Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nad robotą głowę szewca, Żyda, i ciągły ruch jego rąk rozbiegających się szeroko co chwila.
Muzyka coraz huczniej rozlegała się od maglarki.
— Miechy nie wytrzymają! — mruknął żałośnie, wsłuchując się w zawodzące tony harmonijki. Michał zagrał wściekłego oberka, że ściany zadrgały od hołupców, buchnęła wrzawą śmiechów, a po chwili, kiedy przycichło, jakiś głos młody i donośny śpiewał:

„Szeroka woda we Wiśle...
„Powiedz, panienko, swe myśle!“

Piosenka ciągnęła się dość długo, aż się zniecierpliwił:
— Żeby was pokręciło, zepsują mi instrument i spać będą przeszkadzali! — Wsunął się za zasłonę na swój barłóg i zaraz usnął.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

A nazajutrz, w poniedziałek rano, chociaż go ręka jeszcze bolała, jak zwykle, poszedł do fabryki, i, jak zwykle, stanął do ciężkiej, codziennej pracy.
To wszystko wczorajsze jakby się w nim zapadło w najgłębszą przepaść niepamięci. Zabił człowieka i nie czuł ani przez jedną chwilę żadnych wyrzutów sumienia, ani obaw żadnych. Zabił człowieka i nie myślał o tem, jak się nie myśli o jakimś dniu dawnym — był, i przeszedł bez śladu.
A kiedy go podziwiali wtajemniczeni, powiedział zupełnie szczerze:
— Jak będzie jaka nowa robota, to ja zawsze i owszem. Dla sprawy zrobię wszystko. Nie wielka zresztą sztuka, każdy potrafi to samo...