Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


bo z za parawanu rozchodziły się przyciszone szepty i odgłosy pocałunków.
— To dom przechodni? — naraz zapytał.
— Na Świętojańską, wprost kościoła. — Zasłoniła okno chustką i rozciągała parawan koło swojego łóżka.
— Ja cię już gdzieś widziałem? — Przyglądał się jej uważnie.
— Nie pamięta pan? Przed sklepem pana zaczepiłam...
Siadła mu na kolanach.
— A potem widziałam pana na ulicy, nawet parę razy... Miał pan taką twarz, jakby pan czekał na przyjaciela. — Zaśmiała się domyślnie.
— Czekałem na facetkę i nie przyszła, psiakrew — prędko odpowiadał i naraz zaczął się cicho śmiać, ale tak jakoś dziwnie i strasznie, że się odsunęła.
— A to dlatego był pan taki wściekły?
— Jakże, czekałem przeszło godzinę i nie przyszła!... — Zaczął kląć i tak niezręcznie udawał rozgniewanego, że dziewczyna spojrzała podejrzliwie, właśnie i on w tej chwili ogarniał ją badającem, lękliwem spojrzeniem, oczy się im skrzyżowały błyskawicami, cofnęły w głąb i rozbiegły jak wystraszone ptaki, zakasłała się gwałtownie, pilnie strzepując poduszki, a on zadrżał i chciał się unieść jakby do ucieczki, ale nim się poruszył, rzuciła mu się namiętnie na szyję.
— Niech pan zostanie do rana... mój śliczny... u mnie tak cicho... mój złoty! — prosiła, obsypując go pocałunkami i wtulając się w niego.