Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i nuda niedzielnego dnia wlokła się po świecie i senną, rozziewaną cichością przepełniała poddasze.
— Klowa! — zakrzyczał naraz chłopiec, bałykając za uciekającym karaluchem.
Jędruś ocknął się z zamyślenia i szepnął pobłażliwie.
— Frajer, myśli, że tu o pannę Józię chodzi... Niech sobie tak myśli, bezpieczniej dla mnie, nie wie, to się nie wygada — rozważał.
Znieruchomiał znowu, przed oczami stanęła mu ta niedawna scena, tam na Solcu... Sześciu ich ciągnęło, a że na niego padł los... zrobi święcie... zabije, jak psa... nie zawaha się... taki drań... tylu ludzi wydał... giną po więzieniach... a i Felek, też pewnie przez niego siedzi... Musi być kara na takich... musi... Myślał i tysiące szczegółów, twarze przebranych towarzyszów, tajemne schadzki, zebrania po różnych norach, rozlepianie proklamacyj nocami, mowy, wspólne czytania, ucieczki przed pościgiem — cała treść ostatnich paru miesięcy, tłumnym a zgiełkliwym strumieniem przewijała mu się przez mózg.
— Zapłacę za wszystkich! — Zerwał się rozogniony, ręka już znowu chwyciła za nóż i przysiadł nagle, twarz mu się dziwnie skurczyła, oczy zapadły w głąb, serce zamarło, i dzikie, szalone przerażenie ścisnęło za gardło... ale tylko na chwilę, na jedno mgnienie, bo się błyskawicznie otrząsnął z tego, twarz mu zagrała uniesieniem, oczy rozgorzały, a święty, bojowy płomień zawrzał w piersiach.