Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


rach zaszumiały, lub przechodził człowiek z pudłem, uwieszonem na szyi i wołał monotonnie:
— Cygara! Papierosy! Zapałki!
Jędruś widział to wszystko, słyszał i zapominał zaraz doszczętnie, ale coraz więcej interesował go stójkowy, bo raz, zawracając się od rogu, jakby posłyszał za sobą jego ciężkie, miarowe stąpania. Wstrząsnął się nerwowo, ale głowy nie odwrócił, przystając najspokojniej przed wystawą z bielizną. Wspaniały krawat czerwony w zielone pasy rzucił mu się w oczy, patrzał na niego z głęboką przyjemnością.
— Chodź pan do mnie!
Przestraszył się tego głosu, jakaś dziewczyna stała obok z wabiącym uśmiechem na dziwnie czerwonych ustach. Odsunął się od niej bez słowa i ruszył w swoją stronę, ale po paru minutach zobaczył ją, idącą z jakimś starym. Sam nie wiedział dlaczego, choć zaczepiała go już dzisiaj niejedna, tylko tę poznał zdaleka i poszedł za nią bezwiednie, aż na róg ulicy.
Stójkowy coś patrzał pod latarnią, więc się powstrzymał i zawrócił dość śpiesznie.
Siódma już biła.
Czas płynął mu strasznie wolno.
Całą godzinę czekał, a tamten się jeszcze nie pokazał. Chwilami już myślał, że może przeoczył i nie spostrzegł... Wprawdzie okna drugiego piętra wciąż były oświetlone, ale jeśli mu się niepostrzeżenie wymknął...
— Całą noc będę czekał i doczekam się! — postanowił zawzięcie, choć czuł się już znużonym, go-