Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 8.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gdybym zapłacił za niego w stosunku
Do tych uwielbień, poszedłbym z torbami.
Jubiler.  Cenię go, panie, wedle kursu giełdy,
Choć wiesz, że przedmiot tejże samej ceny
Wartość swą zmienia wedle właściciela.
Wierzaj mi, panie, klejnot na twym palcu
Stokroć jest droższy.
Tymon.  Prześliczne szyderstwo!
Kupiec.  Nie, dobry panie, on tylko tłómaczem
Uczuć jest naszych.
Tymon.  Patrzcie, kto się zbliża?
Czy chcecie, żeby zburczał was porządnie?

(Wchodzi Apemantus).

Jubiler.  Zniesiemy wszystko za pańskim przykładem.
Kupiec.  Każdy dostanie swoje, ani wątpię.
Tymon.  Witaj! Dzień dobry, słodki Apemantus!
Apemant.  Dzień dobry oddam, gdy słodkim się stanę,
Ty psem Tymona, uczciwymi ludźmi
Ta łotrów banda.
Tymon.  Czemuż łotrów bandą
Nazywasz ludzi, których nie znasz nawet.
Apemant.  Alboż nie są Ateńczykami?
Tymon.  Tak jest.
Apemant.  Więc nie odwołuję tego, co powiedziałem.
Jubiler.  Poznajesz mnie, Apemantus?
Apemant.  Widzisz, że cię poznałem, gdym cię nazwał po imieniu.
Tymon.  Dumnym jesteś, Apemantus.
Apemant.  A z niczego dumniejszym, jak z tego, żem niepodobny do Tymona.
Tymon.  Gdzie idziesz?
Apemant.  Zamordować uczciwego Ateńczyka.
Tymon.  Śmierć za to cię czeka.
Apemant.  To chyba zrobienie niczego prawo karze śmiercią.
Tymon.  Jak ci się obraz ten podoba, Apemantus?
Apemant.  Bardzo, zwłaszcza dla swojej niewinności.
Tymon.  Czy nie dobrze pracował jego malarz?
Apemant.  Lepiej ten pracował, który zrobił malarza, a zrobił przecie plugawe tylko dzieło.