Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wtedy uciekał oszalały.
Ulice, place, ludzie, światła, domy, — wszystko stało mu się jakąś puszczą niepojętą, puszczą nieprzebytą i nieskończoną, po której błądził, goniony przez trupa...
Aż zmęczony śmiertelnie padł pod jakiemś drzewem w Łazienkach.. Przytuliła go litośnie jesienna, straszna noc.
Wiatr skowyczał w ciemnościach niezgłębionych, park szumiał złowrogo, kołysząc się ciężko nad jego głową, a cichy płacz deszczu, nieutulony płacz nocy jesiennej łkał nad nim smutkiem przejmującym i żałością.
Siedział skulony, cisnąc się bezradnie do drzewa, i jakby z zabitemi na wieki oczami, bo tamten czyhał, aby uczepić się jego spojrzeń i wślizgnąć do duszy, że już tak siedział bez ruchu całe godziny, trwał jak te drzewa, ziębnące bezlitośnie i jak te drzewa martwiał zwolna... i rwał się niekiedy... szumiał rozpacznie... a grążył się coraz głębiej w odrętwienie... Może i zasypiał niekiedy jak one, ale nie wiedział o tem, jak i one, gdyż długie chwile ciszy rozkrążały się nad parkiem i drzewa wisiały niby chmury posępne i głuche, tylko jeden deszcz nie ustawał ani na chwilę.
Że już cały świat dygotał z zimna, park wstrząsał się niekiedy w lodowatym dreszczu, szamotał bezsilnie i zasypiał znowu odrętwiałym, ciężkim snem.
Jakiś pies bezdomny przywlókł się do niego i, skamląc boleśnie, tulił mu się do piersi.