Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przepływały mu przez mózg, ale tak spienioną i wrzącą falą, że nim je zdołał pojąć, ginęły niepochwytne, rozsypywały się w nikły, nieujęty pył. Poczuł się jakby w pustym, odrętwiałym śnie, i jak we śnie wlókł się ulicami, nic nie myśląc już o niczem i nie wiedząc...
Deszcz sączył się nieustannie i wiatr łomotał po dachach i szarpał szyldami, a rynny bełkotały w ciszy ulic tak obumarłych i pustych, że tylko niekiedy jakiś zapóźniony przechodzeń przemycał się lękliwie lśniącemi trotuarami.
Ale on wlókł się wolno Krakowskiem, szedł niby słup głuchy i niemy, zapatrzony pustemi oczami przed siebie; dochodził do kolumny Zygmunta i zawracał automatycznie, jak wtedy... I jak wtedy chodził bezustannie, snuł się cicho jak cień chwiejny, niewiadomo skąd płynący, chodził bez myśli i celu, że nawet nie zauważył tamtego domu... ni miejsc tamtych... nie przypomniał sobie o niczem... Czasem przyglądał się z głęboką uwagą koniom dorożkarskim, drzemiącym na boleśnie podkurczonych nogach, a potem zasunąwszy się w cień jakiegoś domu, stał długo i bezmyślnie, nie czując zimna ni deszczu.
Jakaś dziewczyna, napróżno polująca na kochanków, przysunęła się trwożnie i jęła szeptać gorąco...
Jakby go przebudził jej głos, bo wzdrygnął się gwałtownie i pochwyciwszy za rękę, pociągnął ją pod latarnię.
Poznali się natychmiast.
— Facuś z majchrem! A tak cię szukałam! No, chodź do mnie... Myślałam, że cię schowali! Chodź