Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Ta trumna wżerała mu się w oczy, jak ukwiecona, czarna łódź, kołysząca się nad falą głów, płynęła przed nim w szarem, smutnem powietrzu.
Naraz zbliżył się znowu i oblatując wszystkie twarze roztrzęsionem, trwożnem spojrzeniem, dojrzał tuż za karawanem kobietę w czerni i dwoje dzieci; zadrżał, kurcząc się jakby pod ciosem.
— A może to jego?...
Kondukt odsunął się już dość daleko, a on stał jeszcze pod jakimś domem, wstrząsany burzą przerażających myśli — zerwały się w nim, jak orkan i zawyły dzikim, lodowatym strachem. Nie rozumiał, co się z nim dzieje i jeszcze nadaremnie usiłował pojąć; jakby powiekami chciał strząsać bijące w niego pioruny, że tylko ślepł bardziej, pogrążając się w coraz głębszy chaos; w dręczący, niepowstrzymany niczem wir. Myśli mu się rozsypywały, niby suchy piasek z pękniętego czerepu, a serce syciło się zwolna przerażeniem.
I poszedł znowu za pogrzebem, bo iść musiał, jakby przykuty niewytłumaczonym lękiem, bo jakby jakieś ręce straszliwe wysuwały się z tej trumny i ciągnęły go za włosy.
A gdy śpiew księży rozbrzmiał boleśniej, sypiąc się na serca popielnym kurzem dźwięków, Jędruś przytomniał na chwilę, rozglądał się zdumionym wzrokiem, usiłując powiązać pajęcze włókna świadomości:
— Co to za ludzie?...
Ale śpiew przycichł, ludzka ciżba poniosła go ze sobą, a trumna znowu przykuła do siebie, że znowu się pogrążał w męczący sen na jawie.