Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Michał chciał go wybadywać o wczorajsze zamysły.
— Wiesz, pogodziłem się z facetem. Porządny chłop! — skłamał przezornie.
Ale Michał spoglądał niedowierzająco, znał jego cichą zawziętość.
Jeszcze wieczorem tegoż samego dnia gazety rozpisały się szeroko o tem zabójstwie, niektóre z nich już szaty rozdzierały nad zdziczeniem obyczajów, a co wznioślejsze i bardziej wodą święconą skrapiane, roniły ciężkie łzy na grobie zabitego ojca rodziny, szlachetnego obywatela i t. p. derdymały.
Policja poszukiwała mordercy z poczwórną gorliwością i całe miasto mówiło parę dni o tej zbrodni niesłychanej.
Mówiono o tem i w fabryce, przy sąsiednich śrubsztakach i tokarniach. Jędruś z uśmiechem wysłuchiwał różnych bajd o zbrodniarzu, a tak go szczerze bawiło, że nieraz pierwszy rozpoczynał o tem rozmowę — i sam snuł najrozmaitsze przypuszczenia.
Któregoś wieczora, kiedy wracał, maglarka dowodziła w sieni.
— Zabili go ci, co to w Boga nie wierzą! Mój Boże, taki godny człowiek, urzędnik, a należał do bractwa różańcowego u Bernardynów, ja wiem o tem z pewnością...
A Jędruś też wiedział do jakiego bractwa należał tamten, więc tylko mu splunął na wieczne odpoczywanie.