Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Ale, że Ignacowa zaraz na wstępie zaczęła trajkotać o tem samem, nie odezwał się ani słowem, a po kolacji zabrał dzieci na swój barłóg, za zasłonę i wystrugiwał im wiatraczek, zaś Mańce, która dzisiaj wciąż popłakiwała, na pocieszenie obiecywał parę razy, że kupi jej takiego białego pieska, który sam skacze.
Przypomniał sobie zabawkę tamtej dziewczynki...
— Czy to pan Jędrzej ogłuchł dzisiaj? — zła już była na niego za milczenie.
— Słucham, a jakże! Niech pani co powie nowego! — odpowiedział ze śmiechem, że Ignacowa zaczęła mamrotać gniewnie:
— Lokatory, psiekrwie, ganiają po świecie, albo śpią, nawet gęby nie ma do kogo otworzyć. Stawia się to, jakby Bóg wie kto.
Zirytował się, zabrał harmonijkę i rzekł już we drzwiach:
— Od pierwszego mogę się wyprowadzić, za swoje dwa ruble dostanę wszędzie mieszkanie, tylko może bez karaluchów i wrzasków...
— Widzisz go! Jaki mi hrabia, już mu karaluchy przeszkadzają! A idź na zbity łeb! — wykrzykiwała za nim, ugodzona w samo serce.
Poszedł do Żyda i grał tam prawie cały wieczór, otoczony kupą bachorów; stary pracował zawzięcie, cmokał niekiedy z przyjemności, bijąc do taktu młotkiem, a gdy Jędruś odchodził, szepnął mu cicho:
— Ja wiem kogo to zabili w niedzielę... Żeby takich wszystkich to samo spotkało... żeby ich...