Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


prędzej, zmarzłam jak pies... — wołała radośnie, cisnąc się do niego namiętnie.
Zatrząsł się febrycznie, przypomnienia zalały mu mózg krwawym brzaskiem i trup znowu stanął przed nim...
— Wiesz, to ja go zabiłem! — szepnął, wskazując w próżnię. — Zabiłem! — powtórzył mocno, topiąc w niej obłędne, dzikie oczy.
Dziewczyna wyrwała mu się z rąk i uciekła przerażona.
A i jego przejął lodowaty dygot strachu, obejrzał się trwożnie, dziewczyna zniknęła, ale trup stał za nim o parę kroków...
Ruszył śpiesznie, tamten był wciąż...
Leciał już jak wiatr, rozbijając się o słupy i latarnie, leciał gnany dzikim, nadludzkim strachem, ale trup, jakby przywiązany nierozerwalnym łańcuchem, biegł za nim wciąż jednako... Zbrakło mu wreszcie sił, że powlókł się wolno i ciężko, nie patrząc już za siebie...
Ale jakieś błyski świadomości przeszywały mu duszę omroczoną, bo z pewną trwogą przyglądał się stójkowym po rogach ulic, lękliwie przechodził miejsca bardziej oświetlone, a już to jedno wiedział na pewno i czuł, że tamten idzie za nim trop w trop... słyszał odgłosy jego cichych, martwych stóp... rozlegały się równe i nieustanne, jakby ciągły gruchot ziemi, zasypującej trumny...
Czasem nagle przystawał i w błyskawicowem mgnieniu ciszy, słyszał że i tamten staje... że jest tuż za nim... że jego trupi oddech owiewa mu głowę...