareszcie znaleźć sposób zaczęcia sztuki. Brał z bibljoteki teatralnej różne dramidła, rozczytywał się w nich i rozpatrywał w ich budowie. Modelem dla niego była „Czartowska ława“.
Szło mu strasznie ciężko, a szczególnie z piosenkami nie mógł sobie dać rady. Nie zdołał zrymować dwóch wierszy. Zostawił je na później. Tymczasem pisał prozą. Przyniósł lampę z teatru, stawiał ją na ziemi, a sam, leżąc na brzuchu, wyciągnięty na posłaniu — pisał. Rękopis leżał na podłodze, jak i przybory piśmienne. Wymęczył już cztery akty, a piąty miał gotowy w głowie. Simonka dnia jednego poszła na kolację, oznajmiając, żeby nie czekał, bo może nie przyjdzie. Ucieszył się, że skończy. Rozradowanie pełne marzeń jaśniało mu w twarzy. Zaraz, jak tylko wyszła, zabrał się do pisania, ale treści gotowej nie chciało mu się przenosić na papier; wolał myśleć, przypominać sobie niektóre sceny i planować wystawę sztuki.
Wstał, skręcił sobie papierosa i w skupieniu rozważał, którzy z jego towarzystwa i jakie role grać mogą. Rozmarzał się. Nie widział niemożebności, niepodobieństwa znikały przed jego roznamiętnioną oporem wolą. Palił papierosy jeden za drugim. Uśmiechał się do siebie, przymykał oczy, i wyobrażał sobie, jak to być może. Przenosił się myślą na scenę, zdawało mu się, że patrzy przez dziurę w kurtynie na salę. Pełna! — szepnął stłumionym wzruszeniem głosem. Pełna! Fale głów. Ciche szepty międzyaktu, jak brzęczenie nadbiegają. Słychać tylko zamykanie i otwieranie drzwi wchodowych, skrzyp opuszczanych krzeseł, szelest suchy rozwijanych afiszy. Ciepło oddechów, światła, kurtyna kołysze i wydyma lekko. Kobiety po lożach wachlują się zawzięcie, słyszy najwyraźniej denerwujący chrzęst wachlarzy. Oczy błyszczą, a spojrzenia krzyżują się, jak błyskawice, po sali. Dzwonek! Przycisza się: drugi, trzeci. Zdaje mu się, że sam dzwoni, potem klaśnięcie w dłonie. Kurtyna idzie wgórę. Salę zalega cisza. Muzyka gra piano jakąś melodję. Tłumią oddechy. Na scenie obraz. Recytuje z zapałem — robi wrażenie. Publiczność zaczyna musować. Aktorzy nawet słuchają. Na sali gdzie niegdzie podnosi się chusteczka do oczów lub nosa, rozczulają się! Bierze ich sztuka. Teraz następuje przedostatnia scena Ulany z Tadeuszem, jeszcze nienapisana. Natchnienie porywa go, skalę głosu podnosi niezwykle, gra z ogniem, uniesienie dźwięczy mu w głowie, bije z twarzy, promienieje w załzawionych oczach. Płaczą. Nie widzi już nic, — jeszcze jedna skarga, jeszcze jeden okrzyk bólu i rozpaczy. Skończył — cisza — potem grzmot — uragan oklasków rozlega się potężnem echem w jego mózgu. Krzyczą: Autor! autor! — Franek słania się jakoś ociężałe pod wrażeniem nieznanego uczucia, wyprostowywa swoją skuloną postać, uśmiech głęboki wewnętrznego wesela duszy ma na ustach, twarz spoconą i czerwoną, włosy rozczochrane. Idzie kilka kroków przed siebie, odsuwa wspaniałym gestem płótno, dzielące kuchnię, kłania się poważnie, z godnością, lampie, stojącej na ziemi, kominkowi, posłaniu, ścianom brudnym, poplamionym, po których karaluchy, zwabione do światła, spacerują w szeregach wyciągniętych. Cofa się i powraca z takim samym ukłonem, bo słyszy ciągle brawa i wołania: Autor! autor! Czuje się wielkim, szczęśliwym i jakoś dziwnie spokojnym. Widzenie upaja go, jak wódka, jest szczytnym w swej komiczności. Biedne, osamotnione serce!
— Otworzysz ty, małpo?! Franek! Franek! — i słowom tym towarzyszą głośne aż nadto dobijanie się do drzwi i gwar rozmów w sieni.
Usłyszał po chwili i błędnym wzrokiem powiódł po izdebce — był dzień prawie, szarzało.
— Franek! Ach, zwierzę! Otwórzże!
Opamiętał się i, zdmuchnąwszy światło, poskoczył otwierać drzwi. Miał jeszcze w twarzy wyraz podniecenia. Oczy jego, zwykle tak martwe, rozpromienione były jeszcze. Usta miał tylko jakoś dziwnie ściągnięte. Pierwszy raz uczuł rodzaj smutnego upokorzenia zależności — chwilę to tylko trwało.
— Mój Pedrillo, panowie, zaspał! Zaspałeś, Pedrillo, i trzymałeś donnę Annę pół godziny za drzwiami! Grałam donnę. Kto chce, niech na chwilę wejdzie; tylko na chwilę, później — addio i paa! A! a!— ziewała, zataczając się.
To Simonka wracała z biby, trochę wcześniej, niż zwykle, w gronie kilku wielbicieli.
— Panowie, pany, za mną! Urznęłam się. A! a! Zampa! Zampusia! ach, jesteś! Pójdź do swej pani, pójdź!
Chwyciła z łóżka małą, czarną suczkę, i, potaczając się, biegała od jednego do drugiego.
— Panowie, to jeszcze Mascotta! tak, moja piesa jeszcze Mascotta.
— A ty, donno Anno? — zapytał któryś ze śmiechem.
Aktorka spojrzała na pytającego jakimś dzikim wzrokiem, później zawołała, rozkładając pięść i dmuchając w nią:
— Oho! fiut! i już. Dziewięć w kierach — lepsza! Mascotta! Zampa! Panowie! dobranoc! dobranoc! No macie, całujcie mnie, całujcie, i dobranoc!
Otoczyło ją wesołe grono pijanych, zataczając się, z kapeluszami na tyłach głowy, w gorsach pomiętych, ubraniach porozpinanych, zaplamionych, z twarzami czerwonemi, zezwierzęconemi piciem i żądzą.
— Prędko! — wrzeszczała — prędko!
Przyciskali się do niej ze wszystkich stron i całowali z lubieżnością.
— No dość, dość! poślinilišcie mnie! Idźcie do djabła już. Przecież to już dzień!
Popatrzyli na siebie; za wielu ich było. Nikt nie miał ochoty iść pierwszy, sądząc, że sam jeden zostanie.
— Franek! pić mi się chce!
Franek przyniósł wody.
— Wynoś się z tem! — zawołał jeden, a widząc, że Franek stoi, nie wiedząc, co robić, pochwycił szklankę i rzucił ją w okno. Wyleciała razem z szybą.
— Franek, pić! — wołała żałośnie.
Czuła się coraz więcej pijaną. Duszne, przepełnione wyziewami kwiatów, powietrze mieszkania przytłaczało.
— Królowo! zachwycająca Azo! będziemy pić w tej chWili, wypijemy bruderschaft i wyniesiemy się.
— Franek, pić!
— Słuchaj, Bronek, skoczne do kupca, jeszcze chyba nie zdążył zamknąć, przynieś porcję.
— Pić! dobranoc, panowie, idę spać!
— Wielbiciel twój, pani, pomoże ci się rozebrać.
— Obejdzie się!
— Zdejmę z prawdziwem namaszczeniem suknię.
— Zaraz! uhum!
— Spódniczkę z zachwytem.
— No?
— Pończoszki z błogością, ot! te, — nachylił się, ujmując w dłoń stopę.
— Świnia, precz! — szarpnęła nogą, że mu tylko pantofelek został w ręku.
— Panowie, uwaga! Jest picie. O!
I posłany wyładowywał z kieszeni kilka butelek.
— Otwierać i zaczynać! Francesco, szklanek!
— Zaczynać! zaczynać!
— Pierwsze zdrowie!
— Bohaterki naszego dramatu!
— I komedji!
— I farsy!
— I operetki!
— I osobnych gabinetów!
— Wiwat! Niech gra i pije, dopóki żyje!
I wychylili szklanki.
— Panowie, program...
Nalano drugą kolejkę.
— Naszej extra...
— Nie chcę, słaba! do towarzystwa.
I rzuciła szklankę w okno obok poprzedniej.
— Konjak, dawać konjak!
Podano świeżą szklankę i konjak.
— Władku, w twoje ręce!
— Jazda, na całego! Syp, piękna, ani pytaj!
— Wiwat!
Krzyczeli na całe gardło. Byli już prawie nieprzytomni.
— Panowie, program extrawagancji...
— Ręce przy sobie! Panowie, Władek mnie szczypie.
— Okrutnik! tutaj, prawda?
— O, bo będę bić!
— Extrawagancja — wiwat!
— Lepsza!
— Wiwat!
— Panowie, program!...
— Wiwat! — ryczano już.
— Jesteś pani zachwycająca.
— Jak ta butelka!
— Piękna...
— Jak piękno!
— Masz oczy, jak...
— Karbunkuły — te! chciałem powiedzieć: lazury!
— Płeć z alabastru.
— Jak pianka szampitra!
— Panowie, proogram!...
— Idź do djabła z programem.
— Ależ panowie, umówiliśmy się, że program...
— Jeszcze jeden konjak — i wiwat!
— Usteczka masz pani, jak... moje... — i chwycił ją wpół, — posadził na kolanach i całował.
— Władek, nie chcę, nie potrzebuję — kaprysiła. — Panowie, tańczmy!
— Brawo! kolosalnie!
— Polkę?
— Walca?
— Kankana sobie utniemy.
— Piramidalna heca. Siódma!
— Panowie, program.
— Zostaw programy przyszłości i nie zawracaj.
— Ależ...
— Ja zacznę śpiewać. Tylko tańczyć przyzwoicie.
— Dobrze, dobrze! jak cherubini.
— Jak sama Terpsychora przed arką przymierza!

— Kankana! — huczą instrumenta,
Panowie bierzcie się do dam.
Tra la la, la la la.
Swobodny gest, postać urznięta
A szał przewodnikiem nam!...
Tra la la la i t. d.

Gwar podniósł się nie do opisania, kankanowano zawzięcie. Nie zważano wcale na to, kto dostał szpicem buta i gdzie. Kapelusze, spadające z głów, podskakiwały po podłodze, podrzucane nogami. Dla swobody ruchów rozrywano sobie koszule i tańcowano.
Simonka w pończochach tylko, bo drugi pantofel zrzuciła, z włosami rozwiązanemi, czerwona, pijaniuteńka, tańczyła, jak w paroksyzmie. Nie zważała na opanowującą ją czkawkę, na zmęczenie, szał ją ogarniał — tańczyła, krzyczała raczej, niż śpiewała, najgłośniej. Wspaniała postać, wypukłe piersi, migotały tylko w niepewnem świetle brzasku. Cała ta bachanalja, pełna krzyków, śpiewów, czkawki, przytupywań, ciężkich sapań ze zmęczenia, grubych żartów, zmysłowości rozpasanej, osób nieprzytomnych, tańczących z zamkniętemi oczyma, kurzu, jaki się wznosił, gorąca z wyziewów ciał i oddechów — zaczynała być wstrętną.
— Dosyć! dosyć! e — e — wołała śmiertelnie zmęczona. — Dosyć! dobranoc, spać idźcie.
I, opierając się o niektórych tańczących jeszcze pijackie sola i proszących o pozostawienie, wypychała za drzwi.
— Panowie, pr-o-ogram...
— Idźcie, bo skonam.
Czkawka mordowała ją strasznie.
— No! — i otworzyła drzwi, wypychając ich napół przytomna sama.
— Panowie pro-o-gram...
— Zdechnij pan ze swoim programem. No, prędzej! — i popchnęła go przez próg — troszeczkę za silnie; upadł jak długi na schody, szepcąc:
— Panowie proogram...
— Masz nadprogramowo.
Zatrzasnęła drzwi za nimi. Wróciła do swego pokoju senna, a podniecona niezwykle, trzymając się ścian, żeby nie upaść. Rzuciła się na sofę, wołając:
— Franek! Franek!...
Franek przez cały czas bachanalji pisał. Podawał, o co wołali, i natychmiast wracał do siebie. Położył rękopis na parapecie okna i, ponieważ świt się robił, mógł pisać bez innego światła. Był przyzwyczajony, do podobnych odwiedzin i wrzasków pijatyki. Bachanalje takie nie robiły na nim wrażenia innego, prócz wstrętu, jaki instynktownie czuł do artystek. Nie słyszał też prawie nic, zajęty ogromnie ostatnim aktem. Ile razy wrzawa doszła doń głośniej, zatykał uszy i klął. Dziwnie dobrze szło mu dzisiaj. Słowa popłynęły jak woda, sytuacje wywiązywały się same jakoś. Zaledwie zdążył pisać, taki natłok myśli, wyrażeń, uczuć miał w sobie.
Wypuszczając odchodzących, nie widział i nie słyszał, że zwykły napiwek jego z brzękiem upadł na ziemię. Nie wyciągał ręki po niego. Miał przed oczyma ostatnią scenę Ulany. Słysząc wołanie, mruknął niechętnie:
— Cholera, mogłaby już spać! — i poszedł.
— Franek, rozbierz mnie!
Robił to zwykle, gdy była pijana; ściągał buciki, pończochy, suknie, rozpinał gorset, kładł na stoliku przy łóżku papierosy, zapałki i odchodził; tak samo zaczynał teraz.
— Rozbieraj, rozbieraj!
Ściągnął pończochy. Nogi o skórze różowej, gładkie były, jak marmur, i rozpalone.
— Suknię — ciśnie, och! niedobrze mi, e! e!
Czkawka wstrząsała nią.
Usiadł obok niej, żeby rozpiąć suknię.
— Jutro „Chata“, gram Azę. Dlaczego Dżalma nie przyszedł? ma klucz przecież, Jaga się wścieka, odebrałam go jej, głupi myśli, że... A! a! — ziewała. — Jaki to osioł z tego Władka, przywiezie nową suknię z Warszawy, ha! ha! A Kubuś, ha! ha! jacy oni głupi.
— No, zdejmuj! Głupi, o głupi Tumry, nie chce Azy rozebrać, nie chce. Toś ty bukiet przyniósł?
— Tak.
Przynosił codziennie kwiaty i ustawiał w wazonach.
— Poczciwy, dobry, kochany Tumry... Nie odzywał się, ale coś niezwykłego się w nim robiło. Zdjął spódnicę, została tylko w koszuli. Posągowe jej kształty przez cienką bieliznę rysowały się wyraźnie, ponętnie; piersi, ramiona i nogi obnażone a pełne, jakby nabrzmiałe krwią i pragnieniem rozkoszy, paliły go swoją nagością, odrzynając się dziwnie plastycznie od ciemnego tła sofy.
Zaczynało go opanowywać jakieś drżenie.
— Spódnicę zdejm, zdejm, — wołała, targając koszulę.
— Już zdjąłem.
— Nieprawda, nie! Kłamiesz! zdejm, małpo ty!
Była bliską wpadnięcia w furję.
— Zdejm, słyszysz!
Szczękał zębami, nie widział nigdy kobiety w tej pozycji: nagiej prawie, pijanej — i tak pięknej. A wiedział, że z nią, jak się upije, niema żartów. Mogła śmiać się, płakać, wściekać ze złości, rozbijać wszystko i wszystkich w jednej chwili.
— Tumry, zdejm — nie chcesz?... czekaj!... — i podniósłszy się z trudem, porwała ze stołu butelkę i rzuciła w niego, upadając z płaczem na sofę.
— Władek! och, o mój Boże! Ach! — zanosiła się od łkania. — O ja nieszczęśliwa, śmieją się ze mnie, nie chcą słuchać, o! o! Dżalma — choć troszkę. Matko Boska! Małpy, bydło! Będę wam grać, zobaczycie — będę grać — la la la la la. Pojadę do Texla, zdychajcie sobie, niech Stella weźmie rolę — niech kiedy... kiedy... Franek!... Tumry! wiwat!! — niech żyje miłość, swobodny kankan, zacieraczki na mleku i frajery! Wiwat! — Wasze zdrowie, skantowani, wasze... — i podnosiła rękę do ust, jakby z kieliszkiem. — Spać, spać! zanieś mnie. Władek — spać!
Wziął ją z trudem na ręce, ciężyła mu jak ołów i paliła, jak ogień. Otoczyła mu nagiemi ramionami szyję i przyciskała się do niego.
— Władku! Władku!... — bełkotała niewyraźnie.
Ułożył ją na łóżku. Przyciągnęła go do siebie i z namiętnem uniesieniem całowała go w oczy, usta, włosy. Szeptała jeszcze coś bez związku i myśli, całowała bez siły i zasnęła z ustami na jego ustach — roznamiętniona i senna razem, cudna w swej nagości i wyuzdaniu nieświadomem. Była pijana. Wyswobodził się, jak tylko na dobre zasnęła. Taczał się, był spocony, a zimny — z wysiłku panowania nad sobą i obawy. Spojrzał od drzwi. Świt zórz wkradał się przez okno i oświecał bladem światłem wschodu. Różowe podbicie kotary obrzucało ją lekkim, różowawym blaskiem. Białe jej piersi wznosiły się z ciężkim, długim oddechem.
Bzy z wazonów wionęły duszącym, rozpalającym krew, aromatem.
Wyszedł do kuchni, nie mógł spokojnie patrzeć. Otworzył okno i starał się pisać — nie mógł. Ciągle czuł ją przy sobie, widział.
Świeże powietrze poranku wracało mu przytomność, skierowało myśli na sztukę. W mgnieniu oka zrozumiał namiętność Ulany — gorączkowo zaczął pisać. Wiele rzeczy przez tę krótką chwilkę, spędzoną tam przy Simonce, zrozumiał, nauczył się. Pisał też krwią i nerwami, wystawionemi na ciężką próbę.
Zegary biły szóstą rano, gdy dopisywał. Skończył.
Skończyły się udręczenia. Odetchnął głęboko, swobodnie. Czuł się ogromnie rozradowanym, szczęśliwym; schował rękopis jak zwykle — do pudełka. Umył się przed studnią i wybiegł na miasto, czuł potrzebę ruchu, powietrza, słońca. Włóczył się tak bez celu, rozmawiając z sobą, uśmiechnięty do siebie, do duszy swej zwycięskiej, zadowolony i szczęśliwy w każdej cząstce swego jestestwa triumfującego.
Wstąpił do teatru, pozamiatał, pouprzątał. Ustawił scenę do dzisiejszej próby. Naszykował zmiany na przedstawienie, pooczyszczał lampy, i pogwizdując, wybiegł za miasto narwać bzu — i poleżeć w słońcu.
Była już dziesiąta, gdy wrócił z pękiem kwiatów do mieszkania. Nastawił samowar i zajrzał cicho do pokoju Simonki. Spała jeszcze.
Snadź zimno poranku, wpadające przez potłuczone szyby, zmusiło ją do okrycia się, bo leżała szczelnie otulona kołdrą. Krzątał się pocichu, uprzątał ślady pijatyki, pościerał kurze, poskładał garderobę porozrzucaną. Czuł się tak lekkim, jak nigdy. Rozradowanie, jak słońce, świeciło przez oczy.
Simonka przebudziła się, patrzyła chwilę na uwijającego się po pokoju. Znać było w jej twarzy, zbrukanej rozpustą, a mimo to pięknej, jakąś pracę myśli. Przypominała sobie coś zwolna i z trudem, bo drganie jakieś niezadowolenia przebiegło po jej twarzy. Zapaliła papierosa. Franek się odwrócił, niosąc bukiet świeżego bzu na stolik przy łóżku. Patrzała na niego uważnie.
— Jest herbata?
— Jest. Można przynieść?
— Dobrze.
Przyniósł samowar i postawił go na stołku obok łóżka.
— Daj mi biały kaftanik.
Podał żądany i, gdy kładła na nagie ramiona, nie żenując się bynajmniej jego obecnością, zauważył na piersiach czerwone plamy i wysypkę i cały ton żółtawy skóry, miejscami obwiśniętej.
— Daj drugą szklankę, wypijemy razem herbatę.
Spojrzał zdziwiony. Simonka, jakby na usprawiedliwienie, dodała:
— Nudzę się, sama pijąc.
Pili, chciała go zapytać, a nie śmiała otwarcie.
— Kto tu był wczoraj — to jest dzisiaj?
Wymienił nazwiska.
— Długo byli?
— Przed piątą poszli.
— Wszyscy?...
— Tak, wszyscy.
— A później co?...
— Rozebrałem panią.
— I?...
— Zaniosłem do łóżka, tak pani kazała...
Ciemny rumieniec powlókł mu twarz, przypomniał sobie doskonale wszystko. Spuścił oczy, nie śmiał spojrzeć na nią, jakby się czuł winnym.
— Uniosłeś mnie? — pytała, widząc jego pomieszanie i sama zmieszana, z obawą czekała dalszych wyznań.
— Uniosłem, nawet łatwo, położyłem panią na łóżku, pookrywałem i odszedłem.
— I nic więcej?... nic?... — pytała natarczywie, z hałasem mieszając łyżeczką herbatę. Pamiętała słabo, że całowała kogoś.
— Nic, proszę pani, a cóżby miało być więcej?
— Głupi! o głupi! — wołała, zanosząc się od śmiechu.
Poważniejsze usposobienie uleciało razem z jego oświadczeniem, że „nic“.
— Dlaczego, proszę pani? — zapytał.
Pierwszy raz może w swojem życiu uczuł się dotkniętym.
— Dlaczego? — ha! ha! boś głupi, kapitalnie, operetkowo głupi!... — i śmiała się, jak warjatka. Jeszcze coś podobnego nie spotkało ją w życiu. Nic! to jest znakomite, nie do uwierzenia! — wołała, taczając się po łóżku w paroksyzmie śmiechu serdecznego.
Dzień potoczył się zwykłą koleją. Franek zadawał sobie kilka razy pytanie: dlaczego nazwała go głupim?
— Czy dlatego, że nie skorzystał ze sposobności?..
Przed wieczorem spotkał się ze Zmarźlakiem i opowiedział mu szczegółowo całą scenę.
Słuchacz zmierzył go pogardliwem spojrzeniem, pokręcił swój daszek, jak nazywał wąsy, splunął ze złością i szepnął gniewnie a drwiąco do ucha:
— Trzeba być ostatnim głupcem... Uważasz!
— Mam cię w... zanadrzu, słyszysz! Cóżto? ja świnia jestem, żebym się kładł w pierwszym lepszym rynsztoku, czy co? — i odszedł śpiesznie.
Och, znał on wybornie boginie teatralnego Olimpu i przy swojem nierozwinięciu, a co za tem idzie, braku zmysłu moralnego, czuł do nich wstręt fizyczny poprostu, a nieprzezwyciężony. To też gniewało go to niezmiernie, że go nazywają głupcem — i za co jeszcze?!
— Ścierwy, psiakrew, że te małpy z miasta ciekają się za niemi, jak psy, to myślą, że każdy jest bydlęciem... — szeptał w czasie przedstawienia, widząc rzucane bukiety na scenę.
Po skończeniu sztuki zabrał tłomok z rzeczami Simonki i poszedł śpiesznie do domu; gnała go niecierpliwość przeczytania jeszcze raz Ulany swojej. Nie zdążył pozapalać lamp, gdy już Simonka z chmarą przyjaciół swoich wpadła do mieszkania. Ustąpił im prędko. Wściekły, że mu przeszkadzają — poszedł nadół. Pod nimi mieszkał jakiś wojskowy, drzwi od kuchni, tak samo jak u nich, wychodziły na schody. Franek znał się z deńszczykiem i niejedną chwilę wolną przepędzał u niego, słuchając tęsknych dum małoruskich i gry na harmonji.
I teraz tam poszedł. Ponieważ oficera nie było w domu, deńszczyk raźno wyśpiewywał, przygrywając sobie jednocześnie. Nie upłynęło i pięciu minut, rozległo się stukanie we drzwi.
— Franek! Wychodzę, drzwi otwarte — wołała Simonka, wiedząc, gdzie zwykle o tej porze siedział, jeśli nie był w mieszkaniu.
— A idź do djabła — mruknął i pogrążył się zasłuchany w smętnej melodji.
Siedzieli tak z godzinę, nie mówiąc do siebie ani słowa. Franek rozmyślał o swojej Ulanie, o śpiewach, jakie potrzebował jeszcze napisać, i rozważał, czyby nie były dobre takie pieśni, jak ta, którą słyszał.
Dzwonek zadźwięczał u bramy. Grający zerwał się na nogi i nadstawił uszu.
Franek śpiesznie wybiegł na schody, jednocześnie usłyszał skrzyp drzwi otwieranych czy zamykanych wyżej na piętrze i kogoś bardzo śpiesznie schodzącego nadół. Usunął się nabok, pomyślał, że sąsiad zprzeciwka idzie na miasto. Wolno wszedł na górę, drzwi od mieszkania były uchylone, tuż za progiem połknął się gwałtownie o jakieś rzeczy.
— Cóż u djabła, któż to powywłóczył? — zapalił spiesznie zapałkę. Drzwi od pokoju Simonki były naoścież otwarte. Zaświecił lampę i wszedł tam, przeczuwając coś złego. W pokoju było wszystko wywrócone do góry nogami. Kufry pootwierane, szuflady powyciągane, garderoba, bielizna porozrzucane walały się po ziemi, znać pośpiesznie przetrząsane. Ogromny tłumok rzeczy, zawiniętych w prześcieradło, leżał przy drzwiach.
— Złodzieje! — szepnął, zimno mu się zrobiło. Pobiegł do drugiego pokoju — tam wszystko było na miejscu. Widocznie złodziej nie zdążył jeszcze nic zabrać, spłoszony jego nadejściem — a może tylko zadowolnił się tem, co łatwiej mógł unieść, uciekając.
— A moje rzeczy! — Rzucił się do kuchni, legowisko jego było rozrzucone.
— Jezus, Marja!... — straszne przeczucie obleciało mu mózg, jak błyskawica, pełna gromów. Roztrząsnął wszystkie łachmany drżącemi od strachu rękoma. Pudełka z Ulaną nie było!
Zadygotał cały, rzucał się naprzód, cofał — kręcił prawie wkółko, zimny pot przerażenia wystąpił mu na czoło. Okradli go! Skradli mu Ulanę, życie, szczęście krwią okupione, marzenia nocy nieprzespanych — wszystko! Rozpacz bezbrzeżna wyryła mu się w twarzy, posiniła usta, przebijała przez oczy, niespokojnie, błyskawicznie biegające z przedmiotu na przedmiot. Ręce załamywał spazmatycznie — bezradnie.
Przeszukał po raz drugi. Nie było...
— Ulana! moja Ulana! — łzy zalewały mu serce.
— Ach! to ten, co schodził; usłyszał, że otwierałem drzwi i wyniósł się, zabierając, co mu w ręce wpadło, i ja go przepuściłem! Och! podlec! o! — i wybiegł wściekły, zrozpaczony, jak stał, bez czapki, na ulicę. Nie ujrzał nikogo. Pobiegł w jedną stronę. Nikogo. Przebiegł kilka sąsiednich ulic — toż samo.
Pot zmęczenia zalewał mu twarz, a żal serce.
Nic! Nikogo nie widać. Biegał, jak nieprzytomny. Zaglądał w każdy załamek murów, pod każdy mostek, — wszędzie.
Dowlókł się zpowrotem do bramy i usiadł nad rynsztokiem, bezradny, unicestwiony stratą, obłąkany bólem.
Zakrył twarz rękoma i ryczał prawie płaczem, rozpacz, niewypowiedzianie niepokojąca, rozrywała mu piersi. — Och, Ulana! moja Ulana! — szeptał przez łzy, głosem pełnym cierpienia i miłości. — Och! Ulana! — i czuł się tak nędznym, tak nieszczęśliwym, tak pokrzywdzonym przez wszystko, jak nigdy.
Księżyc w pełni oświecał uśpione miasto. Długie linje domów rzucały szerokie smugi cieniów. Słowiki w sąsiednim ogrodzie śpiewały cudne hymny nocy i miłości.
Rozkwitłe bzy i jabłonie zdawały się promieniom je srzebrzącym oddawać pocałunki — aromatem.
Spokój pełen był melancholji marzącej i czarów.
Cicha noc ciemnym urokiem przestrzeni, drganiem gwiazd, rozpostarła swój królewski płaszcz ukojenia nad ziemią. Panowała, przelewając się w falach powietrza, w gromadach chmur, poszarpanych jak stalaktyty.
Tylko płacz Franka rozbrzmiewał, jak przykry dysonans w ogólnej harmonji, dźwięczał jak zgrzyt, w słodkiem adagio nocy majowej, rozlegał się coraz wolniej, coraz ciszej a głębiej — aż ustał.
Franek podniósł załzawione oczy gdzieś ku niebu — zapatrzył się w własne serce, myśli, marzenia, rozpamiętywania.
Potem ze spokojem rezygnacji smutnej na twarzy, i ze stanowczością i uporem kamiennym w głosie pełnym buntu, szeptał:
— Napiszę! — i tak napiszę! Żeby nie wiem co — napiszę.
Słowiki odzywały się głośniej, lekki wietrzyk przebiegł, zagarnął całą falę woni z ogrodów i rzucił mu ją w twarz, brzydką, steraną nędzą, upokorzeniami, twarz idjoty, nacechowaną teraz wyrazem zimnej, nieugiętej woli i rozjaśnioną parą cudnych, rozgrzanych walką oczu.
Stał tak chwilę jeszcze, potem z głową, pełną postanowień nowej pracy, jaka go czekała, poszedł do domu.
— Franek! kurtyna! Franek, dzwonić! Te! mój brzuch, dawaj mi brzuch! A moja garderoba! — Franek, piwo! — Kiedy ja wchodzę? — Chodźże, małpo, zapiąć mi stanik! Zaanonsuj-no! — wołano jak zwykle.
A on, jak zwykle, niestrudzony, zjawiał się wszędzie, gdzie był potrzebnym, z tym samym spokojem i martwotą nazewnątrz, z tem samem milczeniem apatycznem, obojętnem. Co go to wszystko obchodziło? Pisał drugi raz Ulanę. A postanowił zwyciężyć.
— Będziecie wyć z radości! — szeptał, wygrażając publiczności przez otwór w kurtynie.
Może i będą. Któż wie?






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.