Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— A zbliska wal... trzaśnie jak bęben — zabrzmiały Michałowe rady tak głośno, że się trwożnie rozglądał.
Sam był w pokoju. Dzieci bawiły się pod oknem, szum miasta huczał monotonnie, niekiedy zabrzęczały szyby, dym z papierosów snuł się niebieskawą przędzą pod niskim sufitem, a w rogu, przed złocistym obrazem Częstochowskiej tliła się lampa.
Rozdział się z palta i znowu siadł, dzieci go zaraz obległy z wrzaskiem.
— Dajcie mi spokój; Mańka, nie właź na łóżko! — krzyknął ze złością, zabierając się do czytania jakiejś książeczki, ale ją wnet rzucił. Nudziło go wszystko i wstawała w nim jakaś głucha, bezprzyczynowa tęsknota, latał głośnemi krokami po stancji, nie mając się tu niczego przyczepić...
— Żeby cię choroba! — zaklął sam na siebie i poleciał do sąsiadów, ale, jakby na złość, wszystkie drzwi były pozamykane, tylko z ostatniej facjatki rozlegał się stuk młotka i wrzaski bachorów. Mieszkał tam znajomy Żyd, szewc, wszedł więc do niego bez namysłu.
— Widzę, pilna robota? — rzucił, przysiadając obok.
— Jak pan rewirowy przysyła do zelowania, musi być pilno. Sza! sza! — zawołał na kopę dzieci, bębniących łyżkami w pusty, blaszany rondel.
— Podobno syn pisał z Ameryki? — zapytał, aby coś powiedzieć.
— Pisał! Pan wie, on przyśle szyfkarty... i może za miesiąc wszyscy pojedziemy do niego! Pojedziemy! — dodał przeciągle, z błogością.