Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


łez matczynych, żeby wreszcie uciec od własnego szaleństwa.
Nie, nie przyszli po mnie.
Wyprowadziłem się z tego domu, myśląc, że zapomnę o wszystkiem, ale trwoga poszła za mną...
Napróżno przenosiłem się z mieszkania do mieszkania, strach wszędzie czyhał na mnie i brał w swoje szpony piekielne, wciąż nie mogłem spać i wciąż całe noce przesiadywałem w dręczącem oczekiwaniu.
I nie wypowiedzieć, co przecierpiałem w te długie, nieskończone noce, kiedy każdy szmer był mi gromem, każda chwila wiecznością, a każde uderzenie serca, każdy ruch myśli wichrem trwogi straszliwej, a wszystkie moje uczucia niezgłębionem przerażeniem.
Ale i dnie nie przynosiły ulgi ni uspokojenia.
Warszawa bowiem była wówczas wzburzona do dna, dygotała od ogni wewnętrznych, które groziły wybuchem wulkanów. Niepokoje, trwogi i uniesienia, nadzieje i rozpacze, naprzemian targały sercami.
A co dnia inne wieści, inne obawy, inne hasła nerwowały ludzi do szaleństwa. Wszyscy już byli pijani marzeniem, pijani krzywdą, i pijani pragnieniem czynów, bohaterstw i poświęceń.
Pękały łańcuchy, budziły się dusze, podnosiło się pohańbione człowieczeństwo, nadchodził świt nowych, dostojnych dni, ale ja wciąż jednako cierpiałem, jednako bałem się nocy i jednako rwały mnie wampiry trwóg nieopowiedzianych.
Więc jakby w ostatniej ucieczce przed obłędem, prosiłem jednego z przyjaciół, aby mnie kazał uwięzić