Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.



...i co noc już rozlegały się w podwórzu i na schodach brzęki ostróg i pałaszy, co noc już widziałem w oknach biegające trwożnie światełka i słyszałem dokoła dzwonki alarmujące, przyciszone szepty, głośne stukania, łomot wyważanych drzwi, bieganiny na piętrach, aż się wszystko trzęsło w moim pokoju; przewracanie mebli, rozdzierające krzyki, wybuchy płaczów, ciężkie odgłosy padających ciał, głuche wrzawy szamotań wśród przekleństw, straszne, rozpaczliwe zmagania się wleczonych po schodach — i turkoty dorożek, uwożących daleko, daleko...
Nie mogłem już zasnąć ani na chwilę.
Nie kładłem się nawet, gasiłem tylko lampę i czekałem, byłem pewny, że lada chwila i przed mojemi drzwiami przycichną ciężkie stąpania i ktoś zawoła:
— Telegrama!
Ale omijali mnie, jakby na urągowisko.
Brali inteligentów, brali robotników, brali kobiety, ba, nawet kilkunastoletnich wyrostków.
A ja męczyłem się coraz okropniej.
Że wkońcu pragnąłem już z całej siły, żeby i mnie wzięli jak najprędzej, żeby już nie czekać, nie umierać z trwogi, nie słyszeć tych krzyków, co mi przeszywały duszę i nie widzieć tych łez gorzkich, tych palących