Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Długo płynęły te nieme, bolesne strugi, długo brzmiały te szlochy sieroce i jakieś senne, porwane słowa, i jakieś lękliwe skargi aż wkońcu przycichły zupełnie, posnęli twardym snem wyczerpania.
Ale Jędruś po jakimś czasie przebudził się i usiadł.
Noc była w izdebce, dzieci spały spokojnie, deszcz zacinał w okno a niekiedy jęk wiatru wdzierał się przez szyby i przesmutnem tchnieniem rozbrzmiewał w ciszy.
Jędruś zapomniał już o strachu, jakby nawet zapomniał o wszystkiem, nasłuchiwał tylko z niezmierną uwagą jakiegoś głosu, jakiegoś nakazującego głosu i stanął zapatrzony bezmyślnie w mętną, rozpierzchłą źrenicę nocy.
Zapomniał już nawet o sobie i, chwiejąc się jakby na krawędzi niewiadomego, pochylał się zwolna w jakieś głębie obłędne, zasuwał się w jakiś mrok nieprzejrzany.
Naraz porwał się gwałtownie i wyszedł na ulicę.
Zegar jakiś wybijał gdzieś północ głuchym, dręczącym głosem. Wilgotne, zimne mgły nakrywały domy obmokłe, miasto już spało, tylko jeszcze gdzie niegdzie, zawieszone w powietrzu, świeciły jakieś okna zgubione, niby zasypiające oczy.
Pochylił się nieco, gdyż drobny, przykry deszcz zacinał mu w twarz, i bezwiednie, automatycznie poszedł do swojej fabryki. Ale stanąwszy przed bramą zamkniętą, nie mógł sobie przypomnieć, gdzie jest i poco?
I napróżno usiłował coś zrozumieć, tylko jakieś rozpierzchłe mgły przypomnień i słabe majaki zarysów