Tymon Ateńczyk (Shakespeare, tłum. Ulrich, 1895)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Tymon Ateńczyk
Pochodzenie Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach. Tom VIII
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1895
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom VIII
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


TYMON ATEŃCZYK.



TYMON ATEŃCZYK.

D

Dramat ten, któremu trudno dać nazwę, jest prawdziwą zagadką. Czytając go, czujemy Szekspira w słowie, w myślach, w języku, barwie, ale go nie widać w budowie. Ten, co stworzył tak kunsztownie Leara, Macbetha, Otella, mógłże się zaspokoić luźnemi scenami, które zaledwie powiązane z sobą, stanowią Tymona?

Inaczej jednak ten dramat wyglądać nie mógł, będąc nie wizerunkiem akcyi cielesnej, ale duchownego przeobrażenia człowieka, z miłośnika ludzkości, przechodzącego w najzażartszą mizantropię. Dramat odegrywa się w duszy Tymona. Dzisiaj na scenie, niecierpliwi widzowie nasi, pomimo wszystkich piękności tej poezyi, nie dotrwaliby do połowy Tymona; podnosi to wysoce w oczach naszych publiczność angielską początku XVII w., iż dla niej moralne znaczenie takiej fantazyi dramatycznej mogło zastąpić ułomność układu, brak wszelkiego węzła, zupełne zaniedbanie głównych linii budowy, chociaż ściany jej wyrzeźbione są z największą sztuką.
Być bardzo może, iż Szekspira udział w Tymonie na przerobieniu, dodatkach i poprawkach tylko polegał; być może, iż odpis sztuki doszedł nas zepsuty; być może, iż mizantropia Ateńczyka, przypadająca do smaku angielskiemu spleenowi, skłoniła poetę do utworzenia tego dramatu w chwili, gdy on sam był w usposobieniu, jakie zdradzają niektóre jego sonety... wszystko być może, ale Tymon niewątpliwie jest dziełem jego w znacznej części.
Lecz idźmy naprzód do treści.
Plutarch, z którego Szekspir czerpał chętnie, w życiu Marka Antoniusza wspomina o tym Tymonie nawiasowo, przywodząc o nim niektóre anegdoty.
„Tymon, pisze, brzydził się wszelkiem towarzystwem ludzi, oprócz Alcybiadesa, młodego zuchwalca i napastnika, którego ugaszczał, a gdy się temu ktoś dziwił — „Lubię go, rzekł — bom tego pewien, że on kiedyś Ateńczykom dużo złego nabroi“.
„Gdy raz w Atenach obchodzono święto umarłych, a on przyjmował u siebie pewnego filozofa, Apemantusa, który mu był podobien z natury i obyczajów, a sposób życia jego naśladował. — Co za piękna uczta, począł Apemantus. — Prawda, odparł Tymon, piękna, gdyby ciebie tu nie było.
„Raz, gdy się lud zebrał na placu dla roztrząsania jakiejś sprawy, wstąpił na mównicę i rzekł:
— Panowie ateńscy, mam ja przy domu moim miejsceczko, na którem rośnie drzewo figowe, kilku się już na niem zdusiło, obwiesiwszy. Chce mi się ten plac zabudować; otóż przychodzę oznajmić o tem, że drzewo figowe ściąć muszę, aby ci, co sobie wisieć życzą, pospieszali“.
„Umarł w mieście Hales i pogrzebionym został nad brzegiem morza, w grobie, którego napis sam sobie ułożył:

„Tu ukończyłem nieszczęśliwe życie,
I tutaj mnie pogrzebano,
Źli ludzie złą śmiercią mrzyjcie,
Nie pytając, jak mnie zwano“.

Tyle tylko w Plutarchu o nim; u Lucyana Samosateńskiego powieść o Tymonie daleko jest bardziej szczegółową, i prędzejby przypuścić można, iż Szekspir z niej korzystał, gdyby już naówczas Lucyan był tłómaczony na język angielski.
U Lucyana Tymon, którego niewdzięczność ludzka, zdrada przyjaciół, doznane zawody uczyniły nieprzyjacielem rodzaju ludzkiego, udaje się na pustynię, wołając do Jowisza, aby to bezduszne plemię piorunami w proch obrócił. Jowisz właśnie zasypiał na Olimpie; obudzony tym wrzaskiem, wstał zły i kwaśny, pytając groźno, kto tam śmiał bluźnić tak głośno od góry Hymetu? Merkury, stojący na straży, tłómaczy, iż Tymon takie wrzaski wyprawia, ten sam Tymon, który niedawno sowite składał bogom ofiary i święta ich tak wspaniale obchodził. Jowisz spojrzawszy, ledwie w nędzarzu, który wśród pustej doliny ziemię motyką przewraca, poznać może dawniej tak wypieszczonego Ateńczyka. Merkury popiera sprawę podupadłego szlachcica i Jowisz gotówby piorun spuścić na niewdzięczników; ale ten się właśnie wyszczerbił, puszczony na Skeptyka Anaxagorasa. Piorun potrzebaby posyłać do reperacyi na Etnę do Wulkana, coby dużo czasu zabrało; właściwszem się więc Jowiszowi zdaje wyprawić do Tymona Plutusa, aby mu znowu naładował kieszenie. Plutus w złym humorze, odpowiada, że daremną jest rzeczą chcieć zbogacać taką „beczkę dziurawą“. Lecz Jowisz rozkazał, Plutus kulawy i ślepy, rusza, uczepiwszy się za połę płaszcza Merkurego. Wkrótce przybywają w okolice Hymetu i wchodzą w dolinę, nie zważając na krzyk i gniew Nędzy, która musi uciekać przed nimi, wraz z towarzyszami swymi: Pracą, Siłą, Zdrowiem i Cnotą. Tymon zobaczywszy przybywających, grozi im motyką. Następuje spór, gdyż Tymon nie chce tych bogactw, które już go raz nieszczęśliwym uczyniły. Plutus się tłómaczy, a Tymon skłania się wreszcie do posłuszeństwa woli bogow. Zaledwie posłańcy Jowiszowi zniknęli, z pod motyki Tymona tryska złoto. Wieść się rozchodzi, że Tymon skarb odkrył, starzy przyjaciele co najspieszniej powracają; pasożyt Gnathonides uśmiechnięty, nuci mu nowo ułożoną piosnkę do kielicha, Tymon go kamieniami odgania precz; pochlebca Philades przychodzi z ostrzeżeniem, aby na przyszłość lepiej wybierał przyjaciół, Tymon kijem po grzbiecie go żegna; orator Demea, który chciał wnieść do senatu prośbę, aby złoty posąg wystawiono Tymonowi, spodziewając się, że Tymon dziecię jego adoptować będzie, odchodzi także z porysowanym grzbietem. Za nimi idzie cynik Thrasyles z koźlą brodą i nawisłemi brwiami, który utrzymuje, że żyje tylko chlebem i wodą, a gardzi bogactwy. Ten radzi Tymonowi pozbyć się złota i rzucić je w rzekę lub do sakwy, którą naumyślnie, aby mu pomódz, przyniósł z sobą — nowe kije. Naostatek cała ludność Aten zbiega się z okrzykami, Tymon ucieka na górę Hymetu i odpędza napastników kamieniami. Forma Tymona, kunsztem nie dorównywająca innym dramatom poety, była powodem, iż, mimo umieszczenia go w wydaniu zbiorowem 1623, wielu krytyków nie chciało go przyznać Szekpirowi, widząc w nim tylko poprawiony i odświeżony utwór jakiegoś bezimiennego pisarza. Tego zdania jest Karol Knight w swem wydaniu: Pictorial edition of Shakesperare. Mikołaj Delius podjął się nawet wykazać szczegółowo te miejsca, których dotknął Szekspir, i te, które zostały z pierwotnego dramatu. Za całkowicie szekspirowską ma Delius scenę pierwszą aktu pierwszego, aż do pierwszych dowodów rozrzutności Tymona, w których już daje się słabszą rękę dostrzegać. Wystąpienie Apemantusa, sceny z Alcybiadesem, mogą być nietknięte przez poetę. Druga scena pozostała ze starszego dramatu, jakoteż pierwsza drugiego aktu, oprócz małych poprawek w mowie Senatora. Delius ze sceny drugiej tego aktu przypisuje tylko Szekspirowi rozmowę z marszałkiem dworu; kończące zaś akt drugi wiersze rymowane, należą do bezimiennego, którego styl i sposób pisania dobitniej jeszcze dają się czuć we trzech pierwszych scenach aktu trzeciego. Wystąpienie Tymona w scenie czwartej jest już znowu szekspirowskie, gdy w piątej scenie (Alcybiades przed senatem) niknie mistrzowska ręka, której też Delius nie przyznaje ani początku ani zakończenia sceny biesiadnej. Dopiero przemówienie Tymona:

May you a better feast never behold,
(Bodaj z was żaden, gębni przyjaciele i t. d.)

należy znowu niezaprzeczenie do Szekspira.
Dalej, coraz wyraźniejsze jest jego współpracownictwo: w monologu poczynającym akt czwarty; w niektórych ustępach drugiej sceny; w scenie trzeciej, gdzie oba style się łączą, wiersz biały jest szekspirowski, proza poprzednika; w następnym monologu, tylko apostrofa do złota jemu należy. W scenie ze złodziejami, wiersz biały zdaje się wskazywać Szekspira; dalej z trudnością przychodzi rozeznać cząstkowe poprawki.
Pierwsza scena piątego aktu od słów: „What a god’s gold“ (Cóż to za Bóg złoto?), aż do końca jest Szekspira; druga aż do rymowanego zakończenia; sceny trzecia i czwarta zdają się nietknięte; ostatnia zaś, aż do wystąpienia żołnierzy, kanwą została, jak była, ale szycie na niej mistrzowskie. Właściwe zakończenie pozostało dawne, i ze śmiercią Tymona Szekspir rzucił przerabianie. Takie jest zdanie Deliusa, oparte na niemal materyalnych poszlakach formy i stylu. Cała budowa uderza archaiczną swą naiwnością, nieszykownością jakąś i zaniedbaniem. Wiersz rymowany, wedle dawniejszego obyczaju, który Szekspir zmienił w biały, swobodny, zdaje się także naprowadzać na domysł, iż starą tę sztukę przerobił tylko poeta, treść jej znajdując sympatyczną. Że mizantropia Tymona mogła przypaść do jego usposobienia w pewnej życia dobie, na to dowodem jeden z Sonetów, którego damy ułomek:

Dość życia! znękan wołam śmierci i pokoju!
Dość patrzeć na zasługę, co się z nędzą zrosła,
Na ubóstwo zgłodniałe we błazeńskim stroju,
Na ufność, którą krzywa przysięga uniosła,
Na cześć złota, sromotnie chybiającą celu,
Cnotę dziewiczą daną w łup zwierzęcej chuci,
Prawe czyny wzgardzone wśród bezprawiów wielu.
Siły, które w nic przemoc kulawa obróci,
Sztukę, której niewola kaganiec nakłada,
Głupotę, co się w togę i biret przystraja i t. d.

Nie ten jeden ustęp znalazłby się w Sonetach, świadczący, że Szekspirowi nieraz żółcią zapłynęło serce i że mógł przez usta Tymona własne wypowiedzieć uczucie.
Tymon Ateńczyk na scenie nowością nie był. W Guilpin’a Skialetheia w r. 1598 o sztuce pod tym tytułem spotykamy wzmiankę, może o tej właśnie, którą z rękopismu 1600 roku wydał Dyce (1842) dla Shakespeare Society. Jack Drum, w swem Entertainment 1601, poświadcza popularność przedmiotu.
Godzi się też wspomnieć jako źródło, nowellę podobnej treści Paynter’a w jego Palace of Pleasure (Of the strange and beastly nature od Timon of Athens, enemy to mankind, with his death, burial and epitaph).
Data, w której Szekspir mógł opracować Tymona, rozmaicie jest podawaną; Malone odnosi ją do roku 1610, Drake i Chalmers, do pierwszych lat siedemnastego wieku; inni do ostatnich życia poety. B. Tschischwitz (Shakesp. Jahrb, IV Band) tekst ma za zepsuty i jemu nierówność stylu chce przypisać.




OSOBY:

Tymon, Ateńczyk szlachetnego rodu.

Lucyusz,   panowie, a pochlebcy Tymona.
Lukullus,
Semproniusz,

Wentydyusz, jeden z fałszywych przyjaciół Tymona.
Apemantus, opryskliwy filozof.
Alcybiades, ateński wódz.
Flawiusz, intendent Tymona.

Flaminiusz,   sługi Tymona.
Lucyliusz,
Serwiliusz,
Kafis,   sługi wierzycieli Tymona.
Filotus,
Tytus,
Lucyusz,
Hortenzyusz,

Dwaj Słudzy Warrona.
Sługa Izydora.
Dwaj Wierzyciele Tymona.
Kupido i Maski.
Trzech Cudzoziemców.
Poeta. Malarz. Jubiler. Kupiec.
Stary Ateńczyk.
Paź. Błazen.

Frynia,   kochanki Alcybiadesa.
Tymandra,

Panowie, Senatorowie, Oficerowie, Żołnierze, Rozbójnicy, Służba.

Scena w Atenach lub w lesie niedaleko miasta.


TYMON ATEŃCZYK.


AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Ateny. — Sala w domu Tymona.
(Wchodzą: Poeta, Malarz, Jubiler, Kupiec i inni z różnych stron).

Poeta.  Dzień dobry, panu.
Malarz.  Rad widzę cię zdrowym.
Poeta.  Dawno widziany. Jakże tam świat idzie?
Malarz.  Rośnie, lecz rosnąc, zużywa się trochę.
Poeta.  Stara nowina. Lecz co tam nowego?
Jakie zdarzenie jeszcze bezprzykładne?
Patrz na te czary wspaniałomyślności!
Jej moc te wszystkie wywołała duchy.
Znam tego kupca.
Malarz.  A ja znam ich obu;
To jest Jubiler.
Kupiec.  O, pan to dostojny!
Jubiler.  Rzecz dowiedziona.
Kupiec.  Niema mu równego;
Oddycha tylko, żeby dobrze robić;
Wyższy nad wszystkich.
Jubiler.  Przyniosłem tu brylant.
Kupiec.  O, pokaż, proszę. Czy to dla Tymona?
Jubiler.  Jeśli zapłaci, co wart. Co do tego —

Poeta.  „Kto śpiewa podłość za nagrodę marną,
Ten muzę plamą napiętnował czarną,
Bo śpiewać cnotę muzy przeznaczeniem“.
Kupiec  (patrząc na brylant).
Prześliczna forma!
Jubiler.  A przytem bogata,
A co za woda!
Malarz.  Z twego zadumania
Wnoszę, że jakąś składasz dedykacyę
Na cześć patrona.
Poeta.  Rzecz tylko natchnienia;
Nasza poezya, to guma, co cieknie
Z pnia rodzinnego. Iskra nie wyskoczy
Z kamienia, póki stal go nie uderzy;
Ale szlachetny płomień nasz, sam z siebie
Bucha i jakby niewstrzymany potok
Wszystkie zapory, pieniąc się, rozrywa.
A ty, coś przyniósł?
Malarz.  Obraz. Powiedz, proszę,
Kiedy na widok wyjdzie twoje dzieło?
Poeta.  Skoro je złożę w hołdzie. Pokaż obraz.
Malarz.  Rzecz nienajgorsza.
Poeta.  Czyste arcydzieło!
Malarz.  Tak, tak.
Poeta.  Cudowne! Jaki w tej postawie
Oddycha urok! Jaka z tej źrenicy
Wytryska siła rozumu i ducha!
Jak wyobraźnia na ustach tych igra!
A ten giest niemy każdy wytłómaczy.
Malarz.  Naśladowanie to życia niezgorsze.
A co mi powiesz o tym tu pociągu?
Poeta.  Powiem: naturze naukę dać może,
Bo sztuka rysom tym nadała życie,
Od życia żywsze. (Kilku Senatorów przechodzi scenę).
Malarz.  Jakie tłumy gości!
Poeta.  Senatorowie Ateńscy. Szczęśliwi!
Malarz.  Patrz, coraz więcej.
Poeta.  Jakby gości potop. —

W moim więc szkicu przedstawiłem męża,
Którego cały ten świat podsłoneczny
Ciśnie do serca w uczuć gorącości.
Mego polotu żaden drobny szczegół
Nie zatrzymuje; płynę jak po morzu;
Żadne zjadliwe, uszczypliwe słówko
Mej jednej kommy nie zatruwa żółcią;
Lecę jak orzeł, śmiało, coraz wyżej,
Nie zostawiając śladu poza sobą.
Malarz.  Jak to rozumiesz?
Poeta.  Słuchaj, wytłómaczę:
Widzisz, jak wszystkie stany i rozumy,
Chwiejne stworzenia i poważne głowy
Świadczą gotowość na Tymona służbę.
Jego fortuna, swoim blaskiem strojąc
Jego szlachetną, uprzejmą naturę,
Wszystkie mu serca oddaje na własność,
Od zwierciadlanych twarzy pasożytów
Do Apemanta, którego największą
Rozkoszą, samym brzydzić się jest sobą;
Ten nawet ugiął swe przed nim kolano,
W pokoju wraca do swojego domu
Skinieniem głowy Tymona bogaty.
Malarz.  Widziałem, jak z nim na stronie rozmawiał.
Poeta.  Na wzniosłej górze, zielonej, kwiecistej,
W mym poemacie stawiam tron Fortuny,
U stóp jej wszystkie zebrane zawody
Urosnąć chętne pracą i zasługą;
Śród tłumów, z okiem na panią wlepionem,
Postrzegasz pańskie Tymona oblicze.
Fortuna, ręki liliowej skinieniem,
Do swego tronu każe mu przystąpić,
I tem skinieniem, jego wprzód rywali,
Na niewolników i sługi mu zmienia.
Malarz.  Olbrzymi pomysł! Ten tron, ta Fortuna,
To wzgórze, człowiek ten z tłumu jedyny,
Na jej skinienie drapiący się w górę
Do swego szczęścia, wszystko to, mem zdaniem,

Dla sztuki naszej pyszny byłby przedmiot.
Poeta.  Lecz to nie koniec. Słuchaj tylko, proszę:
Wszyscy, przed chwilą jego towarzysze,
Niejeden nawet znaczeniem wznioślejszy,
Są mu orszakiem, w sieniach jego stoją,
Szepcą mu w ucho słowa uwielbienia;
Świętem jest dla nich jego nawet strzemię;
Jego powietrzem tylko oddychają.
Malarz.  Dobrze, cóż potem?
Poeta.  A kiedy Fortuna,
Zmieniając humor, swego faworyta
Z wzgardą odepchnie, tłum cały sług jego,
Do szczytu góry drapiących się za nim
Na klęczkach nawet, obojętnem okiem
Na toczącego się w przepaść pogląda,
Lecz mu w upadku nikt nie towarzyszy.
Malarz.  Rzecz to powszednia. Mógłbym ci pokazać
Alegorycznych obrazów tysiące,
Które dobitniej od słów pokazują
Te nagłe ciosy zwodniczej Fortuny.
Chwalę cię jednak, żeś śmiał Tymonowi
Powiedzieć jasno: że ubogie oczy
Widziały nieraz magnatów koziołki.

(Przy odgłosie trąb wchodzi Tymon z licznym Orszakiem, rozmawiając ze sługą Wentydyusza).

Tymon.  W więzieniu, mówisz?
Sł. Went.  Tak jest, dobry panie,
Za pięć talentów długu; wierzyciele
Są bez litości; środki jego małe.
Błaga cię, panie, byś słówko napisał
Do twardych ludzi, którzy go zamknęli;
Inaczej, panie, zginął bez nadziei.
Tymon.  Biedny Wentydyusz! Nie tego ja pierza,
Bym się przyjaciół w kłopotach wypierał.
Wiem, że pomocy ze wszech miar jest godny,
A więc dług płacę i wolność mu wracam.
Sł. Went.  Zobowiązałeś go na wieczne czasy,
Dostojny panie.

Dostojny panie.
Tymon.  Pozdrów go ode mnie.
Dziś poślę okup. Gdy odzyska wolność,
Powiedz, że rad go w domu mym zobaczę.
Nie dość biednego postawić na nogi,
Trzeba go jeszcze podeprzeć. Idź z Bogiem!
Sł. Went.  Niech ci we wszystkiem Pan Bóg błogosławi!

(Wychodzi. — Wchodzi stary Ateńczyk).

Stary At.  Racz mnie wysłuchać, panie.
Tymon.  Mów, mój ojcze.
Stary At.  Jest w twojej służbie niejaki Lucyliusz.
Tymon.  I cóż stąd?
Stary At.  Rozkaż przywołać go, panie.
Tymon.  Gdzie jest Lucyliusz? Niechaj się tu stawi.

(Wchodzi Lucyliusz).

Lucyliusz.  Jestem na rozkaz.
Stary At.  Dostojny Tymonie,
Ten tu jegomość, twoja kreatura,
Do mego domu zagląda po nocach.
Od mych lat młodych grosz do groszam ciułał;
Dziś moje mienie zasłużyło, myślę,
Na spadkobierców wyższych trochę stopniem
Od twoich krajczych.
Tymon.  Dobrze więc, cóż dalej?
Stary At.  Mam jedynaczkę córkę, żadnych krewnych,
Którym przekazać mógłbym mój majątek.
Dziewczę jest piękne, młode, wychowane
Jak jaka pani wielkim moim kosztem.
Sługa twój, panie, chce miłość jej zyskać;
Racz mi przyjść w pomoc; daj mu, panie, zakaz
Dom mój nawiedzać, bo próżne me słowa.
Tymon.  To człek uczciwy.
Stary At.  Niechże nim zostanie;
Jego uczciwość będzie mu nagrodą,
Mojej mu córki nie trzeba w dodatku.
Tymon.  A czy go kocha?
Stary At.  Młoda jest i tkliwa;
Uczy nas własnych namiętności pamięć,
Jak wiotka młodość.

Tymon  (do Lucyliusza).A ty, czy ją kochasz?
Lucyliusz.  Kocham ją, panie, i jestem kochany.
Stary At.  Gdy męża weźmie mimo woli mojej,
Bóg mi jest świadkiem, moim spadkobiercą
Pierwszy włóczęga będzie albo żebrak,
Lecz nigdy ona.
Tymon.  Jaki dajesz posag,
Jeśli równego weźmie sobie męża?
Stary At.  Dziś, trzy talenta, po mej śmierci, wszystko.
Tymon.  Szlachcic ten długo i wiernie mi służył:
Dla jego szczęścia, jak powinność każe,
Małą ofiarę gotów jestem zrobić.
Daj mu twą córkę; co jej ty zapiszesz,
Ja z mojej strony wypłacę mężowi,
By Jej był równym.
Stary At.  Dam mu moją córkę,
Byleś ty raczył twoje dać mi słowo.
Tymon.  Oto ma ręka, moich słów rękojmia.
Lucyliusz.  Dzięki ci, panie! Przyszła ma fortuna
Twojem jest dziełem, tobie się należy.

(Wychodzą: Lucyliusz i stary Ateńczyk).

Poeta.  Przyjm moją pracę, a żyj długo, panie!
Tymon.  Dzięki na teraz; wkrótce coś usłyszysz,
Nie odchodź tylko. — Co to przyjacielu?
Malarz.  To obraz panie, racz przyjąć go w hołdzie.
Tymon.  Chętnie, bo obraz to prawie sam człowiek;
Gdy podłość ludzką frymarczy naturą,
Nieraz człek tylko jest powierzchownością,
Gdy utwór pędzla jest tem, co przedstawia.
Podoba mi się twe dzieło; zobaczysz,
Że się podoba; czekaj, proszę, chwilę,
Mam z tobą mówić.
Malarz.  Niech cię Bóg zachowa!
Tymon.  Witam, panowie! Daj mi twoją rękę.
Musimy dzisiaj razem obiadować. —
Twój klejnot, panie, nasłuchał się dosyć —
Jubiler.  Krytyki, panie?
Tymon.  Pochwał nieskończonych;

Gdybym zapłacił za niego w stosunku
Do tych uwielbień, poszedłbym z torbami.
Jubiler.  Cenię go, panie, wedle kursu giełdy,
Choć wiesz, że przedmiot tejże samej ceny
Wartość swą zmienia wedle właściciela.
Wierzaj mi, panie, klejnot na twym palcu
Stokroć jest droższy.
Tymon.  Prześliczne szyderstwo!
Kupiec.  Nie, dobry panie, on tylko tłómaczem
Uczuć jest naszych.
Tymon.  Patrzcie, kto się zbliża?
Czy chcecie, żeby zburczał was porządnie?

(Wchodzi Apemantus).

Jubiler.  Zniesiemy wszystko za pańskim przykładem.
Kupiec.  Każdy dostanie swoje, ani wątpię.
Tymon.  Witaj! Dzień dobry, słodki Apemantus!
Apemant.  Dzień dobry oddam, gdy słodkim się stanę,
Ty psem Tymona, uczciwymi ludźmi
Ta łotrów banda.
Tymon.  Czemuż łotrów bandą
Nazywasz ludzi, których nie znasz nawet.
Apemant.  Alboż nie są Ateńczykami?
Tymon.  Tak jest.
Apemant.  Więc nie odwołuję tego, co powiedziałem.
Jubiler.  Poznajesz mnie, Apemantus?
Apemant.  Widzisz, że cię poznałem, gdym cię nazwał po imieniu.
Tymon.  Dumnym jesteś, Apemantus.
Apemant.  A z niczego dumniejszym, jak z tego, żem niepodobny do Tymona.
Tymon.  Gdzie idziesz?
Apemant.  Zamordować uczciwego Ateńczyka.
Tymon.  Śmierć za to cię czeka.
Apemant.  To chyba zrobienie niczego prawo karze śmiercią.
Tymon.  Jak ci się obraz ten podoba, Apemantus?
Apemant.  Bardzo, zwłaszcza dla swojej niewinności.
Tymon.  Czy nie dobrze pracował jego malarz?
Apemant.  Lepiej ten pracował, który zrobił malarza, a zrobił przecie plugawe tylko dzieło.
Malarz.  Pies z ciebie!
Apemant.  Twoja matka z mojego jest rodu: jeśli ja psem, czem ona?
Tymon.  Czy chcesz obiadować ze mną, Apemantus?
Apemant.  Nie, nie jadam panów.
Tymon.  Gdybyś jadł panów, gniewałbyś panie.
Apemant.  O, one same jedzą panów, mają też wielkie brzuchy.
Tymon.  Wszeteczna uwaga.
Apemant.  Czy tak ją rozumiesz? Weźże ją sobie za fatygę.
Tymon.  Jak ci się podoba ten klejnot, Apemantus?
Apemant.  Mniej niż szczerość, za którą człowiek szeląga nie płaci.
Tymon.  Ile on wart, twojem zdaniem?
Apemant.  Niewart mojej myśli. — A co tam nowego, poeto?
Poeta.  A co tam nowego, filozofie?
Apemant.  Kłamiesz.
Poeta.  Albożeś nie filozof?
Apemant.  Tak jest.
Poeta.  Więc nie kłamię.
Apemant.  Albożeś nie poeta?
Poeta.  Tak jest.
Apemant.  Więc kłamiesz. Zajrzyj do twojego ostatniego poematu, w którym, przez fikcyę, zrobiłeś go godnym człowiekiem.
Poeta.  To nie fikcya, to szczera prawda.
Apemant.  Masz racyę; godny jest ciebie i godny płacić ci za twoją pracę. Kto lubi pochlebstwo, godny jest pochlebcy. Ach, gdybym był panem!
Tymon.  Cobyś zrobił, Apemantus?
Apemant.  To samo, co teraz robi Apemantus: nienawidziłbym panów z całego serca.
Tymon.  Co? Nienawidziłbyś samego siebie?
Apemant.  Tak jest.
Tymon.  A to dlaczego?
Apemant.  Dlatego, że byłem dość głupi, abym pragnął zostać panem. — Czy ty nie kupiec?
Kupiec.  Tak jest, Apemantus.
Apemant.  Niechże cię twój własny handel zrujnuje, jeśli nie zechcą bogi.
Kupiec.  Co robi mój handel, robią bogi.
Apemant.  Handel twoim bogiem, niechże cię twój bóg zrujnuje!

(Słychać trąby za sceną. — Wchodzi Sługa).

Tymon.  Co się to znaczy?
Sługa.  Przybył Alcybiades,
A z nim dwudziestu przyjaciół, na koniach.
Tymon.  Idźcie ich przyjąć i wprowadzić do nas.

(Wychodzi kilku Dworzan).

Musicie dzisiaj obiadować ze mną;
Zostańcie, póki nie złożę wam dzięków.
Pokażesz dzieło mi twe po obiedzie.
Szczęśliwy jestem, gdy was tutaj widzę.

(Wchodzi Alcybiades z przyjaciółmi).

Witaj nam, witaj!
Apemant.  O, tak! bardzo pięknie!
Bodaj skostniały wasze gibkie członki!
W sercu tych łotrów tak mało przyjaźni,
Uścisków jednak i pokłonów tyle!
Człowiek się, widzę, w koczkodana zmienił.
Alcybiad.  Zgłodniały byłem twojego oblicza,
Pozwól, choć teraz niech się niem nasycę.
Tymon.  Witaj nam, panie; nim się pożegnamy,
Spędzimy razem kilka chwil wesołych.
Baczcie wejść ze mną.

(Wychodzą wszyscy prócz Apemanta. — Wchodzą dwaj Panowie).

1 Pan.  Która godzina, Apemantus?
Apemant.  Godzina uczciwości.
1 Pan.  Godzinę tę zawsze zegar pokazuje.
Apemant.  Tem też gorzej, że nie spostrzegłeś jej dotąd.
2 Pan.  Idziesz na ucztę Tymona?
Apemant.  Idę, bo chcę widzieć, jak mięso napycha łotrów, a jak wino rozgrzewa głupców.
2 Pan.  Bądź zdrów! bądź zdrów!
Apemant.  Wielkie robisz głupstwo, dając mi dwa pozdrowienia.
2 Pan.  Dlaczego, Apemantus?
Apemant.  Należało ci jedno zachować dla siebie, bo ja ci go dać nie myślę.
1 Pan.  Idź się powiesić.
Apemant.  Nie mam zamiaru słuchać twojej rady; daj ją twojemu przyjacielowi.
2 Pan.  Precz stąd, psie wściekły! albo sam cię wygonię.
Apemant.  Umykam jak pies przed wierzgnięciem osła (wychodzi).
1 Pan.  Co za mizantrop! Lecz idźmy, z bogactwa
I gościnności Tymona korzystać.
On dobrotliwszy od dobroczynności.
2 Pan.  Rozlewa łaski, a Plutus, bóg skarbów,
Tylko podskarbim na jego jest służbie.
Każdą usługę siedmiokrotnie spłaca;
Dar każdy taką wetuje nagrodą,
Ze wszelką miarę wdzięczności prześciga.
1 Pan.  Świat nie posiada szlachetniejszej duszy.
2 Pan.  Przy tej fortunie niech Bóg go zachowa!
Lecz wejdźmy.
1 Pan.  Pójdę za twoim przykładem. (Wychodzą).

SCENA II.
Sala w domu Tymona.
(Muzyka. — Wielki bankiet zastawiony. Flawiusz i reszta Służby. Wchodzą: Tymon, Alcybiades, Lucyusz, Lukullus, Semproniusz i inni Senatorowie ateńscy, Wentydyusz i Służba. — Za wszystkimi wchodzi Apemantus w złym humorze).

Wentyd.  Zacny Tymonie, było wolą bogów,
Przypomnieć sobie wiek mojego ojca
I do wiecznego zabrać go pokoju.
Umarł szczęśliwy; ja, dzisiaj bogaty,
Pamiętny łaski, którąś mi wyświadczył,
Wracam talenta, przy których pomocy
Wolność zyskałem, dodaję w procencie
Moją ci wdzięczność i wierne me służby.
Tymon.  Uchowaj Boże! Dobry Wentydyuszu,
Przyjaźń mą krzywdzisz; wedle mojej myśli,
Co ci raz dałem, dałem ci na zawsze;
Bo kto odbiera, nie może powiedzieć,
Że dał prawdziwie. Jeśli lepsi od nas

Grać w grę tę mogą, ja nie mam odwagi
Iść za ich wzorem, bo wiesz, co się zdarza:
Bogatych błędom świat chętnie pobłaża.
Wentyd.  Szlachetna dusza!

(Wszyscy wstają i poglądają na Tymona ceremonialnie).

Tymon.  Nie, moi panowie,
Boć ceremonię wymyślili ludzie,
By nią osłonić powierzchowne dzieła,
Zwodną gościnność i dobroć fałszywą,
Przed czynem jeszcze żałującą czynu.
Gdzie przyjaźń szczera, po co ceremonie?
Usiądźcie, proszę; przytomność tu wasza
Droższa fortunie mej, niż mnie fortuna. (Siadają).
1 Pan.  To zawsze, panie, naszą było myślą.
Apemant.  Ha! takie dzisiaj twe wyznanie wiary?
Tymon.  O, Apemantus; witaj, przyjacielu!
Apemant.  Nie witaj tylko, bo ja tu przychodzę
Dlatego, żebyś sam wypchnął mnie za drzwi.
Tymon.  Fe! to rzecz brzydka, grubijanin z ciebie,
Podobny humor, męża nie jest godny.
Przysłowie mówi: ira brevis furor,
Ale ten człowiek ciągle zagniewany.
Więc mu na boku dajcie stół osobny,
Bo jeśli czuje wstręt do towarzystwa,
Dla towarzystwa nie jest on stworzony.
Apemant.  Skoro nalegasz, zostanę, lecz pomnij,
Żem przyszedł tylko wzorki z was wybierać.

Tymon.  Nie zważam na to, co mówisz. Jesteś Ateńczykiem, to dosyć, żebyś dobre znalazł u mnie przyjęcie. Sam nie chcę żadnej nadawać tu sobie powagi; więc cię proszę, niech moja uczta zamknie ci usta.

Apemant.  Gardzę twą ucztą, twój obiad mnie dławi,
Bo ci pochlebiać nie jest moją mysią.
Boże! tłum jaki pożera Tymona!
On tylko jeden tego nie spostrzega!
Z boleścią patrzę, kiedy w krwi jednego
Tylu chleb macza, a on, jak szalony,
Sam ich do tego krzykiem swym podszczuwa.

Dziwna, że ludzie śmią ludziom zawierzać,
Gdy ich powinni zapraszać bez nożów[1];
Ich uczta równie na temby zyskała
I bezpieczniejsze byłoby ich życie.
Nie brak przykładów; ten chytry pasożyt,
Który przy boku teraz jego siedzi,
I chleb z nim łamie i z jednej z nim szklanki
Wychyla zdrowie jego, będzie pierwszy,
Żeby go zabić: widziano to nieraz.
Gdybym był panem, nie piłbym przy stole,
By gościom moim nie odsłonić krtani:
Magnatom tylko z pancerzem na gardle
Pić się należy.
Tymon  (do gościa, który wnosi zdrowie). Chętnie, dobry panie,
A niechaj potem puhar idzie kołem.
2 Pan.  Zacny Tymonie, niech płynie tą stroną.
Apemant.  Płynie tą stroną! To mi zuch, to pływak!
Zdrowie to zdrowiu twemu i fortunie
Grozi chorobą. Pij uczciwą wodę,
Która nikogo w błoto nie rzuciła.
Pokarm mój skromny, jak skromny napitek:
Kto kiedy Bogom dziękował za zbytek?

Modlitwa Apemanta przed jedzeniem.

Boże, o skarby żadne cię nie proszę;
Za siebie modły, nie za innych wnoszę;
Niech mnie od tego łaska twa zachowa,
Bym wierzył w ludzkie przysięgi i słowa,
Bym zapłakanej ufał kortezanie,
Lub psu, co drzemać zdaje się przy ścianie,
Wolność mą w izbie więziennego chował,
A na przyjaciół w potrzebie rachował.
Amen. Niech twoją stanie się to sprawą!
Bogacze grzeszą, korzonki mą strawą (je i pije).
Niech ci to służy na zdrowie, Apemantus!

Tymon.  Wodzu Alcybiadesie, twoje serce jest teraz na placu bitwy.

Alcybiad.  Moje serce zawsze jest na twoje usługi, Tymonie.
Tymon.  Wołałbyś jednak śniadanie z nieprzyjaciół złożone, niż obiad z przyjaciół.
Alcybiad.  To prawda, panie; niema potrawy nad nieprzyjacielską surowiznę; najlepszemu przyjacielowi takiegobym życzył bankietu.
Apemant.  Chciałbym też, żeby ci wszyscy pochlebcy twoimi byli nieprzyjaciółmi, abyś mógł ich zabić, a mnie potem na ucztę zaprosić!
1 Pan.  Gdybyś mógł, panie, jakiem szczęśliwem zdarzeniem nasze serca choć raz na próbę postawić! gdybyśmy mieli sposobność pokazać ci choć cząstkę naszego dla ciebie poświęcenia! Nicby już nam wtedy do życzenia nie zostało.
Tymon.  Nie wątpię o tem, dobrzy moi przyjaciele, że same bogi dadzą wam kiedyś sposobność pospieszenia mi na pomoc; bo inaczej dlaczegóż bylibyście moimi przyjaciółmi? Czyż dałbym wam, przed tysiącem innych, tytuł ten kosztowny, gdybym was w sercu nie nosił? Sam sobie powiedziałem o was więcej niż wy, przy waszej skromności, moglibyście na waszą powiedzieć, bo nieskończona jest moja w was ufność. O, bogi, myślałem sobie nieraz: na coby się nam zdali przyjaciele, gdybyśmy nie potrzebowali ich nigdy? Byliby najnieużyteczniejszemi stworzeniami, gdyby nam nigdy żadnej nie oddali przysługi; byłyby to tylko dźwięczne instrumenta w futerałach swoich zamknięte, tylko dla siebie swoją harmonię chowające. Wyznaję wam, że nieraz pragnąłem zostać ubogim, żeby się do serc waszych przybliżyć. Rodzimy się, żeby sobie świadczyć dobrodziejstwa; a co lepiej, co właściwiej możemy nazwać naszem od bogactw naszych przyjaciół? Co za nieskończona radość tylu mieć braci, rozrządzających nawzajem jedni drugich majątkami! (Płacze). O, radości, przed urodzeniem we łzach tonąca! Oczy moje łez wstrzymać nie mogą; żeby o ich słabości zapomnieć, piję wasze zdrowie!
Apemant.  Płaczesz, Tymonie, żeby oni pili.
2 Pan.  Tak samo w naszych poczęta źrenicach
Radość, jak dziecię, w łzach się naszych rodzi.
Apemant.  Śmieję się, myśląc, że to dziecię bękart.
3 Pan.  Wierzaj mi, panie, bardzoś mnie rozczulił.
Apemant.  Bardzo! (Słychać za sceną odgłos trąb i rogów).
Tymon.  Co znaczą te trąby i rogi?

(Wchodzi Sługa).

Sługa.  Kilka dam czeka u drzwi i nalega o posłuchanie.
Tymon.  Dam? Czego pragną?
Sługa.  Wyprzedził je posłaniec z poleceniem objawienia ich życzeń.
Tymon.  Proszę cię, wprowadź je natychmiast.

(Wchodzi Kupido).

Kupido.  Witaj, Tymonie! witajcie, panowie,
Do gościnnego przypuszczeni stołu!
Pięć zmysłów, których ty jesteś patronem,
Hołd ci swój teraz przybiegają złożyć;
Słuch, powonienie, smak i dotykanie
Uradowane wstały już; me panie
Przychodzą teraz widzenie nasycić.
Tymon.  Witam je chętnie, niech wejdą co prędzej,
A niech kapela da im powitanie. (Wychodzi Kupido).
1 Pan.  Dowód masz nowy, jak jesteś kochany.

(Muzyka. — Wchodzi Kupido w towarzystwie Dam zamaskowanych, w ubiorze Amazonek, z lutniami w ręku; grają i tańczą).

Apemant.  Ha! co za banda pustoty nadbiegła!
Tańczą! To, widzę, szalone kobiety.
Szaleństwem tylko jest chwała żywota,
Jak jest szaleństwem pompa ta równana
Z kroplą oliwy i szczyptą korzonków.
Żeby się bawić, zmieniamy się w błaznów;
Płacim pochlebstwem, by nam pić dał człowiek,
Któremu damy na starość za wino
Tylko zatrutą pogardę i zazdrość.
Kto żył, nie psując, albo nie popsuty?

Kto zmarł, do grobu nie biorąc w podarku
Słowa pogardy z ust swoich przyjaciół?
Boję się, żeby kiedyś ci, co teraz
Tańczą przede mną, nie deptali po mnie.
Zwyczaj to ludzi drzwi swoje, z dnia końcem,
Przed zachodzącem już zamykać słońcem.

(Panowie wstaję od stołu z wielkiemi oznakami uwielbienia dla Tymona, a na dowód miłości każdy bierze Amazonkę i wszyscy tańczą parami przy odgłosie obojów: po chwili zatrzymują, się).

Tymon.  Ileż mej uczcie dodałyście krasy,
Piękne me panie, przytomnością waszą!
Bez was, połowę straciłaby wdzięku,
Wam swoją godność, swój blask winna cały,
Pierwszy mój pomysł swoje dopełnienie.
Dzięki wam za to!
1 Pani.  Zbyt jesteś łaskawy,
I bierzesz, panie, z najlepszej nas strony.

Apemant.  Bo najgorsza tak jest plugawa, iż, jak myślę, wziąć byłoby za trudno.

Tymon.  A teraz, panie, przyjmijcie łaskawie
Wieczerzę skromną i bez ceremonii.
Wszystkie.  Dziękujem, panie. (Wychodzą: Kupido i Panie).
Tymon.  Flawiusz!
Flawiusz.  Na rozkazy.
Tymon.  Przynieś mi, proszę, moją tu szkatułkę.
Flawiusz.  Śpieszę. (Na str.) Rozdzielać chce znowu klejnoty;
Sprzeciwić mu się niepodobna teraz.
Mógłbym powiedzieć — możebym powinien —
Gdy wyda wszystko, markotno mu będzie,
Że mu się na czas nikt nie śmiał sprzeciwiać.
Szkoda, że dobroć z tyłu oczu nie ma!
Serce nikogoby nie zubożyło.

(Wychodzi i wraca ze szkatułką).

1 Pan.  Gdzie nasza służba?
Sługa.  Na rozkazy, panie.
2 Pan.  Przyprowadź konie.
Tymon.  Moi przyjaciele,
Jedno wprzód słowo. Patrz, dobry mój panie,

Zrób mi tę łaskę, racz ten klejnot przyjąć,
I na pamiątkę noś go na tym palcu.
1 Pan.  Tak mnie już łaską twoją obsypałeś —
Wszyscy.  Jak i nas wszystkich. (Wchodzi Sługa).
Sługa.  Dostojny mój panie,
Przybyło właśnie kilku senatorów
Z odwiedzinami.
Tymon.  Witam ich z radością.
Flawiusz.  Chciałbym ci, panie, jedno szepnąć słowo
W sprawie dla ciebie nieskończenie ważnej.
Tymon.  Ważnej? więc dobrze, powiesz mi je później;
Zajmij się teraz przyjęciem mych gości.
Flawiusz  (na str.). Tylko jak? nie wiem. (Wchodzi inny Sługa).
Sługa.  Na dowód przyjaźni
Lucyusz, a pan mój, przysyła ci w darze
W srebrnych przyborach cztery mleczne konie.
Tymon.  Przyjmuję chętnie. Nie zapomnij tylko
Pięknym prezentem, piękny spłacić prezent.

(Wchodzi trzeci Sługa).

Tymon.  Co za nowiny?
3 Sługa.  Pan mój, dostojny i szlachetny Lukullus, zaprasza cię z sobą jutro na polowanie, a zarazem przysyła ci dwie smycze chartów.

Tymon.  I zaproszenie i charty przyjmuję,
Nie bez odpłaty.
Flawiusz  (na str.). Lecz jak się to skończy?
Każe mi świetne rozsyłać prezenta,
Wydawać uczty, a szkatuła pusta.
Ani chce wiedzieć, co w jego sakiewce,
Ani mnie słucha, gdy pragnę powiedzieć,
Że dobre serce jego dziś żebrakiem,
Niezdolnym zadość uczynić życzeniom;
Tak są nad środki jego obietnice,
Że długiem wszystko, co mówi, że winien
Za każde słowo; tak zawsze był dobry,
Że dziś dobroci swej płaci procenta;
Na wszystkich dobrach ciąży hipoteka.
Jakbym chciał z jego wyśliznąć się służby,

Zanim konieczność gwałtem mnie wypędzi!
O, jak szczęśliwsza samotność uboga
Nad tłum przyjaciół groźniejszych od wroga!
Myśl o mym panu serce mi zakrwawia (wychodzi).
Tymon.  Sam siebie krzywdzisz, wartość twą poniżasz.
Przyjmij ten drobny przyjaźni zadatek.
2 Pan.  Przyjmuję, panie, z wdzięcznością bez granic.
3 Pan.  To czysta dusza wspaniałomyślności!
Tymon.  A teraz sobie przypominam, panie,
Żeś wczora chwalił mojego gniadosza;
Racz więc go przyjąć, gdy ci tak do serca.
2 Pan.  O, co do tego, panie, racz przebaczyć —
Tymon.  Możesz za słowo wziąć mnie bez skrupułu;
Wiem, co kto chwali, pragnąłby posiadać;
Moich przyjaciół życzenia są moje;
Wierz memu słowu. — Odwiedzę was wkrótce.
Wszyscy.  Nigdy milszego nie ujrzymy gościa.
Tymon.  Tak mi każdego z was drogi jest widok,
Że nigdy dosyć dać nie jestem w stanie;
Gdybym królestwa miał na me rozkazy,
Mym przyjaciołom rozdałbym je chętnie. —
Jesteś żołnierzem, mój Alcybiadesie,
A więc bez grosza; to ci się należy
Prawem jałmużny, bo twoja dziedzina
Pośród umarłych; wszystkie twoje ziemie
Są placem boju.
Alcybiad.  Leżą też odłogiem.
1 Pan.  Tak ci jesteśmy wdzięczni —
Tymon.  Ja wam równie.
2 Pan.  A miłość nasza —
Tymon.  Równa mojej dla was.
Hej! więcej światła!
1 Pan.  Niech szczęście bez granic,
Honor, Fortuna, strzegą cię, Tymonie!
Tymon.  Zawsze gotowy służyć przyjaciołom.

(Wychodzą: Alcybiades, Panowie i t. d.).

Apemant.  Co za harmider! jakie nóg wierzganie!
Lecz mi się zdaje, że te wszystkie nogi

Nie warte ceny, którą za nie płacisz.
Mętna to przyjaźń. Gdzie serce fałszywe
I nogi także powinny być krzywe.
Tak to niejeden uczciwiec, lecz głupi,
Za całe mienie pokłonów nakupi.
Tymon.  Mój Apemantus, gdybyś mniej był cierpki,
Dla ciebie także równie byłbym szczodry.

Apemant.  Nie, niczego nie żądam, bo gdybym i ja dał się przekupić, niktby nie został, żeby śmiać się z ciebie; grzeszyłbyś więc tem łatwiej. Od tak dawna rozdajesz, Tymonie, że lękam się bardzo, abyś w końcu i sam się nie oddał za kwitem. Na co te uczty, ta pompa, ta próżna wystawność?
Tymon.  Skoro zaczynasz wygadywać na towarzystwo, przysiągłem cię nie słuchać. Bądź zdrów! Przyjdź inną razą z lepszą muzyką (wychodzi).
Apemant.  Dobrze! nie chcesz mnie słuchać teraz, nie usłyszysz mnie później. Zamknę przed tobą twoje niebo.
Ach, czemu człowiek, dla swojej niedoli,
Na radę głuchy, pochlebstw słuchać woli! (Wychodzi).




AKT DRUGI.
SCENA I.
Ateny. — Pokój jednego z Senatorów.
(Wchodzi Senator z papierami w ręku).

Senator.  Ostatnią razą pięć tysięcy; przytem
Izydorowi wraz z Warronem winien
Dziewięć tysięcy, co razem z mym długiem
Dochodzi sumy dwudziestu i pięciu;
Zawsze go jednak febra marnotrawstwa
Toczy wewnętrznie; trudno, by stan taki
Długo się ostał — ostać się nie może.
Jeśli chcę złota, dość mi będzie ukraść

Psa sąsiadowi, dać go Tymonowi,
A pies mi będzie złotą bił monetę;
Gdybym chciał przedać konia, żeby kupić
Dwadzieścia lepszych, dam go Tymonowi,
Dam jako prezent, a koń mi się źrebi
I rumakami napełnia mi stajnię;
Przy jego wrotach niema odźwiernego,
By przechodzących z uśmiechem nie wpraszał.
To trwać nie może, dość chwili rozwagi,
By zgłębić stanu podobnego chwiejność.
Hej! hola! Kafis. (Wchodzi Kafis).
Kafis.  Co pan rozkazuje?
Senator.  Weź płaszcz, co żywo biegnij do Tymona,
O me pieniądze domagaj się głośno;
Pierwszą odmową nie daj się odgonić;
Nie trać języka; jeżeli ci powie,
Grzecznie kiwając czapką w prawej ręce:
„Poleć mnie pana twojego przyjaźni!“
Powiedz dobitnie, że jestem w kłopocie,
Że mych pieniędzy własne me potrzeby
Na gwałt żądają; termin jego minął,
A ja, na jego licząc wierzytelność,
Własny mój kredyt zrujnowałem prawie.
Kocham go, ale nie chcę krzyżów złamać,
Żeby uleczyć chory jego palec.
Żadnej nie cierpią zwłoki me potrzeby;
Nie słów mi trzeba, ale gotowizny.
Idź, przybierz minę śmiałą, rezolutną,
Bo mi się zdaje, że gdy każde pióro
Wróci do skrzydła swego właściciela,
Tymon, co teraz wygląda jak Fenix,
Będzie wyglądał jak gęś oskubana.
Idź!
Kafis.  Idę, panie.
Senator.  Weź z sobą obligi,
A patrz na daty.
Kafis.  Nie zapomnę, panie.
Senator.  Idź! (Wychodzą).

SCENA II.
Pokój w domu Tymona.
(Wchodzi Flawiusz z pliką rachunków w ręku).

Flawiusz.  Ni jednej chwili rozwagi w tym szale!
Daje i daje i ani się pyta,
Skąd brać, by dawać, nie uważa na to,
Jak mu się w rękach topi jego mienie,
I jak zastąpić to, co uleciało.
Człowieka z pustszą głową, lepszem sercem
Ziemia nie nosi. Co ja tu mam począć?
Nie będzie słuchał, póki nie uczuje.
Muszę mu jednak wręcz powiedzieć prawdę,
Jak tylko wróci z polowania. Szkoda!

(Wchodzą: Kafis i Sługi Izydora, i Warrona).

Kafis.  Dobry ci wieczór, Warronie, czyś przyszedł
Pieniędzy żądać?
Sł. War.  Czy i ty w tym celu?
Kafis.  Zgadłeś, kolego. A ty, Izydorze?
Sł. Izyd.  W tej samej myśli.
Kafis.  Moi przyjaciele,
Bodaj nas tylko z kwitkiem nie odprawił!
Sł. War.  Bardzo się boję.
Kafis.  Otóż pan nadchodzi.

(Wchodzą: Tymon, Alcybiades, Panowie i t. d.).

Tymon.  A po obiedzie, mój Alcybiadesie,
Ruszamy znowu. — Czego chcesz ode mnie?
Kafis.  To nota, panie, pewnych zaległości —
Tymon.  Co? zaległości? A skąd tu przychodzisz?
Kafis.  Tu, z Aten, panie.
Tymon.  W takim interesie
Do intendenta mego chciej się udać.
Kafis.  Intendent, panie, przez miesiąc mnie cały
Z dnia na dzień, z dzisiaj na jutro odsyłał;
Tymczasem pan mój w wielkiej jest potrzebie
Swoich pieniędzy, pokornie też prosi,
Abyś ze zwykłą sobie szlachetnością

Oddać mu raczył, co mu się należy.
Tymon.  Przyjdź jutro rano, dobry przyjacielu.
Kafis.  Lecz —
Tymon.  Tylko miarkuj się, mój przyjacielu.
Sł. War.  Sługa Warrona —
Sł. Izyd.  Sługa Izydora
Prosi pokornie o spieszną wypłatę.
Kafis.  Gdybyś mojego pana znał potrzeby —
Sł. War.  Termin upłynął od sześciu tygodni,
Areszt —
Sł. Izyd.  Intendent z niczem mnie odprawił;
Więc wprost do pana udać się mam rozkaz.
Tymon.  Dajcie mi, proszę, odetchnąć. — Panowie,
Raczcie mieć krótką chwilę cierpliwości,
Przyjdę niebawem. (Wychodzą: Alcybiades i Panowie).
(Do Flawiusza).Zbliż się i wytłómacz,
Co się to znaczy, że jestem zmuszony
Krzyków tych słuchać o zaległe długi,
O niespłacone na termin obligi,
Z krzywdą mojego honoru?
Flawiusz.  Panowie,
Nie teraz pora do spraw takiej treści.
Do poobiedzia zechciejcie poczekać,
A ja tymczasem wytłómaczę panu,
Dlaczego dotąd długi nie spłacone?
Tymon.  Zróbcie tak, proszę, moi przyjaciele.
Tymczasem daj im uczciwe przyjęcie (wychodzi).
Flawiusz.  Proszę za sobą (wychodzi).

Kafis.  Czekajcie! czekajcie! Apemantus zbliża się z błaznem, pobawmy się z nimi trochę.

(Wchodzą: Apemantus i Błazen).

Sł. War.  Na szubienicę z tym hultajem! Nawymyśla nam tylko
Sł. Izyd.  Zaraza na tego psa!
Sł. War.  Jak się masz, błaźnie?
Apemant.  Czy rozmawiasz z własnym cieniem?
Sł. War.  Nie do ciebie mówię.
Apemant.  Nie, ale do siebie samego. (Do Błazna). Idźmy!
Sł. Izyd.  (do Sługi Warrona). Już ci na grzbiet wsadził błazna.
Apemant.  Nie jeszcze, bo widzę, że cię jeszcze nie wziął na barana.
Kafis.  A kto teraz błazen?
Apemant.  Ten, co się o to pyta. Biedni hultaje, fagasy lichwiarzy! rajfury między złotem a potrzebą!
Wszyscy  Słudzy. Czem jesteśmy, Apemantus?
Apemant.  Osłami.
Wszyscy.  Dlaczego?
Apemant.  Bo się pytacie, czem jesteście i nie znacie samych siebie. — Mów do nich, błaźnie.
Błazen.  Jak się macie, panowie?
Wszyscy.  Dziękujemy, dobry błaźnie; a jak się ma twoja kochanka?
Błazen.  Właśnie grzeje wodę, aby oparzyć takie jak wy kurczęta. Ach, gdybyśmy mogli widzieć was w Koryncie[2]
Apemant.  Dobrze, dziękuję. (Wchodzi Paź).
Błazen.  Patrz, zbliża się paź mojej pani.
Paź  (do Błazna). Jakże tam, kapitanie? Co robisz w tej mądrej kompanii? Jak się masz, Apemantus?
Apemant.  Chciałbym mieć kij w gębie, żebym ci użytecznie mógł odpowiedzieć.
Paź.  Proszę cię, Apemantus, czytaj mi adresy tych listów, bo nie wiem, który któremu oddać.
Apemant.  Nie umiesz czytać?
Paź.  Nie.
Apemant.  To niewiele umrze mądrości w dniu, w którym cię powieszą. Ten do Tymona, ten do Alcybiadesa. Widzę, że się urodziłeś bękartem, a umrzesz rajfurem.
Paź.  A ty się ulągłeś szczenięciem, a umrzesz psią śmiercią — z głodu. Nie odpowiadaj, odchodzę (wychodzi).
Apemant.  Tak zawsze przed łaską uciekasz. Błaźnie, pójdę z tobą do Tymona.
Błazen.  Czy mnie tam zostawisz?
Apemant.  Jeżeli go zastaniemy w domu. — Wy trzej służycie trzem lichwiarzom?
Wszyscy.  Tak jest, a wolelibyśmy, żeby oni nam służyli.
Apemant.  I ja teżbym wolał; byłby to figiel, jakiego nigdy jeszcze kat złodziejowi nie wypłatał.
Błazen.  Jesteście sługami trzech lichwiarzy?
Wszyscy.  Tak jest, błazenku.
Błazen.  Zdaje mi się, że każdy lichwiarz musi mieć błazna na służbie. Pani moja jest także lichwiarką, ja też jestem jej błaznem. Gdy ludzie przychodzą pożyczać u waszych panów, wchodzą ze smutkiem, a odchodzą z weselem; w domu mojej pani dzieje się przeciwnie, wchodzą z weselem, a odchodzą ze smutkiem. Dlaczego?
Sł. War.  Mógłbym powiedzieć jedną tego przyczynę.
Apemant.  Powiedz więc, ażebyśmy cię uznali za tatusia i hultaja, co wcale nie umniejszy twojego poważania.
Sł. War.  Co to jest tatuś, błazenku?
Błazen.  Błazen w pięknem odzieniu, coś na twoje podobieństwo. Jest to duch: czasami pokazuje się w postaci pana, czasami w postaci prawnika, czasami wygląda jak filozof, tylko że nie filozoficznego szuka kamienia; bardzo często ma minę kawalera, a w ogólności wszystkie formy, pod któremi człowiek rośnie i próchnieje od trzynastego do osiemdziesiątego roku.
Sł. War.  Nie całkiem ty błazen.
Błazen.  Jak ty nie całkiem mądry. Ile u mnie błazeństwa, tyle u ciebie braku mądrości.
Apemant.  Tej odpowiedzi nie powstydziłby się Apemantus.
Wszyscy  Słudzy. Z drogi! z drogi! zbliża się Tymon.

(Wchodzą: Tymon i Flawiusz).

Błazen.  Nie zawsze ja chodzę za kochankiem, starszym bratem lub kobietą; zdarza mi się chodzić i za filozofem. (Wychodzą: Apemantus i Błazen).
Flawiusz.  Oddalcie się, proszę, za chwilę przyjdę rozmówić się z wami. (Wychodzą Słudzy).

Tymon.  Dziwię się bardzo. Dlaczego aż dotąd
Jasnoś mi stanu mego nie wykazał,
Abym wydawał wedle mych dochodów?
Flawiusz.  Nigdy mnie, panie, słuchać nie raczyłeś.
Tymon.  Żartujesz; może wybierałeś porę,

W której mi słuchać było niepodobna;
Trudność tę wziąłeś sobie za wymówkę
Twego niedbalstwa.
Flawiusz.  O, dobry mój panie,
Moje rachunki przynosiłem nieraz;
Gdym je przedstawiał, odpychałeś księgi,
Mówiąc, że moja sprawdza je uczciwość.
Kiedyś za lada datek nakazywał
Skarby przesyłać, płakałem jak dziecko,
A nawet często, bez względu na respekt,
Błagałem, żebyś rękę mniej otwierał;
Musiałem nieraz fukania twe znosić,
Kiedy mówiłem o skarbów odpływie,
O długów coraz groźniejszym przystępie.
Drogi mój panie, choć to już za późno,
Czas wielki, żebyś usłyszał nakoniec,
Że cała masa twoich posiadłości
Połowy twoich długów nie pokryje.
Tymon.  Sprzedaj me ziemie.
Flawiusz.  Wszystkie zastawione,
Niejedna poszła w ręce wierzycieli.
Co pozostało, ledwo zamknie usta
Dzisiejszym długom, jutro przyjdą nowe;
Jak je zapłacić? jaka przyszłość nasza?
Tymon.  Do Sparty me się rozciągały klucze.
Flawiusz.  Drogi mój panie, świat to wyraz tylko;
Gdyby był twoim, gdybyś nim rozrządzał,
Jakby się prędko z twoich rąk wyśliznął!
Tymon.  To prawda.
Flawiusz.  Panie, jeśli podejrzywasz,
Jeżeli wątpisz o mej uczciwości,
Błagam cię, wybierz sędziów najsurowszych,
Niechaj się w moich rozpatrzą rachunkach.
Bóg mi jest świadkiem, że gdy twoje sale
Od pasożytów twych się trzęsły krzyku,
Gdy się w piwnicach lało twoje wino,
Kiedy twój pałac od pochodni gorzał,
A grzmot kapeli echo odbijało,

Me oczy w kącie łzami zachodziły.
Tymon.  Dość tego!
Flawiusz.  Boże, mówiłem do siebie:
Pan mój jak wielki, jak wspaniałomyślny!
Tłum niewolników i chłopów, tej nocy,
Ile zbytkownych połknął tu łakoci!
Kto się Tymona poddanym nie pisze?
Na jego służbę nie oddaje serca,
Głowy i szabli i sił i majątku?
O, wielki Tymon! szlachetny, królewski!
Lecz gdy skarb zniknie, co tę chwałę płaci,
I duch uleci, który ją dziś trąbi:
Głód zamorduje, co spłodziła uczta;
Niech przyjdzie jeden chłodny dzień zimowy,
A tych komarów cała zniknie chmara.
Tymon.  Dosyć, powtarzam; skończ twoje kazanie!
Ma dobroć nigdy nie była nikczemną;
Nie podle, alem nierozważnie dawał.
Dlaczego płaczesz? Możesz-li przypuszczać,
Że w mej potrzebie nie znajdę przyjaciół?
O, bądź spokojny! Bo gdybym chciał czerpać
Z mnogich miłości mojej magazynów,
Gdybym pożyczką na próbę chciał stawić
Przyjaciół serca, tak mi łatwo będzie
Rozrządzać ludźmi i ludzi fortuną,
Jak mi rozkazać łatwo, żebyś mówił.
Flawiusz.  Bodaj się twoje sprawdziły nadzieje!
Tymon.  I gdy rozważam dzisiejsze kłopoty,
Błogosławieństwem zdają mi się nowem,
By przez nie moich doświadczyć przyjaciół.
Zobaczysz wkrótce, jak mylne twe sądy:
Jestem bogaty przyjaciół skarbami.
Hej, Flaminiuszu! Serwiliuszu, hola!

(Wchodzą: Flaminiusz, Serwiliusz i kilku Sług innych).

Serwil.  Panie! panie!
Tymon.  Mam dla każdego z was zlecenie. — Ty pójdziesz do Lucyusza, ty do Lukullusa; polowałem dziś z jego dostojnością; ty do Semproniusza. Polećcie mnie ich przyjaźni i dodajcie, iż jestem dumny, że moje interesa dają mi sposobność żądania od nich pieniężnych zasiłków. Żądajcie pięćdziesiąt talentów.
Flamin.  Jak rozkazałeś, panie.
Flawiusz  (na str.). Lucyusz? Lukullus? hm!

Tymon  (do innego Sługi). A ty, mopanku, idź do senatorów —
Sprawie publicznej oddane usługi
Prośbie mej, sądzę, dadzą posłuchanie —
Powiedz, niech raczą bez zwłoki mi przysłać
Tysiąc talentów.
Flawiusz.  Przekonany, panie,
Że to najkrótsza będzie dla mnie droga,
Dość byłem śmiały, że im na rękojmię
Twój podpis dałem, lecz kiwali głową,
I nie bogatszy wróciłem do domu.
Tymon.  Byćże to może? Czy mi prawdę mówisz?
Flawiusz.  Odpowiedzieli wszyscy jednomyślnie,
Że są bez grosza — że w tej właśnie porze
Nie mogą zrobić, coby zrobić chcieli —
Że ich to boli — żeś jest mąż dostojny —
Żeby jednakże pragnęli — że sądzą —
Że wszystko jakoś nie było, jak trzeba —
Że najzacniejsi swe mają dziwactwa —
Pragną, by wszystko dobrze się skończyło —
Że szkoda — w końcu dla różnych pozorów,
Patrząc z ukosa, szeptając półsłówka,
Półukłonami, zimnem głów kiwaniem
Na moich ustach zmrozili mi słowa.
Tymon.  Niech Bóg ich skarze! Ale nie rozpaczaj;
W starcach niewdzięczność jest jakby dziedziczna.
Ich krew zamarzła, zimna, ledwo płynie;
Dla braku ciepła dobroć ich ostygła;
Ludzka natura, chyląc się ku ziemi,
Do swej podróży gotuje się zwolna,
Ziębnie, ciężeje. (Do Sługi). Idź do Wentydyusza.
(Do Flaw.). Nie smuć się, proszę, wiem, żeś jest uczciwy
I, szczerze mówię, w sprawie tej niewinny.
(Do Sługi). Wentydyusz ojca niedawno pogrzebał,

I odziedziczył ogromny majątek;
Gdy był ubogi, w więzieniu za długi,
I bez przyjaciół, dałem pięć talentów,
By mu dać wolność. Pozdrów go ode mnie,
Powiedz, że smutna zmusza mnie konieczność
O zwrot tych pięciu talentów upraszać.
(Do Flaw.). Gdy je odbierzesz, bez najmniejszej zwłoki
Spłacisz tym ludziom, co się im należy:
Tylko ci myślą bluźnić nie pozwolę,
Żem mógł utonąć w przyjaciół mych kole.
Flawiusz.  Bodajem błądził! Dobry w złe nie wierzy,
Bo własną miarą innych ludzi mierzy! (Wychodzi).




AKT TRZECI.
SCENA I.
Ateny. Pokój w domu Lukullusa.
(Flaminiusz, czekając. Wchodzi Sługa).

Sługa.  Zameldowałem cię panu, przyjdzie niebawem.
Flamin.  Dziękuję. (Wchodzi Lukullus).
Sługa.  Otóż i pan mój.
Lukullus  (na stronie). Jeden z dworzan Tymona? O zakład, przynosi mi jakiś prezent. Na uczciwość, w sam czas; śniło mi się tej nocy o srebrnej miednicy i dzbanku. Flaminiuszu, uczciwy Flaminiuszu, witam z poszanowaniem. Daj nam wina. (Wychodzi Sługa). A teraz powiedz mi, jak się ma ten zacny, doskonały, wspaniałomyślny szlachcic ateński, twój pan dobry a szczodrobliwy?
Flamin.  Zdrowie jego nic do życzenia nie zostawia.
Lukullus.  Cieszę się, że zdrów jest. A co tam trzymasz pod płaszczem, mój pięknuchny Flaminiuszku.
Flamin.  Na uczciwość, panie, tylko pustą szkatułkę, z którą przychodzę, w imieniu pana, z prośbą, żeby ją wasza dostojność raczyła napełnić. Pan mój, mając wielką a nagłą potrzebę pięćdziesięciu talentów, wyprawił mnie do wielmożnego pana, a nie wątpi, że mu je dasz bez zwłoki.
Lukullus.  La, la, la, la! — nie wątpi, powiada? Niestety! dobry to pan, wielkoduszny szlachcic, gdyby tylko tak wielkiego dworu nie prowadził! Nieraz, a nawet często obiadowałem u niego i napomykałem mu o tem. Ostatnią nawet razą przyjąłem zaproszenie na wieczerzę dlatego jedynie, żeby mu powiedzieć, aby mniej wydawał, ale ani chciał słuchać mojej rady i z odwiedzin moich korzystać. Każdy człowiek ma swoją wadę, a jego wadą była hojność. Mówiłem mu to, ale nie udało mi się go poprawić. (Wchodzi Sługa z winem).
Sługa.  Przynoszę wino, panie.
Lukullus.  Flaminiuszu, od dawna zmiarkowałem, że byłeś roztropnym człowiekiem. Twoje zdrowie!
Flamin.  Wielmożny pan zbyt łaskawy.
Lukullus.  Uważałem w tobie umysł zawsze giętki a bystry oddaję ci tylko sprawiedliwość — zdolny poznać, co rozsądne i korzystać z okoliczności, jeśli się okoliczność nadarzy: dobre to są przymioty. (Do Sługi). Oddal się, mopanku. (Sługa wychodzi). Zbliż się, uczciwy Flaminiuszu. Pan twój jest wspaniałomyślnym szlachcicem, ale ty masz rozum i wiesz doskonale, choć do mnie przychodzisz, że to nie pora pożyczania pieniędzy, zwłaszcza dla nagiej przyjaźni, bez żadnych rękojmi. Weź te trzy dukaty dla siebie, uczciwy chłopaku, przymruż trochę oczu i powiedz, że mnie w domu nie znalazłeś. Bądź zdrów!
Flamin.  Byćże to może, by świat tak się zmienił,
My jednak żyli, jak żyliśmy wprzódy?
Ha, ty przeklęty i podły metalu,
Leć do tych, którzy za boga cię mają!

(Rzuca pieniądze).

Lukullus.  Ha! widzę, żeś dureń i godny swojego pana.

(Wychodzi).

Flamin.  Niech się to złoto przyrzuci do masy,
W której, piekielnym roztopionej ogniem,
Będziesz się smażył, chorobo przyjaźni,
Nie przyjacielu, bo przyjaźni serce
Jestże tak słabe, tak łatwo topliwe,
By się w niecałych dwóch zmieniło dobach?
O, czuję pana mego oburzenie!
Nędznik ten jeszcze potrawy Tymona
W swym ma żołądku; czemu te potrawy
Mają się zmienić na pokarm dla niego,
Gdy on sam w czarną zmienił się truciznę?
Bodaj mu tylko przyniosły chorobę!
A kiedy śmierci nadejdzie godzina,
Bodaj żywotnych sił jego ta cząstka,
Za którą pan mój złotem swojem płacił,
Nie dała zdrowia, cierpień nie zmniejszyła,
Konania tylko męki przedłużyła! (Wychodzi).

SCENA II.
Plac publiczny.
(Wchodzi Lucyusz z trzema Cudzoziemcami).

Lucyusz.  Kto? Tymon? To mój najlepszy przyjaciel i szlachcic najzacniejszy.
1 Cudzoz.  Wiemy o tem bardzo dobrze, choć go nie znamy osobiście. Mogę ci jednak jedną rzecz powiedzieć, mój panie, o której dowiedziałem się ze słuchu; szczęśliwe godziny Tymona już się skończyły i przeminęły; majątek z rąk mu się wyślizga.
Lucyusz.  Nie, nie wierzę temu; nie braknie mu nigdy na pieniądzach.
2 Cudzoz.  Wierzaj jednak temu, panie, że niedawno jeden z jego dworzan udał się do Lukullusa z prośbą o pożyczenie, nie wiem, ilu talentów, ba! natrętnie nalegał i przedstawiał, w jak wielkiej pan jego był potrzebie; Lukullus mu jednak odmówił.
Lucyusz.  Co?
2 Cudzoz.  Odmówił mu, powtarzam.
Lucyusz.  Jak dziwne zdarzenie! Na Boga, rumienić się za niego. Odmówił temu honorowemu człowiekowi? To rzecz bardzo niehonorowa. Co do mnie, wyznaję, że odebrałem od niego drobne dowody uprzejmości, jak naprzykład: pieniądze, stołowe srebra, klejnoty i tym podobne bagatele, nic nieznaczące w porównaniu z tem, co dostał Lukullus, a przecie, gdyby go był pominął a do mnie się udał, nigdybym nie odmówił potrzebnych mu talentów. (Wchodzi Serwiliusz).
Serwil.  Patrz, co za szczęście! to on! Zapociłem się, szukając jego dostojności. (Do Lucyusza). Zacny mój panie —
Lucyusz.  Serwiliusz! Cieszę się z tego spotkania. Bądź zdrów! Poleć mnie twojemu zacnemu a cnotliwemu panu, mojemu najlepszemu przyjacielowi.
Serwil.  Z przeproszeniem waszej dostojności, pan mój przysyła —
Lucyusz.  Ha, co przysyła? Już mu tyle winienem, a on zawsze przysyła! Jak mu wdzięczność moją okazać? powiedz. A teraz, co przysyła?
Serwil.  Przysyła mnie tylko z naglącą prośbą, panie, abyś mu natychmiast pożyczył ile tu napisane talentów.
Lucyusz.  Widzę, że pan twój chce sobie żartować:
Choćby talentów nawet pięć tysięcy
Było mu trzeba, nietrudno to znajdzie. Serwil.  Tymczasem, panie, nie trzeba mu tyle.
Gdyby konieczność mniej była nagląca,
Nigdybym z takiem nie prosił natręctwem.
Lucyusz.  Więc to na seryo mówisz, Serwiliuszu?
Serwil.  Na duszę moją! szczerą tylko prawdę.
Lucyusz.  Co za głupie ze mnie bydlę, żem się do grosza wyszeptał właśnie w porę, w której miałbym sposobność honorowo sobie postąpić! Co za nieszczęśliwe zdarzenie, że wczoraj kupiłem drobny majątek, aby dziś wielki stracić honor! Serwiliuszu, Bóg widzi, nie mogę mu usłużyć, i tem większe ze mnie bydlę, powtarzam. Właśnie miałem zamiar sam posłać do Tymona z tą samą prośbą, biorę tych panów na świadków; ale teraz za wszystkie bogactwa Aten zrobićbym tego nie chciał. Poleć mnie uprzejmie twojemu dobremu panu. Spodziewam się, że nie będzie miał złej o mnie opinii, jeśli nie jestem w możności oddania mu tej usługi; powiedz mu ode mnie, iż uważam to za największą dla siebie boleść, że nie mogę zadosyćuczynić żądaniom tak honorowego szlachcica. Dobry Serwiliuszu, czy zechcesz oddać mi tę usługę i powtórzyć mu własne moje słowa?
Serwil.  Zrobię to, panie.
Lucyusz.  Wdzięczny ci za to będę, Serwiliuszu.

(Wychodzi Serwiliusz).

To prawda, widzę, z Tymonem jest krucho:
Źle tam, gdzie przyjaźń zaczyna być głuchą.

(Wychodzi).

1 Cudzoz.  Czy uważałeś?
2 Cudzoz.  Ach, zbyt tylko dobrze!
1 Cudzoz.  To świata zwyczaj; nie znajdziesz pochlebcy,
Któryby z innej lepiony był gliny.
Ktoby mógł swoim nazwać przyjacielem
Tego, co je z nim z jednego półmiska?
Toć, iłem słyszał, Tymon tego pana
Był jakby ojcem; ze swojej szkatuły
Popierał jego kredyt, płacił ludzi;
Lucyusz nie może wypić kropli wina,
By do ust sreber Tymona nie zbliżył,
A przecie — patrzcie, jak potworny człowiek,
Gdy w niewdzięcznika jawi się postaci, —
Odmawia teraz na jego żądanie,
Co miłosierny dałby żebrakowi.
3 Cudzoz.  Religia na to jęczy widowisko.
1 Cudzoz.  Ja, chociem nigdy nie widział Tymona,
Nigdy szczodroty jego nie doświadczył,
Bym się mógł liczyć do jego przyjaciół,
Przysięgam jednak, że dla jego cnoty,
Jego honoru, wspaniałomyślności,
Gdyby w potrzebie do mnie się był udał,
W majątku moim darbym jego widział

I lepszą jego zwrócił mu połowę;
W tak wielkiej cenie serce jego trzymam.
Litość nam w duszy dziś zgłuszyć wypada,
Bo dziś interes nad sumieniem włada. (Wychodzą).

SCENA III.
Pokój w domu Semproniusza.
(Wchodzą: Semproniusz i sługa Tymona).

Sempron.  Trzebaż koniecznie, aby przed innymi
Mnie najpierwszego sprawą tą kłopotał?
Mógł był probować Lukulla, Lucyusza;
Wentydyusz także dzisiaj jest bogaty;
Tymon go kiedyś z więzienia wykupił;
Wszyscy trzej swoją winni mu fortunę.
Sługa.  Niestety! pan mój wszystkich już próbował,
We wszystkich znalazł metal lichej próby:
Wszyscy odmowną dali mu odpowiedź.
Sempron.  Jakto, odmowną? Wentydyusz, Lukullus?
A teraz do mnie przysyła? hm, wszyscy!
To brak miłości lub rozsądku zdradza.
Więc mam ostatnią być jego ucieczką?
Trzej przyjaciele, jakby trzej doktorzy,
Już opuścili chorego trzykrotnie,
Teraz się jego podjąć mam kuracyi?
Twój pan mnie skrzywdził, ciężko mnie obraził;
Lepiej mógł wiedzieć, co mi się należy,
I nie pojmuję, dlaczego w potrzebie
Do mnie pierwszego udać się nie raczył.
Ja pierwszy jego otrzymałem dary,
A on tak licho jednak o mnie sądził,
Że mu ostatni wdzięczność mą pokażę?
Nie, nie chcę ludzi zostać pośmiewiskiem,
Między panami uchodzić za dudka.
Wolałbym raczej dać trzy razy tyle,
Byleby naprzód do mnie się był zgłosił;
Tak byłem chętny w pomoc mu pośpieszyć.

Idź, a do zimnej innych odpowiedzi
Dodaj i moją: kto honor mój plami,
Niechaj się żegna z mymi talentami (odchodzi).

Sługa.  Doskonale! Honorowy łotr z waszmości. Nie wiedział dyabeł, co robił, gdy lepił polityka; sam się zrujnował, bo jestem pewny, iż na tem się skończy, że swojem hultajstwem wybawi się człowiek z dyabelskiej niewoli. Co sobie kłopotu pan ten zadaje, żeby się hultajem pokazać! Do uczciwych udaje się wzorów, aby zostać hajdamaką, podobny do tych ludzi, którzy przez gorącą gorliwość gotowi całe królestwo podpalić. Takiej natury jest jego polityczna miłość! On twą ostatnią był nadzieją, panie.
Wszystko przepadło! lecz Bóg ci zostanie.
Drzwi, co przez długie pomyślności lata
Rygla nie znały, teraz po raz pierwszy
Wolności swego pana bronić muszą.
Taki to zwykle koniec rozrzutnika:
Nie zamknął kufra, drzwi teraz zamyka (wychodzi).

SCENA IV.
Przysionek w domu Tymona.
(Wchodzą: dwaj Słudzy Warrona, Sługa Lucyusza, Tytus, Hortensyusz i inni Słudzy wierzycieli Tymona, czekając na jego wyjście).

Sł. Warr.  Witaj, Tytusie, witaj Hortensyuszu!
Tytus.  Dobry Warronie, witam cię uprzejmie.
Hortens.  I Lucyusz? Co nas wszystkich tu sprowadza?
Sługa Luc.  Wszystkich, jak myślę, tenże sam interes.
Ja po pieniądze przychodzę.
Tytus.  My także.

(Wchodzi Filotus).

Sługa Luc.  Patrz i Filotus.
Filotus.  Wszystkim wam dzień dobry!
Sługa Luc.  Dzień dobry, bracie. A która godzina?
Filotus.  Blizko dziewiątej.
Sługa Luc.  Jakto, już tak późno?

Filotus.  Czyli się Tymon jeszcze nie pokazał?
Sługa Luc.  Nie.
Filotus.  To rzecz dziwna, bo wedle zwyczaju,
Już go o siódmej można było widzieć.
Sługa Luc.  Bo widzisz, krótsze są dni jego teraz.
Bieg marnotrawcy jest niby bieg słońca,
Tem tylko różny, że się nie odnawia;
Boję się, żeby w Tymona sakiewce
Głęboka zima dziś nie panowała,
To jest: że choćbyś dłoń wsunął głęboko,
Niewiele znajdziesz.
Filotus.  Bojaźń twoją dzielę.
Tytus.  Na dziwną sprawę zwracam waszą baczność.

(Do Hortensyusza)

Twój pan cię przysłał po pieniądze?
Hortens.  Zgadłeś.
Tytus.  A na swym palcu dar nosi Tymona,
Za który żądać przychodzę zapłaty.
Hortens.  Robię, co muszę.
Sługa Luc.  Każdy mi uwierzy,
Że Tymon płaci więcej, niż należy;
Boć to wygląda, jakby Tymonowi
Za te klejnoty twój pan płacić kazał,
Które sam nosi.
Hortens.  Bóg mi też jest świadkiem,
Że rozkaz pana z wielkim pełnię wstrętem.
Tymon lat tyle był mu dobrodziejem!
Niewdzięczny, gorzej dziś jest niż złodziejem.
1 Sł. War.  Po trzy tysiące koron ja przychodzę;
A ty, po ile?
Sługa Luc.  Ja po pięć tysięcy.
1 Sł. War.  Wielka to suma, a biorąc z niej miarę,
Twój pan mu więcej, niżeli mój ufał;
Inaczej kredyt z dwóch stron byłby równy.

(Wchodzi Flaminiusz).

Tytus.  Jeden z dworzan Tymona.
Sługa Luc.  Flaminiuszu, panie, jedno słowo. Powiedz, proszę, czy Tymon gotowy jest nas przyjąć?
Flamin.  Nie, wierzaj mi, nie gotowy.
Tytus.  Czekamy na jego dostojność; proszę cię, racz mu to powiedzieć.
Flamin.  Nie potrzebuję mu tego mówić; wie on dobrze, że zbyt tylko wielka wasza gorliwość.

(Wychodzi Flaminiusz, wchodzi Flawiusz zakapturzony).

Sługa Luc.  Czy to nie jego intendent w kapturze?
Idzie jak mglistą owinięty chmurą.
Wołaj go.
Tytus.  Panie, czy słyszysz?
2 Sł. War.  Mój Panie —
Flawiusz.  Czego żądacie, moi przyjaciele?
Tytus.  Czekamy, panie, na pewne pieniądze.
Flawiusz.  O, gdyby pewne tak były pieniądze,
Jak jest czekanie, dobrzeby to było.
Czemuście wtedy nie przyszli z rachunkiem,
Kiedy panowie wasi przeniewierni
U stołu pana mego zajadali?
Lecz oni wtedy z łaszącym uśmiechem
Łykali chciwie długów swoich procent.
Marny wasz kłopot; puśccie mnie spokojnie,
Bo nic już niema, wierzcie mej przysiędze,
Coby pan trwonił, a ja stawiał w księdze.
Sługa Luc.  Taka odpowiedź wcale nie posłuży.
Flawiusz.  Gdy nie posłuży, to mniej od was podła,
Bo wy hultajom służycie (wychodzi).

1 Sł. War.  Co tam pod nosem mruczy ten abszytowany mopanek?
2 Sł. War.  Mniejsza o to; on teraz biedny, to dostateczną dla nas zemstą. Kto może śmielej mówić niż ten, co nie ma domu, w którymby złożył swoją głowę? Takiemu wolno wygadywać na kamienice. (Wchodzi Serwiliusz).
Tytus.  Otóż i Serwiliusz; teraz przynajmniej dostaniemy jaką odpowiedź.
Serwil.  Gdybyście raczyli, panowie, wrócić inną razą, nieskończoną oddalibyście mi usługę, bo, na moją duszę, pan mój dziwnie teraz pochopny do złego humoru. Odbiegło go dawne umiarkowanie; chory jest prócz tego i nie wychodzi z komnaty.
Sługa Luc.  Nie każdy chory, co siedzi w komnacie:
A jeśli prawda, że tak z nim jest krucho,
To winien długi swe tem spieszniej spłacić,
By mu do bogów lżejsza była podróż.
Serwil.  Boże!
Tytus.  Odpowiedź ta niedostateczna.
Flamin.  (za sceną). O, panie, panie! Ratuj, Serwiliuszu!

(Wbiega Tymon z wściekłością, za nim Flaminiusz).

Tymon.  Co? drzwi me własne przede mną zamknięte?
Ja, zawsze wolny, mam dziś, w własnym domu
Zamurowany jak w więzieniu siedzieć?
Czy nawet miejsce, w którem ucztowałem,
Jak ludzie, serce żelazne ma dla mnie?
Sługa Luc.  Zagadnij do niego, Tytusie.
Tytus.  Wielmożny panie, oto mój rachunek.
Sługa Luc.  A to mój.
Sł. Hort.  I mój, wielmożny panie.
Obaj Słudzy  Warrona. I nasz, wielmożny panie.
Filotus.  Wszystkie nasze kwity.
Tymon.  Lepiej odrazu skwitujcie mnie z życia.
Sługa Luc.  Niestety! wielmożny panie.
Tymon.  Pokrajcie serce moje na talarki.
Tytus.  Pięćdziesiąt talentów, wielmożny panie.
Tymon.  Zapłać sobie krwią moją.
Sługa Luc.  Pięć tysięcy koron, wielmożny panie.
Tymon.  Weź pięć tysięcy kropli — będzie kwita.
A tobie ile? a ile znów tobie?
1 Sł. War.  Jaśnie panie —
2 Sł. War.  Jaśnie panie —
Tymon.  Bierzcie mnie, drzyjcie, a niech Bóg was skarze!

(Wychodzi).

Hortens.  Widzę, na uczciwość, że nasi panowie mogą się pożegnać z pieniędzmi. Długi te można nazwać śmiało desperackimi, bo je winien desperat.

(Wychodzą. — Wracają: Tymon i Flawiusz).

Tymon.  Nędzniki! oddech mi zatamowali.

O, wierzyciele! dyabły!
Flawiusz.  Drogi panie —
Tymon.  A gdybym jednak tak zrobił?
Flawiusz.  Mój panie —
Tymon.  Zrobię tak. — Hola! gdzie jest mój intendent?
Flawiusz.  Jestem.
Tymon.  Więc śpiesz się; sproś mi tu natychmiast
Wszystkich: Lukulla, Semproniusza, wszystkich.
Raz jeszcze łotrów tych chcę uczęstować.
Flawiusz.  Panie mój, mówisz w duszy obłąkaniu;
Co mamy w domu, nie wystarczy nawet
Na zapłacenie skromnego obiadu.
Tymon.  Nie troszcz się o to; masz moje rozkazy;
Raz jeszcze całą bandę sproś tu żwawo;
Reszta jest moją i kucharza sprawą. (Wychodzą).

SCENA V.
Izba senatorska.
(Senat zebrany. — Wchodzi Alcybiades z Orszakiem).

1 Senator.  Zdanie to dzielę; czyn godny jest śmierci;
Przestępca musi gardłem go zapłacić.
Niewczesna litość grzechy tylko płodzi.
2 Senator.  Prawda; niech prawo skruszy winowajcę.
Alcybiad.  Cześć senatowi, zdrowie, miłosierdzie!
1 Senator.   Po co przychodzisz, dzielny naczelniku?
Alcybiad.  Przychodzę z prośbą pokorną, senacie;
Wszak litość prawa najpierwszą jest cnotą,
Tyran je tylko srogo wykonywa.
Zbieg niefortunnych wypadków przycisnął
Żelazną ręką mego przyjaciela,
Który, gorącej krwi podszeptem gnany.
Rzucił się w prawa przepaść niezgłębioną
Dla nieprzezornych; był to jednak człowiek —
Gdyby niejeden fatalny uczynek —
Dotąd cnót wszystkich ozdobiony wieńcem.
W tym nawet czynie nie było podłości.

I to go względom senatu zaleca;
Bo uniesiony szlachetnych dusz gniewem,
Widząc splamione swoje dobre imię,
Dopiero wtedy na wroga się rzucił,
Gdy zużył wszystkie skarby cierpliwości,
Długie godziny słuchając bez wstrętu
Czarnych potwarzy jakby argumentu.
1 Senator.  Paradoksalnem chcesz rozumowaniem
Szpetny uczynek przemienić na piękny.
Wypracowanych słów twoich zadaniem
Na wysokościach mordercę postawić,
I kłótliwości dać męstwa znamiona,
Choć ona tylko męstwa jest bękartem,
A przyszła na świat z sektarstwem i fakcyą.
Tylko ten słusznie mężnym zwać się może,
Co cierpi ludzkich języków złość wszelką,
Wszelką obrazę obojętnie nosi
Na zewnątrz, jakby zwyczajne odzienie,
Ale do głębi duszy jej nie wpuszcza,
By mu nie była występku podszeptem.
Gdy krzywda złem jest i każe mordować,
Szaleństwem, życie dla zła ryzykować.
Alcybiad.  Panie —
1 Senator.  Daremno grzech zmienić chcesz w cnotę:
Nie mści się mężny, lecz znosi sromotę.
Alcybiad.  Więc mi przebaczcie, dostojni panowie,
Jeśli jak żołnierz mówić teraz będę:
Więc jest szalonym, kto na wojnę idzie,
A gróźb nie słucha z mądrą cierpliwością,
Nieprzyjaciołom, drzymiąc, nie pozwala
Poderżnąć sobie gardła bez oporu.
Jeżeli znosić, znamieniem jest męstwa,
Po co z orężem wybiegać za mury?
Gdy cierpliwości należy się palma,
Nasze kobiety od nas waleczniejsze,
A osieł lepszym od lwa wojownikiem.
Jeżeli znosić jest mądrości znakiem,
Zbrodniarz w kajdanach mędrszy jest od sędzi.

Niech dobroć wasza dorówna wielkości:
Kto nie potępi gwałtu bez krewkości?
Zabić jest zbrodnią; czynność jednak krwawą
W własnej obronie uniewinnia prawo.
Wszak gniew jest grzechem, kto jednak, panowie,
„Nie znałem grzechu“ bez kłamstwa nam powie?
2 Senator.  Daremne słowa.
Alcybiad.  Służba jego przecie
W lacedemońskiej i bizanckiej wojnie
Na okup teraz winna mu posłużyć.
1 Senator.  Cóż to za służba?
Alcybiad.  Uczciwa i wielka.
Powalił szablą niejednego wroga,
A sam niejedną w boju odniósł ranę.
2 Senator.  Przyniósł też za to i łupów dostatkiem.
Zawsze niesforny, często rozum topi,
I męstwo kufla robi niewolnikiem.
Gdyby nie było innych nieprzyjaciół,
Ten jeden starczy, by go z nóg obalić;
Nieraz, bydlęcą rozgrzany wściekłością,
Szuka zaczepki, gotowy na wszystko.
Naszem więc zdaniem, hańbą jego życie,
A niebezpieczne miastu jego picie.
1 Senator.  Umrze!
Alcybiad.  Los twardy. Czemuż w boju nie legł!
Panowie, jeśli nie dla jego zasług —
Chociaż dłoń jego sama dość bogata,
Aby u innych długu nie zaciągnąć —
Raczcie do usług jego moje przydać,
A skoro wiek wasz, wiem, lubi rękojmię,
W zakład wam daję me zwycięstwa, honor,
Za jego dobre na przyszłość postępki.
Jeśli na koniec jego śmierć konieczna,
Niech w boju umrze, niech surowość prawa
Zastąpi wojna surowa i krwawa.
1 Senator.  Co prawo każe, spełnione być musi;
Jeśli więc nie chcesz obrazić senatu,
Przestać nalegać, skończ daremne prośby.

Ni przyjaciela ni prawo zna brata:
Krew krwi wylanej jedyna zaplata.
Alcybiad.  Byćże to może? Nie, nie, tak nie będzie.
Senatorowie, nie wiecież, kto jestem?
2 Senator.  Co?
Alcybiad.  Raczcie sobie przypomnieć, kto jestem.
3 Senator.  Co mówisz?
Alcybiad.  Jestem zmuszony przypuścić,
Ze wiek podeszły pamięć wam odebrał;
Inaczej trudno, bym tak mało ważył,
Bym was bez skutku błagał o drobnostkę.
Wy stare moje odświeżacie rany.
1 Senator.  Gniew nasz, bez drżenia, rozbudzasz, szalony?
Ma on słów mało, lecz ramię potężne:
Jesteś na wieczne skazany wygnanie.
Alcybiad.  Kto? ja? Wygońcie wasze niedołęstwo,
Wasze lichwiarstwo, które szpeci senat.
1 Senator.  Jeśli powtórnie ujrzy cię tu słońce,
Surowszy wyrok zapadnie na ciebie.
Aby od razu skończyć z winowajcą,
Niech go natychmiast na śmierć poprowadzą.

(Wychodzą Senatorowie).

Alcybiad.  Niech starość waszą tyle Bóg przeciągnie,
Że suche tylko zostaną wam kości,
Od których ludzie z wstrętem się odwrócą!
Wściekłość mną miota. Wroga odganiałem,
Gdy oni swoje liczyli procenta
I kapitały na lichwę dawali.
Jam tylko w ciężkie zbogacił się rany,
Teraz w nagrodę dostałem wygnanie;
Takiż to balsam ten lichwiarzy senat
Na swego wodza żywe rany leje?
Wygnany! dobrze, przyjmuję wygnanie,
Godny to powód, by mą wściekłość zbudzić,
Usprawiedliwić cios przeciw Atenom.
Serca niechętnych żołnierzy podpalę;
Z silniejszym walczyć, chwałą dla tułacza:
Żołnierz, jak bogi, krzywdy nie przebacza (wychodzi).

SCENA VI.
Wspaniała sala w domu Tymona.
(Muzyka. — Stoły zastawione. — Służba. — Przez różne drzwi wchodzą Panowie).

1 Pan.  Dzień dobry ci, panie.
2 Pan.  Przyjmij ode mnie to samo życzenie. Jak się zdaje, pan ten dostojny wziął nas tylko na próbę ostatnią razą.
1 Pan.  O tem właśnie rozmyślałem w chwili naszego spotkania. Nie sądzę, aby tale źle z nim było, jak utrzymywał pozornie, aby doświadczyć kilku przyjaciół.
2 Pan.  Że tak źle nie jest, najlepiej dowodzi nowa jego uczta.
1 Pan.  Tak sądzę. Przysłał mi naglące zaproszenie; ważne interesa zmusiły mnie do dania mu odmownej odpowiedzi; lecz nowe jego zaklęcia przemogły nad moimi interesami, i niepodobna było odmówić.
2 Pan.  I ja także bez skutku broniłem się ważnością moich zatrudnień; ani chciał słuchać moich wymówek. Przykro mi, że właśnie, gdy przysłał do mnie z prośbą o pożyczkę, wszystkie moje zapasy były wyczerpane.
1 Pan.  I mnie ta sama myśl dręczy, zwłaszcza, gdy widzę, jaki obrót wzięły rzeczy.
2 Pan.  Wszyscy w takiem samem znajdują się położeniu. Ile żądał od ciebie?
1 Pan.  Tysiąc dukatów.
2 Pan.  Tysiąc dukatów!
1 Pan.  A od ciebie?
2 Pan.  Do mnie przysłał po — ale otóż nadchodzi.

(Wchodzi Tymon z Orszakiem).

Tymon.  Witam was serdecznie, mości panowie, jak się macie?
1 Pan.  Jak najlepiej, skorośmy dobre od ciebie otrzymali wiadomości.
2 Pan.  Jaskółka nie leci chętniej za latem, niż my za tobą, panie.
Tymon  (na stronie). Ani chętniej ucieka przed zimą; tak wędrownym ptakiem jest człowiek. (Głośno). Panowie, obiad nie zapłaci wam długiego czekania, tymczasem raczcie przynajmniej muzyką wasze uszy, byle odgłos trąby nie był za szorstką dla nich potrawą. Wkrótce wszystko będzie gotowe.
1 Pan.  Spodziewam się, panie, iż się na mnie nie gniewasz, że odprawiłem twojego posłańca z prożnemi rękami.
Tymon.  O, niech cię głowa o to nie boli.
2 Pan.  Szlachetny panie —
Tymon.  Ach, mój dobry przyjacielu, jakże zdrowie?

(Wnoszą ucztę).

2 Pan.  Rumienię się od wstydu, że kiedy ostatnią razą przysłać do mnie raczyłeś, byłem tak nieszczęśliwym żebrakiem.
Tymon.  Zapomnij o tem, panie.
2 Pan.  Gdybyś był przysłał tylko dwie godziny wcześniej —
Tymon.  Niech cię myśl ta nie kłopocze. Dalej, wnieście wszystko razem.
2 Pan.  Wszystkie półmiski przykryte.
1 Pan.  Prawdziwy królewski bankiet.
2 Pan.  Możesz rachować na wszystko, co w tej porze roku za pieniądze można dostać.
1 Pan.  Jak się macie? Co za nowiny?
3 Pan.  Alcybiades wygnany. Czy słyszałeś o tem?
1 i 2 Pan.  Alcybiades wygnany?
3 Pan.  Tak jest, możecie mi wierzyć.
1 Pan.  Jakto? jakto?
2 Pan.  A za co, proszę?
Tymon.  Zacni moi panowie, raczcie się przybliżyć.
3 Pan.  Wkrótce opowiem ci szczegóły; ale teraz wspaniała uczta na nas woła.
2 Pan.  Zawsze po staremu.
3 Pan.  Tylko, czy to długo potrwa? czy to długo potrwa?
2 Pan.  Trwa dotąd — ale z czasem — być może —
3 Pan.  Rozumiem.
Tymon.  Zasiadajcie, proszę, a każdy z takim ogniem, z jakimby się przysuwał do ust swojej kochanki. Wszędzie te same zastawione potrawy. Tylko nie róbcie z naszej uczty miejskiego bankietu; nie pozwólcie, żeby ostygły potrawy, nim się zgodzimy, kto pierwszy zajmie miejsce. Siadajcie! siadajcie! Tylko zacznijmy od bogów. Wy, potężni dobrodzieje, ześlijcie rosę wdzięczności na nasze zebranie. Rozlewajcie wasze dary, aby dziękowali wam ludzie; ale zatrzymajcie zawsze cząstkę na później, jeśli nie chcecie, żeby wasze bóstwo było pogardzone. Pożyczcie każdemu co trzeba, żeby nie musiał pożyczać u drugich; bo gdyby waszemu nawet bóstwu przyszło pożyczać u ludzi, ludzie wyparliby się bogów. Sprawcie, żeby uczta była ucztującym droższą od traktującego. Nie dozwólcie, aby tam, gdzie się zebrało piętnastu, nie było mędla hultajów; a jeśli dwanaście kobiet zasiądzie do stołu, sprawcie, żeby ich tuzin był — czem już jest teraz. Niech gniew wasz dotknie, o bogi, senatorów ateńskich z całą kliką pospolitego ludu; niech własne ich wady posłużą do ich ruiny; a co do tu przytomnych moich przyjaciół, jak niczem są dla mnie, tak nie błogosławcie im w niczem, i ja też na nic ich zaprosiłem. Odkryjcie, kundle, i chłepczcie!

(Półmiski odkryte są napełnione gorącą wodą).

Kilku.  Jaka myśl jego dostojności?
Kilku innych.  Nie pojmuję.
Tymon.  Bodaj z was żaden, gębni przyjaciele,
Nigdy do lepszej nie zasiadł biesiady!
Naturą waszą dym i ciepła woda.
To pożegnanie Tymona ostatnie;
Umorusany pochlebstw waszych brudem,
Zmywa go teraz i na twarz wam pluska
Podłością waszą dymiące pomyje.

(Pluska im wodą na twarz).

Żyjcie w pogardzie, długo, pasożyty,
Z wiecznym uśmiechem na nikczemnej twarzy,
Uprzejme wilki, dworne rozbójniki,
Wy letnie muchy, łagodne niedźwiedzie,
Błazny fortuny, wierni przyjaciele
Pełnych półmisków, czapki niewolnicy,

Smrodne wyziewy i minut skazówki!
Wszystkie choroby bydląt i człowieka
Niech swą skorupą ciała wam powleką!
Co? już odchodzisz? Więc na pożegnanie
Weź to lekarstwo i ty, i ty, panie!

(Rzuca na nich półmiski i wygania).

Czekaj! chcę dać ci, a nie chcę pożyczać.
Wszyscy zmiatają! Odtąd zawsze, wszędzie
Łotr tylko niechaj gościem uczty będzie!
Spal się mój domie! a niechaj Ateny
W ziemię zapadną! Tymon dziś ślubuje
Wieczną nienawiść ludziom i ludzkości.

(Wychodzi. — Wracają Panowie z Senatorami).

1 Pan.  Co o tem wszystkiem myślicie, panowie?
2 Pan.  Jak nazwać to szaleństwo Tymona?
3 Pan.  Uh! czy nie widziałeś mojej czapki?
4 Pan.  Płaszcz mój zgubiłem.
3 Pan.  Pan ten oszalał i nie słucha tylko swoich przywidzeń. Dał mi niedawno klejnot, a teraz odtrącił go od mojego kapelusza. Czy nie widziałeś mojego klejnotu?
4 Pan.  A ty czy nie widziałeś mojej czapki?
2 Pan.  Tam leży.
4 Pan.  A tu widzę płaszcz mój.
1 Pan.  Nie traćmy czasu!
2 Pan.  Tymon zwaryował!
3 Pan.  Wiedzą coś o tem biedne me golenie.
4 Pan.  Dawał brylanty, dziś daje kamienie. (Wychodzą).




AKT CZWARTY.
SCENA I.
Za murami Aten.
(Wchodzi Tymon).

Tymon.  Niech raz cię jeszcze zobaczę. O, murze,
Który twym pasem otoczyłeś wilki,

Zapadnij w ziemię! nie broń dłużej Aten!
Na kortezany zmieńcie się, matrony!
Przeciw rodzicom podnieście bunt, dzieci!
Szalona tłuszczo głupich niewolników,
Poważnych starców wygoń z ław senatu,
I rządź na przyszłość rzecząpospolitą!
Młode dziewice, w kałużę rozpusty
Rzućcie się wszystkie pod matek oczyma!
Zamiast dług spłacać, weźcie nóż, bankruty,
I wierzycieli poderżnijcie gardła!
Okradaj pana, kupny niewolniku!
Twój pan złodziejem na wielką jest skalę,
Prawnie rabuje. Do pańskiego łoża
Idź, służebnico: pani twa z zamtuza.
Szesnastoletni synu, wydrzej z ręki
Starego ojca watowaną kulę,
Strzaskaj mu czaszkę! Pobożność, skrupuły,
Religia, pokój, sprawiedliwość, prawda,
Domowe względy, sen w nocy spokojny,
Dobry obyczaj, nauka, rzemiosła.
Porządek stanów, prawa i zwyczaje,
Wszystko niech zginie! chaos rządzi światem!
A wy, choroby, dziedzictwo ludzkości,
Wyrzućcie wszystkie zaraźliwe febry
Na lud Ateński, już dla was dojrzały!
Zimna scyatyko, ochrom senatorów,
Niech mają nogi koślawe jak dusze!
Wsuń się, rozpusto, w myśl i szpik młodzieży,
Przeciw nurtowi cnoty niechaj płyną,
Utoną w zbytkach! Wy, świerzbo i krosty,
W krwi Ateńczyków ziarno siejcie wasze,
Niech żniwem wszystkich jedynem trąd będzie!
Tchu, dech zarażaj! Niech ich towarzystwo
Tylko trucizną będzie jak ich przyjaźń!
Nic nie uniosę z ciebie prócz nagości,
Obrzydłe miasto! Daję ci w zapłatę
Mojo przekleństwo! Tymon w las się chowa,
W najdzikszych zwierzach, do których ucieka,

Więcej litości znajdzie niż u człeka.
Ciebie zaś błagam, Jowiszu, twe strzały
Niech skruszą na proch Ateński lud cały!
W Tymona piersiach niechaj rośnie z wiekiem
Wstręt do wszystkiego, co się zwie człowiekiem.
Amen (wychodzi).

SCENA II.
Ateny. Pokój w domu Tymona.
(Wchodzi Flawiusz z dwoma lub trzema Sługami).

1 Sługa.  Gdzie pan? Jesteśmyż naprawdę zgubieni?
Wygnani z domu? Nic nam nie zostało?
Flawiusz.  Cóż wam powiedzieć mogę, przyjaciele?
Bóg mi jest świadkiem, jak wy, jestem biedny.
1 Sługa.  Taki dom pusty! i pan tak szlachetny
Dziś zrujnowany! Czyliż się nie znalazł
Jeden przyjaciel, coby wziął za rękę
Fortunę jego i w świat się z nim puścił?
2 Sługa.  Jak odwracamy oczy od kolegi
W grób rzuconego, tak się odwracają
Od pogrzebanej jego dziś fortuny
Wprzód nieodstępni jego towarzysze,
Czcze mu życzenia, jak pustą sakiewkę,
Na pożegnanie tylko zostawiając;
A on, ubogi, wszystkich burz igraszka,
Z nędzą, jedyną swoją towarzyszką,
Której jak dżumy świat cały unika,
Błąka się teraz wzgardzony, samotny.
Otóż i reszta. (Wchodzą inni Słudzy).
Flawiusz.  Strzaskane narzędzia
Zrujnowanego domu!
3 Sługa.  Serca nasze
Jeszcze Tymona wiernie noszą barwę,
I to na twarzach czytać mogę waszych:
Jesteśmy zawsze na służbie strapienia.
Lecz barka cieknie, a my, biedne majtki,

Już na tonącym stoimy pokładzie,
Szum wichrów słyszym, które nas rozgonią
Po nieskończonym oceanie życia.
Flawiusz.  Moim ostatkiem rozdzielę się z wami;
A gdziebądźkolwiek spotkamy się znowu,
Tymona pamięć przyjaźń koleżeńską
Niech w nas zachowa; potrząsając głową,
Jakby na jego fortuny pogrzebie,
Powiedzmy; „lepsze widzieliśmy czasy“.
Nadstawcie ręce, każdy coś dostanie.

(Rozdaje im pieniądze).

Ni słowa więcej: żegnam was jak braci,
Idziem ubodzy, lecz w smutek bogaci.

(Wychodzą Sługi).

Ach, ileż cierpień chwała nam przynosi!
I któżby nie chciał bogactwa się wyrzec,
Co go prowadzi do nędzy i wzgardy?
Ktoby zwodniczej pragnął jeszcze chwały,
Życia, gdzie przyjaźń jest tylko marzeniem?
Ktoby przepychu chciał malowanego
I malowanych jak on przyjacieli?
Biedny mój panie, zgubą twoją było
Dobre twe serce. O, jak rzadki człowiek,
Którego głównym grzechem zbytnia dobroć!
Ktoby śmiał teraz być na pół tak dobrym,
Gdy właśnie dobroć, która tworzy bóstwo,
Pędzi człowieka w boleść i ubóstwo?
Błogosławiony byłeś, drogi panie,
Abyś przekleństwo uczuł tem boleśniej,
Bogaty, żebyś nędzę lepiej poznał;
Twoja fortuna cierpień twych sprawczynią.
Biedny! Siedlisko potwornych przyjaciół
Z wściekłością rzucił, nic z sobą nie uniósł,
Czemby potrzeby życia zaspokoić.
Pośpieszę za nim, może go wynajdę.
Jakem mu dotąd służył wiernie, długo,
Póki mam szeląg, będę jego sługą.

(Wychodzi).
SCENA III.
Las.
(Wchodzi Tymon).

Tymon.  O, święte słońce, wszystkiego rodzicu,
Pij zgniłą wilgoć z ziemi oparzelisk!
Zatruj powietrze pod siostry twej sferą!
Z jednego łona zrodzonym bliźniętom,
Razem poczętym i razem powitym,
Daj tylko później odmienną fortunę:
Wyższy z pogardą niższego odepchnie.
Stworzenie, wszystkich niedołęstw siedlisko,
Wielkiej fortuny posiadać nie może,
Żeby stworzeniem innem nie gardziło.
Wynieś żebraka, obal senatora,
Senator znajdzie dziedziczną pogardę,
A na żebraka czekają honory;
Jeden wypycha boki dobrą paszą,
Boki drugiego chudną w niedostatku.
Kto się odważy z ręką na sumieniu
Wstać i powiedzieć: „Ten człek jest pochlebcą?“
Jeśli pochlebcą jeden jest, są wszyscy.
Bo każdy szczebel w drabinie fortuny
Od wszystkich niższych pokłony odbiera;
Mędrzec czapkuje przed złoconym głupcem.
Wszystko to krzywe, nic nie stoi prosto
W naszej przeklętej człowieczej naturze,
Nic, prócz łotrostwa. Brzydzę się też wami
Święta, zebrania, ludzkie zbiegowiska!
Tymon się brzydzi podobnymi sobie
I sobą samym! Niech zginie ród ludzki!
Ty, ziemio, daj mi trochę twych korzonków (kopie).
Tych, co od ciebie zażądają więcej,
Pochleb językom zjadliwą trucizną!
Cóż to jest? złoto? żółte i świecące,
Kosztowne złoto? Modłym me zanosił
Nie o to, Boże, ale o korzonki.

Toć odrobina tego zmienić zdolna
Czarne na białe, szpetne na urodne,
A złe na dobre, podłe na szlachetne,
Starość na młodość, tchórza na rycerza.
Na co to, bogi? To zdolne odciągnąć
Kapłanów waszych od waszych ołtarzy,
Wyrwać poduszkę z pod głów zdrowych ludzi[3].
Złoty niewolnik ten wiąże i zrywa
Ludzkie przysięgi, przeklętych poświęca,
Każe ubóstwiać hydną trędowatość,
Złodziejom daje godność i pokłony,
Na senatorskiej ławie ich osadza,
Płaczącą wdowę w nowe stadło wiedzie;
Tej, którą nawet szpital trędowatych
Od drzwiby swoich odepchnął ze wstrętem,
Wdzięk i woń daje wiosennego ranka.
Przeklęty prochu, świata wszetecznico,
Ziarno niezgody między narodami,
Znajdę ci miejsce natury twej godne.

(Marsz w odległości).

Co słyszę? bęben? — Potężny złodzieju,
Choć jesteś żywy, tam ja cię pogrzebię,
Gdzie twoich stróżów podagryczne nogi
Zajść nie potrafią. Tylko na zadatek
Tę drobną cząstkę zatrzymam przy sobie.

( Zatrzymuje część złota. — Wchodzą: Alcybiades w wojennych przyborach, przy odgłosie bębnów i piszczałek, Frynia i Tymandra).

Alcybiad.  Kto jesteś?
Tymon.  Bydlę podobne do ciebie.
Bodaj rak serce twe roztoczył za to,
Żeś mi raz znowu twarz ludzką pokazał!
Alcybiad.  Jakie twe imię? Jak możesz do tyla,
Sam będąc człekiem, ludzi nienawidzić?
Tymon.  Jestem mizantrop; brzydzę się ludzkością,
A co do ciebie, pragnę, byś psem został,

Bym cię mógł kochać trochę.
Alcybiad.  Znam cię dobrze,
Lecz nie znam przemian twojego żywota.
Tymon.  Ja znam cię także i dlatego więcej
Znać cię nie pragnę. Idź za twoim bębnem,
Krwią ludzką ziemię pomaluj czerwono!
Cywilne prawa i święte honory
Już są okrutne, czemże wojna będzie?
Ta przy twym boku sroga nierządnica,
Mimo anielskiej twarzy swojej, sieje
Więcej zniszczenia od twojego miecza.
Frynia.  Bodaj twe usta zgniły!
Tymon.  Nie mam chęci
Ust twych całować; niechże więc zgnilizna
Do ust twych wróci.
Alcybiad.  Jakich zdarzeń sprawą
Tak się mógł Tymon przemienić?
Tymon.  Jak księżyc;
Brakło mi światła, bym je mógł rozdawać;
Lecz się odnowić jak księżyc nie mogłem,
Bo słońc nie było pożyczyć mi zdolnych.
Alcybiad.  Szlachetny Tymonie, jaką mogę oddać ci usługę?
Tymon.  Żadnej; stwierdź tylko dobitniej moje przekonanie.
Alcybiad.  Jakie, Tymonie?

Tymon.  Przyrzecz mi przyjaźń, a nie dotrzymaj. Jeśli mi nie przyrzeczesz, niech cię skarżą bogi, bo jesteś człowiekiem! a jeśli dotrzymasz, niech cię skarżą, bo jesteś człowiekiem!

Alcybiad.  Słyszałem trochę o twoich przygodach.
Tymon.  Byłeś ich świadkiem, gdy żyłem w dostatkach.
Alcybiad.  Widzę je teraz, wtedy był czas błogi.
Tymon.  Jak twój jest dzisiaj w objęciach nierządnic.
Tymandra.  Toćże jest Tymon, Aten ulubieniec
A świata dziwo?
Tymon.  Toćże jest Tymandra?
Tymandra.  Tak jest.
Tymon.  Więc prowadź dalej twe rzemiosło,
Z twoich kochanków żaden cię nie kocha;

Za daną rozkosz zapiać im chorobą,
Użyj lat młodych; twoich niewolników
Poślij gromadą do łaźni i wanny,
Wskaż na post młodzież o różanych licach.
Tymandra.  Na szubienicę z tobą, potworo!
Alcybiad.  Tymandro,
Przebacz mu, proszę, rozum bowiem jego
Przepadł, utonął w nieszczęść jego morzu.
Dobry Tymonie, niewiele mam złota
I brak ten ciągłych buntów jest przyczyną
W mej głodnej armii. Słyszałem z boleścią,
Że te przeklęte Ateny, niepomne
Twych wielkich czynów, gdy sąsiednie państwa,
Gdyby nie miecz twój, byłyby je zgniotły. —
Tymon.  Każ bić twym bębnom i ciągnij, gdzieś zmierzał.
Alcybiad.  Jak przyjaciela, żal mi cię, Tymonie.
Tymon.  Dziwny to żal jest przyjaciela dręczyć.
Pragnę sam zostać.
Alcybiad.  Więc na pożegnanie
Przyjmij to złoto.
Tymon.  Zatrzymaj je, proszę:
Jeść go nie mogę.
Alcybiad.  Gdy zburzę Ateny,
Na stosach gruzów —
Tymon.  Toczysz z nimi wojnę?
Alcybiad.  A mam powody.
Tymon.  Niech Bóg ich zagładzi
Twojem zwycięstwem! ciebie po zwycięstwie!
Alcybiad.  Za co, Tymonie?
Tymon.  Że się urodziłeś,
Mordując łotrów, ojczyznę twą podbić;
Schowaj twe złoto — idź, idź — weź to złoto —
Bądź jak płanetna zaraza, gdy Jowisz
Nad grzesznem miastem truciznę zawiesi
W zgniłem powietrzu. W pień wszystko wycinaj!
Starca dla siwej nie oszczędzaj brody,
Bo to jest lichwiarz; ni fałszywych matron,
Szaty ich tylko uczciwe, a wewnątrz

Są to rajfurki; niech lica dziewicy
Nie tępią ostrza twojego oręża;
Pierś jej łabędzia, przez sznurówki wstęgi
Swym blaskiem oczy ślepiąca łakome,
Nie zapisana do księgi litości;
Jak obrzydliwy zdrajczynię ją zabij;
Nie szczędź niemowląt, których słodki uśmiech
Obudzą litość w głupich tylko duszach,
To są bękarty, przez ciemną wyrocznię
Skazane, żeby gardło ci poderżnąć;
Bez miłosierdzia siecz je na kawałki,
Włóż na twe oczy i na uszy zbroję,
Którejby hartu przeszyć nie zdołały
Krzyki niemowląt i dziewic i matek,
Ni ubiór świętych kapłanów w ornatach
Od krwi czerwonych. Na żołd jurgieltników
Daję ci złoto. Siej śmierć i pożogę!
A gdy swą zemstę nasycisz — przepadnij!
Idź, nie mów do mnie.
Alcybiad.  Czy masz więcej złota?
Zabiorę wszystko, choć nie wszystkie rady.
Tymon.  Zabierz lub odrzuć; niech niebo cię przeklnie!
Frynia  i Tymandra. Dobry Tymonie, daj nam trochę złota!
Czy masz go więcej?
Tymon.  Więcej, niźli trzeba,
By nierządnice wszystkie się wyrzekły
Swego rzemiosła, rajfurki przysięgły,
Że fabrykować nie będą wszetecznic.
Nie myślę od was wymagać przysięgi,
Choć do przysięgi, wiem, żeście gotowe,
Przysięgi strasznej, na którą w niebiosach
Na tronach swoich bogi zdolne zadrżeć;
Lecz przysiąg sobie oszczędźcie na teraz,
Popędom waszym ufam dostatecznie;
Zostańcie wierne waszemu rzemiosłu,
Jeśli pobożny zechce was nawracać,
Waszą go sztuką przywabcie i spalcie,
Niechaj wasz ogień dym jego przemoże;

Lecz zawsze bądźcie samym sobie wierne.
Dajcie na strzechę nagim waszym czaszkom
Włosy umarłych, choćby i wisielców,
To mniejsza; niechaj pomogą wam zdradzać,
Frymarczyć ciałem; nie szczędźcie bielidła,
Żeby w tem błocie koń mógł nawet ugrząść.
Do dyabła marszczki!
Frynia  i Tymandra.Brawo! więcej złota!
Co dalej! Wierzaj, Tymonie, za złoto
Zrobim, co zechcesz.
Tymon.  Wysuszajcie kości,
Chudźcie golenie, trawcie mężów siły,
Głos złamcie dźwięczny rzecznika, by przestał
Fałszywych aktów bronić przed kratkami,
A swych wykrętów rozwijać dyszkantem;
Toczcie kapłana, który piorunuje
Na grzeszne cielsko, sam nie wierząc sobie;
A nos wyjedzcie do samej nasady
Tego statysty, co dla swej prywaty
Odbieżał tropu publicznego dobra:
Z hultajów czaszek odrzyjcie kędziory;
Junak, którego oszczędziła wojna,
U was przynajmniej niech cierpieć się uczy;
Zaraźcie wszystkich! Niechaj waszą sprawą
Do dna samego źródło życia wyschnie!
Tu złota więcej, a gdy innych zgubi,
I waszej zguby niech będzie powodem!
Niech wspólnym grobem jeden rów wam będzie!
Frynia  i Tymandra. Więcej rad, więcej złota, mój Tymonku!
Tymon.  Wprzód więcej praktyk waszego rzemiosła
I złego więcej; com dał, to zadatek.
Alcybiad.  Uderzcie w bębny, dalej na Ateny!
Bądź zdrów, Tymonie! Jeżeli zwyciężę,
Znów cię odwiedzę.
Tymon.  Jeśli mnie nadzieje
Me nie zawiodą, nie ujrzę cię więcej.
Alcybiad.  Nigdy ci żadnej nie zrobiłem krzywdy.
Tymon.  Zrobiłeś wielką: dobrześ o mnie mówił.

Alcybiad.  I ty to krzywdą nazywasz, Tymonie?
Tymon.  Dowody tego co dzień widzą ludzie.
Idź! tylko zabierz z sobą swoje suki.
Alcybiad.  Nasza obecność gniewa go. Hej w bębny!

(Biją w bębny. — Wychodzą: Alcybiades, Frynia i Tymandra).

Tymon.  Że też natura przez ludzką niewdzięczność
Tak schorowana, czuć jeszcze głód może! (Kopie).
O, matko wspólna, której wieczne tono
Wszystko wydaje, a pierś wszystko żywi,
Która z tej samej gliny, z której człowiek,
Dziecko twe dumne, zlepiony, kształtujesz
Czarne ropuchy i niebieskie żmije,
Złotą jaszczurkę, jadowite płazy,
Wszystkie podniebne straszliwe potwory,
Które Hiperyon swym ogrzewa ogniem,
Daj temu, co się ludzkim brzydzi rodem,
Z bogatej piersi jeden choć korzonek!
Zjałów twe płodne, twoje żyzne łono,
Niech już niewdzięcznych nie wydaje ludzi!
Płódź węże, wilki, tygrysy, niedźwiedzie,
Nowe potwory, których twa powierzchnia
Marmurowemu nigdy sklepieniowi
Nie pokazała! — Korzonek! o, dzięki!
Wysusz winnice, poorane łany,
Z których niewdzięczny wyprowadza człowiek
Wonny napitek i smaczne potrawy,
Któremi boski zwierzęci swój umysł,
W których rozwagę traci unurzany!

(Wchodzi Apemantus).

Co? jeszcze człowiek? Zaraza! zaraza!
Apemant.  Przyszedłem tutaj, bo mi powiedziano,
Że praktykujesz mego życia sposób.
Tymon.  Dlatego tylko, że psa nie chowałeś,
Którego mógłbym naśladować zwyczaj.
Bodajeś usechł!
Apemant.  To tylko choroba
Niegodna męża, licha melancholia,
Twojej fortuny spłodzona przemianą.

Co tutaj robisz? Na co ta motyka?
Stroskana postać, ubiór niewolnika?
Twoi pochlebcy zawsze wino piją,
Chodzą w jedwabiach i śpią w miękkiem łożu
Zabójczych perfum strugami oblani;
A zapomnieli, że był kiedyś Tymon.
Nie wstydź tych lasów twą cenzorską miną:
Zostań pochlebcą i staraj się uróść
Tą samą sztuką, która cię zgubiła;
Przypraw zawiasy do kolan, niech tchnienie
Twego patrona zwiewa ci kapelusz;
Śpiewaj pochwały wad jego najgorszych,
Cnotą je mianuj; tak śpiewano tobie.
Każdemu chętnie nadstawiałeś ucha,
Jak szynkarz, który dla wszystkich wisielców
Ma powitanie na ustach gotowe.
Rzecz sprawiedliwa, abyś łotrem został,
Bo gdybyś w pieniądz znów urósł, twe skarby
Do łotrów pójdą. Przestań mnie małpować.
Tymon.  Gdybym był tobą, sambym się zrujnował.
Apemant.  Już to zrobiłeś, będąc sobą samym:
Szaleńcem długo, teraz głupcem. Jakto,
Myślisz, że wicher, głośny twój szambelan,
Ciepłą koszulę na grzbiet ci przywieje?
Że mchem brodate drzewa, co przeżyty
Orła, na paziów przemienią się twoich
I na skinienie poskoczą, gdzie każesz?
Że zimny strumień, do dna ścięty lodem,
Da ci co rano gorącą polewkę,
Aby naprawić zbytków nocnych szkody?
Przyzwij stworzenia, które w swej nagości
Srogiego nieba wszystkie znoszą gniewy,
Wszystkie rozterki niezgodnych żywiołów,
I każ im, niechaj prawią ci pochlebstwa,
A znajdziesz —
Tymon.  Znajdę głupca w tobie. Precz stąd!
Apemant.  Nigdym cię więcej nie kochał, jak teraz.
Tymon.  A jam cię nigdy więcej nienawidził.

Apemant.  A to dlaczego?
Tymon.  Bo pochlebiasz nędzy.
Apemant.  Nie, nie pochlebiam, i zwę cię hołyszem.
Tymon.  Pocóżeś przyszedł?
Apemant.  Żeby ci dokuczać.
Tymon.  To albo błazna, albo rzecz jest łotra.
Czy ci przypada?
Apemant.  Bardzo.
Tymon.  Więc łotr z ciebie?
Apemant.  Gdybyś na karę dumy twojej wybrał
Twarde to życie, i jabym cię chwalił;
Ale to robisz tylko przymuszony;
Gdyby nie nędza, byłbyś znów dworakiem.
Lepsze jest życie dobrowolnej biedy
Niż chwiejnej pompy; pewniejsze jej cele;
Jedna ma zawsze pełnię swoich życzeń,
Druga je ciągle, a ciągle jest głodna.
Stan choć najlepszy, gdy sam sobie nie rad,
Jest tylko ciągiem kłopotów i cierpień,
Od najgorszego stanu stokroć gorszym,
Byle najgorszy na tem, co ma, przestał.
Śmiercibyś pragnąć powinien w tej nędzy.
Tymon.  Nie za poradą większego nędzarza.
Tyś jest niewolnik, którego fortuna
Nigdy ramieniem nie ścisnęła tkliwem;
Psem się zrodziłeś i jak pies wyrosłeś.
Gdybyś od pieluch, tak jak my, używał
Wszystkich słodyczy, które świat ten krótki
Trzyma w zapasie dla tych, co rozkazy
Tłumom posłusznych dają niewolników,
Byłbyś utonął w swawoli kałużach,
Młodość twą stopił na rozpusty łożu,
Zimnej nauki obyczajów nie znal,
Goniąc za słodką rozkoszy zwierzyną.
Lecz ja, któremu świat był sutą ucztą,
Który na służbie mojej miałem więcej
Ócz, serc, języków, niż ich mogłem użyć;
Ja, do którego przylgnęły tysiące,

Jak do gałęzi dębowych lgną liście —
Liście te spadły jednej zimy tchnieniem —
Zostałem nagi, wszystkich burz igraszką.
Mnie, który dotąd szczęście tylko znałem,
Ciężko jest teraz taki cios wytrzymać.
Ty już w kolebce znalazłeś cierpienie,
A czas cię jeszcze lepiej zahartował;
Dlaczegóż miałbyś ludzi nienawidzić?
Nikt ci nie schlebiał; coś dał kiedy komu?
Gdy kląć chcesz gwałtem, nie możesz przeklinać
Krom twego ojca, nędznego chudziaka,
Co znalazł, światu na przekór, żebraczkę,
I dał ci życie, dziedziczny charłaku.
Precz z moich oczu! Gdybyś się nie zrodził
Ostatnim z ludzi, byłbyś łotrem także,
Byłbyś pochlebcą.
Apemant.  Czyś jeszcze jest dumny?
Tymon.  Żem nie jest tobą.
Apemant.  Ja, że marnotrawcą
Nigdy nie byłem.
Tymon.  Ja, żem jest nim teraz.
Gdyby jedynie w tobie skarb mój leżał,
Powiesić ci się chętniebym pozwolił,
Precz! — Gdyby życie Aten było w tobie,
Takbym cię pożarł (je korzonek).
Apemant.  (ofiaruje mu coś).Polepszę twą ucztę.
Tymon.  Wprzód towarzystwo me polepsz i zmykaj.
Apemant.  Polepszę moje, odchodząc od ciebie.
Tymon.  Nie, nie polepszysz, ledwo że połatasz.
Gdybyś polepszył, smutnoby mi było.
Apemant.  Jakie mi dajesz zlecenia do Aten?
Tymon.  Niech cię tam wichry poniosą. Gdy zechcesz,
Rozgłoś w Atenach, że mam złoto. Widzisz?
Apemant.  Tu ci się na nic nie przyda.
Tymon.  Tu tylko
Jest czyste, wierne, bo tu śpi spokojnie,
Nie płaci grzechów.
Apemant.  Gdzie sypiasz, Tymonie?

Tymon.  Pod tem, co wisi nade mną. — Gdzie jadasz?

Apemant.  Gdzie mój żołądek znajdzie pokarm, albo raczej tam, gdzie jem go.
Tymon.  Jakżebym pragnął, żeby trucizna była mi posłuszną i myśl moją odgadła!
Apemant.  Gdzieżbyś ją posłał?
Tymon.  Na sos twoim potrawom.
Apemant.  Nigdy nie znałeś środka ludzkości, ale tylko dwa jej ostateczne końce. Kiedy byłeś w twojej pozłocie i perfumach, śmieli się z ciebie ludzie dla twojej zbytniej wykwintności; dziś, w twoich łachmanach, nie masz znowu żadnej i ludzie znów gardzą tobą dla przeciwnej ostateczności. — Weź ten migdałek i zjedz go.
Tymon.  Nie karmię się tem, czego nienawidzę.
Apemant.  Czy nienawidzisz migdałków?
Tymon.  Jeśli pochodzą od ciebie.
Apemant.  Gdybyś zaczął wcześniej brzydzić się migdałkami, kochałbyś teraz lepiej samego siebie. Czy znałeś kiedy marnotrawcę, któregoby kochano, gdy przeszastał majątek?
Tymon.  Czy znałeś kiedy człowieka, któregoby kochano bez majątku?
Apemant.  Mnie pierwszego.
Tymon.  Rozumiem; byłeś dość bogaty, aby psa wyżywić.
Apemant.  Jakie stworzenie na świecie najpodobniejsze, twojem zdaniem, do twoich pochlebców?
Tymon.  Najpodobniejsze kobiety, ale mężczyzni to żyjące pochlebstwo. Cobyś zrobił ze światem, Apemantus, gdyby w twojej był mocy?
Apemant.  Dałbym go bestyom na pastwę, żeby się pozbyć ludzi.
Tymon.  Czy chciałbyś i sam zginąć w zagładzie ludzi i zostać bestyą wśród bestyi?
Apemant.  Bez wątpienia, Tymonie.
Tymon.  Bestyalska ambicya i daj Boże, żeby się spełniła. Gdybyś był lwem, lisby cię oszwabił; gdybyś był jagnięciem, lisby cię zdławił: gdybyś był lisem, lewby cię podejrzywał na lada osła oskarżenie; gdybyś był osłem, własne głupstwo byłoby ci męczarnią i żyłbyś tylko jako śniadanie dla wilka; gdybyś był wilkiem, dręczyłoby cię twoje obżarstwo i nieraz ryzykowałbyś życie dla obiadu; gdybyś był jednorożcem, duma i wściekłość byłaby twoją zgubą i gniew twój własny wydałby cię na pastwę[4]; gdybyś był niedźwiedziem, końby cię zabił kopytem; gdybyś był koniem, lampartby cię schwytał; gdybyś był lampartem, byłbyś lwa krewnym, a familijne cętki zapłaciłbyś życiem; jedynym dla ciebie ratunkiem byłaby ucieczka, jedyną obroną nieobecność. Jakąż mógłbyś zostać bestyą, żebyś zaraz nie stał się łupem innej bestyi? Jaka już i teraz z ciebie bestya, że nie widzisz swojej zguby w tej przemianie?
Apemant.  Gdyby rozmowa z tobą mogła mi smakować, to byłoby teraz. Rzeczpospolita ateńska stała się puszczą bestyi.
Tymon.  Jakto? Więc osieł mur przeskoczył, gdy się z miasta wymknąłeś?
Apemant.  Widzę zbliżających się poetę i malarza: niech dżuma ich towarzystwa spadnie na ciebie. Co do mnie, boję się zarazy i umykam. Jak nie będę miał nic lepszego do roboty, odwiedzę cię znowu.
Tymon.  Jak nie będzie innego prócz ciebie żyjącego stworzenia, dobre znajdziesz u mnie przyjęcie. Wolałbym zostać psem żebraka, niż Apemantem.
Apemant.  Wszystkich żyjących głupców jesteś królem.
Tymon.  Za brudny jesteś, żebym pluł na ciebie.
Apemant.  A ty zbyt chudy, żebym cię przeklinał.
Tymon.  Każdy łotr świętym przy tobie się wyda.
Apemant.  Niema na świecie trądu prócz słów twoich.
Tymon.  Prawda, gdy twoje wymawiam nazwisko;
Gdybym się nie bał rąk moich osmolić,
Biłbym cię.
Apemant.  Bodaj od słów moich zgniły!
Tymon.  Precz z moich oczu, psów fałszywych szczenię
Gniew mnie zadusi, żeś jeszcze przy życiu,
Widząc cię, mdleję.
Apemant.  Bodajeś się rozpękł!
Tymon.  Precz, nudny łotrze! Żal mi, że dla ciebie
Kamień ten tracę. (Rzuca na niego kamieniem).
Apemant.  Bydlę!
Tymon.  Niewolniku!
Apemant.  Ropucho!
Tymon.  Łotrze! łotrze! łotrze! łotrze!

(Apemantus, niby odchodząc, kryje się w głębi).

Obłudny świat ten obrzydł mi i tylko
Przyjmę od niego, co mi jest niezbędne.
A więc, Tymonie, grób sobie przygotuj;
Śpij na wybrzeżu, aby lekka fala
Grobowy kamień co dzień obmywała,
A taki wyryj napis na kamieniu,
Że śmierć twa z innych życia szydzić będzie.

(Spoglądając na złoto).

O, królobójco słodki, drogi sprawco
Rozwodu między synem a rodzicem!
Czystego łoża jasny hańbicielu!
Waleczny Marsie, tyś zawsze jest młody,
Świeży, kochany! Twój rumieniec topi
Śnieg, poświęcony na łonie Dyany!
Widomy Boże, wszystkie przeciwieństwa
Ty w jednym możesz połączyć uścisku!
W każdym języku każdą wygrasz sprawę!
O, ty, probierczy serc ludzkich kamieniu!
Przepuść, że podniósł bunt człek, twój niewolnik,
Twoją potęgą zniszcz ród jego cały,
By mogły bestye tym światem zawładnąć!
Apemant.  Bodaj tak było! — ale po mej śmierci.
Rozgłoszę wszędzie, że znowu masz złoto,
A ujrzysz tłumy twych starych pochlebców.
Tymon.  Tłumy?
Apemant.  Tak, tłumy.
Tymon.  Proszę cię, umykaj!

Apemant.  Żyj, a twą nędzę kochaj.
Tymon.  A ty z twoją
Żyj i umieraj. (Wychodzi Apemantus).
Przeciem się go pozbył!
Znowu coś nakształt ludzi? — Jedz, Tymonie,
A brzydź się nimi. (Wchodzą Rozbójnicy).

1 Rozb.  Gdzie on mógł schować to złoto? To pewno jaki biedny ułomek, jaka licha resztka dawnej jego fortuny. Tylko brak złota i odstępstwo przyjaciół przywiodły go do tej melancholii.
2 Rozb.  Biega wieść, że ma skarby niewyczerpane.
3 Rozb.  Spróbujmy. Jeśli o skarb ten nie dba, odstąpi go nam bez trudności; ale jeśli go pilnuje łakomo, jak się do niego dostać?
2 Rozb.  To prawda, boć go nie nosi na sobie, musiał go gdzieś schować.
1 Rozb.  Czy to nie on?
Inni.  Gdzie?
2 Rozb.  Wygląda, jak nam powiadano.
3 Rozb.  To on; poznałem go.
Wszyscy.  Witaj nam, Tymonie!
Tymon.  Co tam nowego, złodzieje?
Wszyscy.  Żołnierze nie złodzieje.
Tymon.  Jedno i drugie, a w dodatku synowie niewiasty.
Wszyscy.  Nie, nie złodzieje, lecz ludzie potrzebni.

Tymon.  Waszą potrzebą niepotrzebna strawa,
Bo czego, proszę, macie potrzebować?
Patrzcie, ta ziemia dosyć ma korzonków,
Wokoło biją tysiączne krynice;
Dąb daje żołądź, jerzyna jagody;
Na każdym krzaku dobra gospodyni,
Natura, ucztę pełną wam zastawia;
Potrzeba? Czemu i jaka potrzeba?
1 Rozb.  Trudno żyć trawą, jagodą i wodą,
Jak ptaki, ryby, albo jak bydlęta.
Tymon.  Bydła i ptaków i ryb wam niedosyć;
Jeszcze wam drzewa i ludzi pożerać?
Muszę wam jednak dzięki za to złożyć,

Że złodziejami jesteście otwarcie;
Prac waszych świętą nie słonicie formą,
Gdy w uświęconych prawami rzemiosłach
Osiadło dzisiaj złodziejstwo bez granic.
Łotry, złodzieje, zabierzcie to złoto,
Idźcie, winnicy krew ssijcie subtelną,
Aż wam gorączka wszystką krew wypali,
I uratuje was od szubienicy!
Tylko doktorom żadnym nie ufajcie,
Ich lek trucizną; oni zabijają
Więcej i pewniej, niżli wy kradniecie.
Trzos odbierając, bierzcie razem życie,
Boć gdy łotrostwo waszem jest rzemiosłem,
Bądźcież w pełności słowa artystami.
Wszędzie wam wskażę przykłady złodziejstwa:
Złodziejem słońce, bo okrada morze;
Księżyc pierwszego rzędu jest złodziejem,
Bo kradnie słońcu blade swe światełko;
Złodziejem morze, które w swojem łonie
W łzy zmienia słone wyziewy księżyca;
Ziemia złodziejem, bo żywi się, płodzi.
Mieszając zewsząd kradzione odchody;
Wszystko złodziejem; prawo, co was karci,
Bezkarnie kradnie, dzięki swej potędze.
Precz! A nie miejcie przyjaźni dla siebie,
Jeden drugiego niech śmiało okrada.
Tu więcej złota — podrzynajcie gardła.
Kogo spotkacie, to złodziej. Do Aten!
Rabujcie sklepy, a co ukradniecie,
Innych złodziei tylko będzie stratą.
Ale kradnijcie — dlatego wam daję:
A w końcu złoto niech karki wam skręci!
Amen.

(Chroni się do swej jaskini).

3 Rozb.  Prawie mnie odczarował od mojej profesyi, namawiając mnie do niej.
1 Rozb.  Tylko przez zawziętość na ród ludzki daje nam te rady, nie, żeby nam się szczęściło w naszym cechu.
2 Rozb.  Uwierzę mu jak nieprzyjacielowi i wyrzeknę się naszego rzemiosła.
1 Rozb.  Czekajmy wprzódy na pokój w Atenach. Niema tak opłakanych czasów, w którychby człowiek nie mógł zostać uczciwym.

(Wychodzą Rozbójnicy. — Wchodzi Flawiusz).

Flawiusz.  O, wielki Boże! jakto? i to pan mój
Ten zrujnowany, pogardzony człowiek?
Dobrych uczynków na złe obróconych
Dziwny monument! Jak fatalne zmiany
Zrobiła na nim nędza rozpaczliwa!
Co podlejszego nad przyjaciół bandę,
Szlachetną duszę tak upodlić zdolną?
Na co dziś ludziom przez grzech czasów przyszło,
Że pragną swoich własnych kochać wrogów!
Lecz czy nie lepiej kochać chcących szkodzić,
Niż przynoszących szkodę przyjacieli?
Spostrzegł mnie, widzę: czas mu już pokazać
Uczciwą boleść i kosztem żywota
Służyć mu wiernie, jak mojemu panu.

(Wychodzi Tymon z jaskini).

Drogi mój panie —
Tymon.  Precz! Co ty za jeden?
Flawiusz.  Czyś mnie zapomniał, panie?
Tymon.  Czemu pytasz?
Od dawna wszystkich zapomiałem ludzi;
Jeśli wyznajesz, że jesteś człowiekiem,
I ciebie także zapomniałem.
Flawiusz.  Panie,
To biedny, stary, uczciwy twój sługa.
Tymon.  A więc cię nie znam, bom nigdy, jak żyję,
Nie miał przy sobie uczciwego człeka;
Żywiłem tylko łotrów, by przy stole
Łotrom od siebie strojniejszym służyli.
Flawiusz.  Bóg świadkiem, nigdy ubogi iniendent
Nie płakał szczerzej nad ruiną pana.
Tymon.  Jakto? Ty płaczesz? Zbliż się, ja cię kocham,
Boś jest kobietą, kamiennej ludzkości

Głośno się zrzekasz, której łzy wyciska
Śmiech łub lubieźność, nigdy miłosierdzie.
Dziwne to czasy, co płaczą od śmiechu
A nie od płaczu!
Flawiusz.  O, dobry mój panie,
Racz sobie sługę starego przypomnieć,
Boleść mą przyjąć, i póki to starczy,

(Ofiarując mu sakiewkę).

Jak intendenta przy sobie zatrzymać.
Tymon.  Jakto? Więc miałem sługę tak wiernego,
Sprawiedliwego, pełnego litości?
To mi już resztę rozumu odbierze.
Pokaż oblicze. Zaprawdę, z niewiasty
Człek ten się rodził.
Przebaczcie, wiecznie sprawiedliwe bogi,
Bezwyjątkowy mój gniew przeciw ludziom!
Wyznaję, jeden uczciwy jest człowiek,
Jeden, nie więcej, zrozumcie mnie dobrze,
A ten jedyny uczciwiec — jest sługą. —
Chciałbym ród cały ludzki nienawidzić,
Lecz tyś się jeden odkupił; prócz ciebie,
Przeklinam wszystkich!
Większa uczciwość w tobie, niźli rozum.
Gdybyś mnie zdradził, gdybyś po mnie deptał,
Prędzejbyś, sądzę, nową znalazł służbę;
Do nowych panów niejeden się drapie
Po karku dawnych. Lecz powiedz mi szczerze,
Bo muszę wątpić, mimo oczywistość,
Czy twej dobroci, subtelną rachubą,
Nie dajesz czasem na lichwiarski procent,
Wzorem bogacza, co rozsyła dary,
A czeka w zamian dwadzieścia za jeden?
Flawiusz.  Niestety, panie, do twojego serca
Za późno teraz podejrzenie wbiega!
Przy ucztach była pora na wątpienie:
Gdy szczęście zniknie, wchodzi podejrzenie.
Bóg widzi, szczerą przynoszę ci miłość,
Poszanowanie twej szlachetnej duszy,

Czułą troskliwość o twoje potrzeby,
A wierzaj, panie, że wszystkie korzyści,
Czy to obecne, czy tylko w nadziei,
Dam za spełnienie jednego życzenia:
Abyś miał możność nagrodzić me służby,
Wracając znowu do dawnej fortuny.
Tymon.  Patrz, tak się stało! Jedyny uczciwcze,
Patrz, bierz! Z mej nędzy Bóg skarby ci przysłał.
Bierz, żyj bogaty! Bierz i bądź szczęśliwy!
Ale ten jeden kładę ci warunek:
Dom twój zbudujesz daleko od ludzi,
Będziesz klął wszystkich, wszystkich nienawidził,
A nie pokażesz żadnemu litości;
Od twoich kości wprzód odpadnie ciało,
Nim żebrakowi poniesiesz jałmużnę.
Psom oddaj wszystko, co odmówisz ludziom;
Niechaj w więzieniach gniją i przepadną;
Niech jak las będą z swych liści odarty,
Krew ich fałszywą niech wyssie choroba!
Bądź mi zdrów teraz! Bądź zdrów i szczęśliwy!
Flawiusz.  Pozwól mi zostać, służyć ci, mój panie.
Tymon.  Oddal się, jeśli przekleństwa się lękasz.
Idź, pókiś cały. Unikaj człowieka
I mą jaskinię wymijaj z daleka. (Wychodzą).




AKT PIĄTY.
SCENA I.
Przed jaskinią Tymona.
(Wchodzą: Poeta i Malarz, w głębi Tymon, niewidziany).

Malarz.  Jeśli dobrze zauważyłem miejsce, gdzieś niedaleko stąd mieszka.
Poeta.  Co myślisz? czy można wierzyć, że tyle ma złota?
Malarz.  Niema wątpliwości. Alcybiades tak twierdzi; Frynia i Tymandra wyniosły od niego kupy złota; zbogacił także kilku biednych maruderów, a powiadają, że swojemu dawnemu intendentowi dał ogromną jakąś sumę.
Poeta.  A więc to jego bankructwo było tylko próbą przyjaciół?
Malarz.  Nic więcej. Zobaczysz go znowu w Atenach, kwitnącego jak palmowe drzewo między najwyższemi. Dobrze więc będzie, gdy mu ofiarujemy naszą miłość w tem mniemanem jego ubóstwie; będzie to dowodem naszej uczciwości, a wedle wszelkiego podobieństwa napełni nasze sakwy rzeczą, po którąśmy przyszli, byle to była prawda o jego fortunie.
Poeta.  Co mu dasz teraz w podarunku?
Malarz.  Na teraz nic, prócz odwiedzin; ale przyrzeknę mu arcydzieło.
Poeta.  I ja za twoim pójdę przykładem; będę mu prawił o poemacie, który zamierzam mu poświęcić.
Malarz.  Myśl przewyborna!
Znamieniem czasów naszych obiecywać,
Bo obietnica rozbudza ciekawość,
Gdy w wykonaniu zawsze coś ciężkiego;
Tylko w motłochu niemądrych prostaków
Jeszcze w zwyczaju dotrzymanie słowa.
Obiecać, to rzecz modna i dworacka;
Dotrzymać, to jest niby jak testament,
Dowód choroby bardzo niebezpiecznej,
W głębiach rozumu wykonawcy tkwiącej.
Tymon  (na str.). Pyszny z ciebie artysta! Nie potrafisz jednak odmalować brzydszego od siebie człowieka.
Poeta.  Rozmyślam teraz, coby mu powiedzieć,
Że napisałem na jego intencyę,
Coś o nim samym — to rzecz naturalna —
Satyrę przeciw miękkości dostatków,
I żywy obraz pochlebstw nieskończonych
Do bogactw tylko i młodości lgnących.
Tymon  (na str.). Chcesz więc koniecznie być wzorem łotra w swoim własnym utworze. Chcesz więc chłostać twoje własne wady w innych ludziach. Zrób tak, a mam dla ciebie złoto.

Poeta.  Nie traćmy czasu, znaleźć go nam trzeba;
Przeciw nam samym grzechemby to było,
Zapóźno przybyć, gdzie o zysk chodziło.
Malarz.  Nim w głębiach morza słońce się zanurzy,
Znajdź, czego szukasz, boć na to dzień służy.
Tymon  (na str.). Wnet się spotkamy. — Cóż to za bóg, złoto,
Co cześć odbiera w podlejszej świątyni,
Niż chlew, gdzie wieprze karmią się zamknięte!
Ty okręt stroisz, słone sieczesz fale,
Hołd i powagę jednasz niewolnikom!
Cześć więc odbieraj, a twoim wyznawcom
Niech wszystkie plagi służą za koronę!
Czas się pokazać. (Wychodni na scenę).
Poeta.  Witaj nam, Tymonie!
Malarz.  Niegdyś nasz panie!
Tymon.  Dożyłem więc chwili,
W której oglądam dwóch ludzi uczciwych.
Poeta.  Nieraz dobrocią twoją zaszczyceni,
Na wieść, żeś poszedł w jaskiniach się chować,
Od twych najlepszych zdradzony przyjaciół,
Których niewdzięczność — dusze obrzydliwe,
Wszystkie niebieskie bicze nie dość dla was!
Co? ciebie zdradzić!
Ciebie, którego gwiaździsta szlachetność
Dawała wszystkim życie i znaczenie!
Niemy od zgrozy, napróżno słów szukam,
W którebym ubrał i światu pokazał
Potworny ogrom takiej niewdzięczności.
Tymon.  Zostaw ją nagą, łatwiej ją zobaczą.
Ale wy za to waszą uprzejmością
Tem lepiej szpetność ich pokazujecie.
Malarz.  Obaśmy życia odbyli pielgrzymkę
Pod darów twoich życiodajną rosą,
I wdzięczność w naszych zapisali sercach.
Tymon.   O, wiem, wiem dobrze, uczciwi z was ludzie.
Malarz.  Przychodzim nasze służby ofiarować.

Tymon.  Uczciwi ludzie! Jakże wam zapłacę?
Czy jeść możecie korzonki? pić wodę?
Nie.
Oba.  Zrobim wszystko, co możemy zrobić,
Byle ci służyć.
Tymon.  Wiem, żeście uczciwi:
Doszły was wieści, że znowu mam złoto,
O tem nie wątpię; jak uczciwi ludzie,
Wyznajcie prawdę.
Malarz.  Mówią o tem w mieście;
Lecz ni ja, panie, ani mój przyjaciel
Nie dla tych dzisiaj przychodzim powodów.
Tymon.  Poczciwe dusze! (Do Malarza). Ty, jak portrecista,
Z dawna w Atenach pierwsze trzymasz miejsce;
Twoje portrety żyją.
Malarz.  Tak, tak, panie.
Tymon.  Żyją, powtarzam. (Do Poety). A twoim utworom
Kształt taki daje wiersz twój potoczysty,
Że twoja sztuka zdaje się natura.
A mimo tego, moi przyjaciele,
Wyznać wam muszę, macie jedną wadę;
Lecz to w was żadną nie jest potwornością,
I nie chcę, żeby was to kłopotało,
Jak ją naprawić.
Oba.  Błagamy cię, panie,
Daj nam ją poznać.
Tymon.  Gniewać się będziecie.
Oba.  Nie, panie, raczej będziemy ci wdzięczni.
Tymon.  Chcecie koniecznie?
Oba.  Chcemy, wierzaj, panie.
Tymon.  Każdy z was w łotrze ufność swą położył,
Który w paskudny tumani go sposób.
Oba.  My?
Tymon.  Wy. Słuchacie, kiedy was podchodzi,
A choć świadomi grubych jego figlów,
W głębi go serca chowacie, żywicie;
Wierzcie mi jednak, łotr to jest wierutny.
Malarz.  Wcale go nie znam.

Poeta.  Ani ja, mój panie.
Tymon.  Kocham was szczerze, dam chętnie wam złoto,
Tylko tych łotrów wygońcie od siebie,
Powieście, lub ich zakłujcie, utopcie,
A byle pozbyć wam się ich udało,
Wracajcie do mnie, czeka na was złoto.
Oba.  Powiedz, nam tylko, panie, ich nazwisko.
Tymon.  Ty po tej stronie, a ty stań po tamtej;
Zawsze dwóch razem: każdy z was samotny,
Ma jednak zawsze towarzyszem łotra.
(Do Mal.). Jeżeli nie chcesz, by tam, gdzie ty będziesz,
Dwóch łotrów było, uciekaj od niego.
(Do Poety). Jeśli chcesz bawić, gdzie tylko łotr jeden,
Opuść go, radzę. — Precz stąd! Umykajcie!
To dla was złoto, po któreście przyszli.
Za wasze dzieła, które dla mnie macie,
Oto zapłata! Precz, precz z moich oczu!
Zrób z tego złoto, jesteś alchemistą.
Precz, psy! Precz, łotry! (Wybiega za nimi, bijąc ich).

SCENA II.
Przed jaskinią Tymona.
(Wchodzą: Flawiusz i dwóch Senatorów).

Flawiusz.  Daremno chcecie z Tymonem rozmawiać,
On się albowiem tak zamknął sam w sobie,
Że mu obrzydło, co ludzką ma postać,
I sam chce zostać.
1 Senator.  Pokaż nam jaskinię:
Mamy rozkazy, chcemy ich dopełnić,
Musim z nim mówić.
2 Senator.  Zmieniają się ludzie.
Był czas, gdy smutek odludkiem go zrobił;
Ten sam czas dzisiaj, przyjażniejszą ręką
Starą mu jego wracając pomyślność,
Może mu stary powrócił charakter.
Cobądź wypadnie, prowadź nas do niego.

Flawiusz.  To jest dom jego. Pokój mu i radość!
Panie mój, wystąp! przemów do przyjaciół!
Lud ci ateński, przez dwóch senatorów
Najdostojniejszych, pozdrowienie przysłał;
Przemów więc do nich, szlachetny Tymonie!

(Wchodzi Tymon).

Tymon.  Ożywicielu, słońce, pal! — Wisielce,
Czego żądacie? Za każdą wam prawdę
Niech pryszcz wystąpi; każde wasze kłamstwo
Niech wam w korzeniu samym język pali!
1 Senator.  Tymonie godny —
Tymon.  Was tylko, wy jego.
2 Senator.  Senat ateński śle ci pozdrowienie.
Tymon.  Dziękuję, chciałbym posłać im w odwecie
Zarazę, gdybym mógł ją dla nich złowić.
1 Senator.  Zapomnij krzywdy, którą opłakujem.
Dziś, jednomyślnie, na miłości dowód,
Senat cię błaga, byś do Aten wrócił;
Rzeczpospolita najpierwsze godności
W wakancyi trzyma do twego powrotu.
2 Senator.  Sam przeciw tobie swe grzechy wyznaje
Lud, który rzadko wyroki swe cofa,
Czuje potrzebę pomocy Tymona,
I swój upadek widzi niewątpliwy,
Gdy Tymonowi odmówi pomocy.
W jego imieniu przychodzim do ciebie
I żal wyrazić i przyrzec nagrodę,
Zdolną przeważyć wszystkie dawne krzywdy;
Taki dostatek miłości i skarbów,
Że całą przeszłość zatrze ci w pamięci,
A w zamian, naszej miłości obrazy
Na wieczne czasy w sercu twem zapisze.
Tymon.  Czarami, widzę, pociągnąć mnie chcecie:
Niewiele trzeba, żebym się rozpłakał.
Dajcie mi tylko, dostojni mężowie,
Głupiego serce, a kobiety oczy,
A łzami wasze pociechy obleję.
1 Senator.  Racz więc do naszych wrócić z nami Aten —

Naszych i twoich — objąć naczelnictwo,
A czeka na cię wdzięczność narodowa,
Władza bez granic, chwała i powaga.
Przy twej pomocy bez trudu odpędzim
Alcybiadesa zuchwałe napady,
Co podkopuje ojczyzny swej pokój,
Niby dzik wściekły.
2 Senator.  I ateńskim murom
Swym mieczem grozi.
1 Senator.  Dlatego, Tymonie —
Tymon.  Dobrze, panowie, zgoda: więc słuchajcie:
Gdy Alcybiades ziomków mych morduje,
Niech mu powiedzą w Tymona imieniu,
Że Tymon — o to nie troszczy się wcale.
Lecz, jeśli piękne zrabuje Ateny,
Za brody świętych ciągnąć będzie starców,
Czyste dziewice jeśli na łup wyda
Swych krwawych bestyi chuciom rozpasanym,
Niechaj wie o tem — idźcie mu powtórzyć,
Co Tymon mówi: Przez litość dla starców,
Dziewic, niemowląt, musi mu powiedzieć —
Że Tymon o to nie troszczy się wcale.
Niech co chce robi. O jego też noże
Bądźcie bez troski, póki macie gardła.
Co do mnie, niema jednego kozika
W całym obozie zbuntowanej tłuszczy,
Któryby nie był sercu memu droższy,
Niż gardło u was najprzewielebniejsze.
Teraz opiece bogów was polecam,
Jak zbójców stróżom.
Flawiusz.  Darmo czas tracicie.
Tymon.  Właśnie nagrobek mój komponowałem;
Jutro go będzie świat oglądać; długa
Mojego ciała i duszy choroba,
Widzę, zaczyna teraz się polepszać,
I nicość da mi wszystkiego dostatek.
Wy, żyjcie; męką waszą Alcybiades,
Wy bądźcie jego jak można najdłużej!

1 Senator.  Próżno błagamy.
Tymon.  Jednak kraj mój kocham,
I wieść ta kłamstwem, że się kiedykolwiek
Z rozbicia nawy ojczystej cieszyłem.
1 Senator.  Szlachetne słowa!
Tymon.  Moim mnie współziomkom
Polećcie, proszę.
1 Senator.  Wyrazy ust godne,
Z których wychodzą.
2 Senator.  Do naszego ucha
Wbiegają, niby tryumfalną bramą
Wielki zwycięzca.
Tymon.  Więc mnie im polećcie,
Dodajcie razem, żeby ich żal zmniejszyć,
Odgonić trwogę, cierpienia i straty,
Troski miłości i strapienia wszystkie,
Którym w żywota niepewnej pielgrzymce
Kruche natury podlega naczynie,
Wielką usługę chętnie im wyświadczę,
Od Alcybiada wyzwolę wściekłości.
2 Senator.  Miłe to słowa. Widzę, wróci z nami.
Tymon.  Wyrosło drzewo w mojej tu zagrodzie,
Które ściąć muszę dla mej dogodności;
Zwlekać nie mogę, więc powiedzcie, proszę,
Mym przyjaciołom, wszystkim Ateńczykom,
Małym i wielkim, potężnym i słabym,
Że kto chce koniec położyć strapieniom,
Niechaj się spieszy, niech do mnie przybywa,
I nim pień drzewa siekierę poczuje,
Niech się powiesi. Pozdrówcie ich wszystkich.
Flawiusz.  Próżne błagania, będzie nieugięty.
Tymon.  Idźcie, a więcej nie wracajcie do mnie.
Powiedzcie miastu, że Tymon zbudował
Na brzegach morza swój dom wiekuisty,
Który codziennie rozdąsane fale
Pianą odzieją. Odwiedźcie go czasem,
Niech mój nagrobek wyrocznią wam będzie. —
Przestańcie, usta, groźne cedzić słowa,

Co złe, niech leczy zaraza morowa!
Niech groby kopać będzie ludzką pracą,
A ich mozołu niech śmierć będzie płacą;
Zagaśnij słońce! Niech noc wieczna wstanie,
Bo się Tymona kończy panowanie (wychodzi).
1 Senator.  Próżne zachody, bo w jego naturę
Gniew się wplótł wieczny.
2 Senator.  Wracajmy do Aten,
Pomocy jego skonała nadzieja;
Szukajmy innych zbawienia sposobów
Wśród niebezpieczeństw.
1 Senator.  Idźmy, bo czas drogi.

(Wychodzą).
SCENA III.
Mury ateńskie.
(Wchodzi dwóch Senatorów i Posłaniec).

1 Senator.  Niemiłe wieści, ale jego armia
Czy niewątpliwie, jak mówisz, potężna?
Posłaniec.  Lub potężniejsza. Zresztą, lada chwila
Stanie pod miastem.
2 Senator.  Nasz stan rozpaczliwy,
Jeśli Tymona z sobą nie przywiodą.
Posłaniec.  Właśnie spotkałem na drodze posłańca,
Który, choć z innem złączony stronnictwem,
Moim był niegdyś dobrym przyjacielem;
Przez czułą pamięć dawnej zażyłości
Wyznał, że spieszy do Tymona groty
Z Alcybiadesa listami i prośbą,
By się z nim złączył w wojnie, którą w części
Rozpoczął, aby pomścić jego krzywdy.

(Wchodzą Senatorowie od Tymona).

1 Senator.  To bracia nasi.
3 Senator.  Nie łudźcie się wcale
I nie rachujcie na Tymona pomoc.
Bębny już słychać, niezliczone wojsko

Duszącym pyłem zaciemnia powietrze,
Już czas, do broni! za chwilę wróg srogi
Przyniesie miastu mordy i pożogi.

(Wychodzą).
SCENA IV.
Las. — Jaskinia Tymona. — Nad brzegiem morza grobowiec.
(Wchodzi Żołnierz szukający Tymona).

Żołnierz.  Wedle opisu tu być musi miejsce.
Hola! odpowiedz! Głucho — co to znaczy?
Tymon nie żyje, a nad morską falą
Zwierz jakiś dziki pomnik mu zbudował,
Bo ludzi niema. Umarł. To grób jego. (Czyta napis).
Nie mogę czytać, co napis ten niesie,
Ale na wosku odcisk z sobą wezmę:
Wódz nasz ćwiczony w pisma charakterach,
Stary ma rozum, chociaż młode lata;
W tej chwili pewno Aten waży losy,
I chce je zmienić na popiołów stosy (wychodzi).

SCENA V.
Pod murami Aten.
(Przy odgłosie trąb wchodzi Alcybiades z armią).

Alcybiad.  Daj znak o groźnem wojsk naszych przybyciu
Temu tchórzostwa i rozpusty gniazdu.

(Trębacz daje znak parlamentarski; na murach pokazuje się dwóch Senatorów).

Żywot wasz dotąd wśród rozpusty płynął,
Sprawiedliwości miarą była wola,
Dotąd, ja równie, jak i wszyscy inni,
Cośmy w potęgi waszej spali cieniu,
Próżnośmy skargi nasze wyziewali,
Zmuszeni pośród obcych się wałęsać.
Lecz czas już dojrzał, w którym szpik pokorny

W cierpiących kościach zawołał: „dość tego!“
W którym milczący długo pokrzywdzony
Na krzesłach waszych zasiądzie i wytchnie,
Kiedy otyła i nadęta pycha
Zdychawicieje od trwogi.
1 Senator.  Młodzieńcze,
Gdy gniew twój jeszcze w myślach twoich istniał,
Nim miałeś siłę, a my trwogi powód,
Przez naszych posłów balsam odebrałeś,
Zdolny zagoić gniewu twego rany,
A zatrzeć ślady naszej niewdzięczności
Nadmiarem szczerej miłości dowodów.
2 Senator.  Pokorną prośbą i obietnicami
Tymona także przeobrażonego
Z naszem pogodzić pragnęliśmy miastem.
Niewdzięcznikami nie byliśmy wszyscy,
Nie zasługujem wszyscy na zagładę.
1 Senator.  Nie tych ramiona mur ten zbudowały,
Którzy niebacznie gniew twój podpalili,
Ni twoje krzywdy takiej są natury,
Aby te wieże, szkoły i trofea
Dla winy kilku w popiół się zmieniły.
2 Senator.  Już ci nie żyją, za których podnietą
Lud cię ateński na wygnanie skazał;
Myśl ich zabiła, że w sprawie tak ważnej
Przenikliwości tak mało dowiedli.
Wkrocz, dzielny wodzu, w bramy tego miasta,
Z rozwiniętymi pułków sztandarami.
Jeśli twa zemsta krwi ludzkiej jest głodna,
Zrób, na co ludzka wzdryga się natura
I weź mieszkańców krwawą dziesięcinę:
Niech hazard kostek wskaże tych, co muszą
Za resztę kości swoje hazardować.
1 Senator.  Nie wszyscy grzeszni, ani sprawiedliwie
Grzechy umarłych na żyjących karać,
Bo grzech nie spada dziedzictwem jak ziemia.
Więc, ziomku drogi, wprowadź twe zastępy,
Lecz wściekłość twoją za murami zostaw;

Twoją ateńską oszczędź dziś kolebkę,
Oszczędź rodzinę, która w szale gniewu
Z winowajcami padłaby niewinna.
Jak dobry owczarz zbliż się do owczarni,
Brakuj parszywe, ale zdrowe oszczędź.
2 Senator.  Prędzej uśmiechem celu swego dopniesz,
Niż się do niego szablami dorąbiesz.
1 Senator.  Trąć tylko nogą murów naszych bramy,
Staną otworem, byle twoje serce
Wprzód wyprawiło nadziei poselstwo,
Że jak przyjaciel bramy te przekroczysz.
2 Senator.  Rzuć rękawicę twoją, albo inny
Jaki zadatek twojego honoru,
Że w wojnie szukasz twoich krzywd naprawy,
Ale nie naszej zagłady, a miasto
Bezpiecznym portem armii twojej będzie,
Póki twych wszystkich nie spełnimy życzeń.
Alcybiad.  Więc dobrze, oto moja rękawica.
Bramy mi wasze otwórzcie bez trwogi,
Nieprzyjaciele Tymona i moi,
Których mi sami jak winnych oddacie,
Będą jedyną gniewu mego pastwą.
Na dowód mojej wspaniałomyślności,
By wszelką trwogę z waszych serc wygonić,
Ni jeden żołnierz waszych trybunałów
Sprawiedliwości biegu nie zamąci,
Albo natychmiast za wszystko odpowie
Wedle praw waszych całej surowości.
Oba.  Szlachetny mowca!
Alcybiad.  Dotrzymajcie słowa.

(Senatorowie schodzą i otwierają bramy. — Wchodzi Żołnierz).

Żołnierz.  Szlachetny wodzu mój, Tymon nie żyje.
Nad brzegiem morza śpi, złożony w grobie.
Napis wyryty na jego kamieniu
Przynoszę, wodzu, w woskowym odcisku,
Jakby w zastępstwie mojego nieuctwa.
Alcybiad.  (czyta). „Bez biednej duszy, biedne spoczywa tu ciało,
Niech mór dobije wszystkich, co po nim zostali!

Tu śpi Tymon, przeklinał, żyjąc, ludzkość całą,
I ty ją klnij, przechodniu, tylko klnąc, idź dalej!“.
To jest wyrazem twych ostatnich myśli.
Choć naszą ludzką gardziłeś boleścią,
I kropelkami, które mózg nasz cedzi,
Które natura sączy niedołężna,
To przecie duszy natchniony wielkością,
Chciałeś, by wiecznie nad twym cichym grobem.
Nad przebaczonym grzechem, Neptun płakał.
Szlachetny Tymon umarł; jego pamięć
W stosownej porze należnie uczcimy.
Ale do miasta prowadźcie mnie teraz;
Miecz mój owinę gałązką oliwy;
Odgonił wojnę pokój pożądany
I leje balsam na przeszłości rany.
Uderzcie w bębny! (Wychodzą).








  1. Za czasów Szekspira każdy gość zaproszony przychodził na ucztę z własnym nożem.
  2. W domu rozpusty.
  3. Mniemano niegdyś, że wyrywając nagle poduszkę z pod głowy, można było przyspieszyć śmierć konającego
  4. Wedle starożytnej bajki, lew w bitwie z jednorożcem, czując się słabszym, kryje się za drzewo. Jednorożec, uniesiony wściekłością, leci na oślep i zazwyczaj wbija róg w pień drzewa z taką gwałtownością, że go wyrwać nie może, a lew korzystając ze sposobności, dusi go i pożera.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Leon Ulrich.