Jerychonka/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Jerychonka
Podtytuł Powieść
Data wydania 1895
Wydawnictwo Kurjer Warszawski; S. Lewental
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
I.

Magda Domontówna wróciła około południa do swojéj pracowni, z dalekiego po za miasto spaceru. Pęk jesiennych stokroci i astrów włożyła do wody w dzbanie i ustawiła niedaleko stalug. Potém zdjęła z siebie okrycie, włożyła bluzę roboczą, obejrzała farby i pendzle, spojrzała na zegar.
— Hm, robię się pedantką i punktualną. To dowód dojrzałości... Marynia się ucieszy! — rzekła sama do siebie z wesołym uśmiechem.
Otworzyła okno i wychyliła się przez nie, ciesząc się ślicznym wrześniowym dniem i słońcem, które zalewało pracownię. Coś nucąc, spoglądała na dziedziniec, gdzie bawiły się dzieci i gruchało stado gołębi. Naprzeciw, w oficynie, przez otwarte okna słychać było gromadne czytanie. Widocznie była tam szkoła.
Na środku podwórza stara lipa wyciągała ku słońcu konary i jedna jej gałąź, na pół złota, pochylała się ku oknu pracowni.
Magda wyciągnęła rękę, ale było za daleko, aby choć listek ująć.
— Może jeszcze za rok — szepnęła. — Może na wiosnę podamy sobie ręce. A może uschniesz?
Zamknęła okno, poszła do stołu, zarzuconego szkicami i papierami, i wzięła stary wytarty album.
Wyciągnęła się na kanapie i zaczęła go przerzucać. Czego tam nie było! Krajobrazy i studya, karykatury, gmachy, szkice, zwierzęta, typy.
Powoli, kartka po kartce, przesuwały się zarazem wspomnienia. Wyraziste rysy artystki zmieniały się przy każdej stronicy. Przeżywała nanowo te wrażenia, które czuła wtedy, gdy rzucała na papier te obrazki, w swoich artystycznych wędrówkach.
Tymczasem głośne czytanie w szkole ucichło, rozległo się suwanie sprzętów i wnet na podwórze wysypał się rój dziewczątek; zaszumiało chychotem, piskiem, nawoływaniem.
Jednocześnie prawie drzwi mieszkania Magdy ktoś otworzył, rozległ się gruby głos, najpierw w kuchni, potem w przedpokoju, i jak burza wpadła do pracowni kobieta wysokiego wzrostu, chuda i zamaszysta, o siwiejących włosach, ubrana czarno.
— Magda, jesteś już?
— Jestem! — odparła artystka, nie przestając przerzucać kartek.
— No, dzięki Bogu. Myślałam, że znowu z twojej łaski będę musiała bawić twoją baronową, zamiast myśléć o obiedzie. Co robisz?
— Bawię się. Wiesz, ten nasz album z podróży. Jakbym tam była znowu!
— Dzięki Bogu, że to się skończyło. Ale kupiłaś jabłek?
— Jabłek?
— No, przecież ci mówiłam, że kucharka zapomniała, a żeś miała iść przez rynek, obiecałaś przynieść.
— A prawda! — podniosła głowę i zamyśliła się zupełnie seryo. — Byłam na rynku, alem zapomniała, co mianowicie miałam kupić. Nie przypomniałam sobie, więc wzięłam kwiatów na straganie. Ot, tam stoją.
— Dziękuję ci! Dostaniesz je na wety, bo ja nóg nie mam biegać za ciebie. Nigdy rachować na ciebie nie można.
— Ciekawam, com gorszego od kucharki? Jéj wolno było zapomniéć, a mnie nie? Patrz tu, poznajesz? To ty jesteś na widok frutti di mare w Wenecyi!
— Pfuj! Jeszcze mi stoją w oczach; a ten swąd! O, żem już mój Kraków zobaczyła!
— Nie pojechałabyś znowu ze mną?
— Za nic! Za nic.
— A ja choćby jutro!
— Zwaryowałaś... Masz tyle obstalunków.
— To i cóż? Mogą poczekać. Czekałam i ja na nie. Pojedziemy, Maryniu!
— Ani myślę. Dosyć głupstw. Siedź i pilnuj roboty, która ci chléb daje. I jeszcze jaki! Co prawda, dogadzając ci w twojéj pasyi do malarstwa, nigdym nie pomyślała, że z tego będzie jaki rzetelny pożytek.
— Dlaczegóż więc męczyłaś się tyle lat dla mnie w Dreźnie, Monachium i Włoszech? Myślałam, że wierzysz we mnie!
— At, naprawdę, kiedym objęła nad tobą opiekę, miałaś piętnaście lat: fatalny wiek! Wolałam z dwojga złego, żebyś smarowała płótna, niż w bezczynności zaczęła marzyć o oficerach.
— Malarzy kolegów toś się nie lękała! — zaśmiała się Magda.
— Te brudasy, waryaty! Zresztą, tam w szkołach to cię Filip pilnował. Byłam spokojna.
— Więc to Filip był moim Aniołem stróżem z twojego ramienia? Patrz, tu jest Filip, jak mu Anglik położył Bädeckera na świeżej podmalówce.
— Nie wspominaj mi tego chłystka! — burknęła. — Przez rok mógłby choć słówkiem się odezwać. Ale mu spadek w głowie przewrócił. Potrzebne mu były te krocie! Mógłby mi co dać na szkołę przynajmniéj, ale on się nawet nie pochwalił, nie spytał o radę...
Magda zatrzymała oczy na ostatniéj kartce albumu. Był na niéj stary mur przy Via Appia, pamiętający Cezarów, zwalisko potężne, z ciemnéj cegły, którą bluszcze spoiły. Płoty z suchego winogradu i ciernia okalały olbrzyma, a na jego szczycie wiek XIX-ty postawił czerwony słupek z izolatorem telegrafu. Drut przecinał szafir nieba; siedziały na nim dwie jaskółki przelotne, tuląc się do siebie.
— Wiész, co się z temi ptaszkami stało? — rzekła, pokazując siostrze obrazek. — Jedna uleciała, druga padła martwa. Znaleźliśmy ją w cierniach i pochowali w papierośnicy Filipa u stóp tych ruin.
— Trzebaż takie głupstwa pamiętać!
— A bo to nie było ostatnie, cośmy razem popełnili. Tegoż wieczora przyszła owa sławna depesza z Wiednia o spadku, i Filip pojechał.
— Będzie temu dwa lata. Dwa lata słowa nie napisać! Pracownia jego kosztuje mnie dwieście reńskich rocznie. Ciekawam, po co ja płacę? On już malować nie będzie!
— Pozwól mi ten koszt ponosić i nie mów źle o nieobecnych. Muszę mojego Anioła stróża wziąć w obronę. Ma wstręt do listów, wiesz o tém dobrze; przytém świat wielki, a on zawsze marzył, aby go zwiedzić. Jest teraz może na Alasce lub na Borneo. Z kolei przyjedzie i do Krakowa.
— Dużo rzeczy toleruję, lecz tracenia pieniędzy w podróżach wcale nie rozumiem. Włóczyliście mnie po wszystkich włoskich dziurach i kazaliście się zachwycać! Czém, proszę? Skała, woda, drzewo, niebo... to mi osobliwość! Tylko jedzenie tam jest osobliwie obrzydliwe i żebractwa więcéj niż gdzieindziéj! Ale po to nie warto jechać tyle dni i godzin.
— Widzę, że stanowczo nie dasz się na powtórzenie wędrówki namówić. Muszę zaproponować panu Sylwestrowi, aby mi towarzyszył.
— No, no, bardzo proszę! Gotowaś dla żartu to zrobić, a on uwierzy. Tego-by tylko brakło, żeby się go nigdy nie pozbyć.
— Co on ci szkodzi? Zacności człowiek.
— Doprawdy? Człowiek w jego wieku, żeby był zacny, toby siedział u św. Barbary, nie u ciebie. Modliłby się o śmierć szczęśliwą, ale nie przewracał oczu do młodéj dziewczyny, która może być jego wnuczką.
— Wiész, muszę wyrysować twoją minę, gdy mnie pan Sylwester ukradnie, bo uważam, że dobrowolnie mnie za niego nie dasz.
— A nie dam, bo to byłby nonsens. Gadałaś zawsze o kapłaństwie sztuki: bardzo pięknie. Chcę w to wierzyć, ale tylko w kapłaństwo bezżenne, jakem prawa katoliczka. Bądź-że sobie kapłanką, bo do niczego więcéj nie jesteś zdatna. Zastanów się, w jakim stanie byłby obiad twego męża i jego bielizna! A téż dzieciska nieszczęsne odraza dla uratowania ich od śmierci trzebaby oddać do podrzutków!
— To jest projekt genialny. Idę za mąż! Rozwiązałaś jedyną kwestyę, która mnie powstrzymywała w oddaniu ręki i serca panu Sylwestrowi.
— Tobie wszystko służy za powód do śmiechu. Rany Pańskie, ktoś dzwoni! To pewnie baronowa do portretu, a tutaj kurzu i śmieci po kostki! Otwórz okno, niech tylko terpentyna wywietrzeje.
— Ani myślę. Terpentyna utrzymuje moje makaty od najścia moli, a mnie jest koniecznie do życia potrzebna. Dawajże tu tę belladonnę.
Wstała dość opieszale i zrzuciła zasłonę ze stalug. Ukazał się napół podmalowany portret bardzo pięknéj kobiety w stroju balowym. Cała w bieli, stała wyzywająca, chłodna, na tle wschodniéj makaty.
Portret przepysznie się zapowiadał, wart sławy Magdy Domontówny, która przed rokiem dostała złoty medal w Salonie paryskim.
Spojrzała na swe dzieło i, umaczawszy szmatę w terpentynie, starła fałdę materyi, potém pilnie zaczęła ją przemalowywać.
W téj chwili baronowa weszła do pracowni, rzuciła na stół karton i rzekła, rozpinając stanik:
— Tym razem ja się spóźniłam, lecz to wina fryzyera, który mi nie mógł dogodzić. Pani już przy pracy?
— Zaledwie od minuty.
Obejrzała się na piękną panią, rozbierającą się przed zwierciadłem i uśmiechającą się do siebie saméj z lubością zupełnego zadowolenia.
Była bardzo piękna i ślicznie zbudowana, wyglądała na dziewczynę dwudziestoletnią, a miała lat trzydzieści i od dwóch lat rozwiedziona była z mężem, którego znano w Krakowie, bo służył tam dłuższy czas w wojsku; po zerwaniu z żoną wyniósł się i przepadł bez wieści. Ojciec baronowéj, aferzysta wiedeński, w Krakowie był znany jako dostawca wojskowy i tamże sobie żonę wynalazł, zbogaconą mieszczkę, która mu wniosła w posagu dwie kamienice i sporo gotówki. Skutkiem jakichś tajemniczych zawikłań w interesach musiał się z Austryi wynieść. Podróżował wiele z żona, za granicą się im córka urodziła i tam ją wychowano, tam téż stary umarł. Po jego śmierci wdowa zjechała do Krakowa, z fortuną poważną i piękną panną na wydaniu.
Tymczasem ludzie trochę zapomnieli o powodzie dobrowolnéj banicyi, resztę zatarły posag i uroda panny, i nikt się nie zdziwił, gdy złożyły wizyty i weszły do towarzystwa.
Coś w niespełna rok rotmistrz Faustanger o pannę się oświadczył i został przyjęty.
Małżeństwo to niedługo cieszyło się z sobą. Po dwóch latach rotmistrz przeniósł się do Styryi, piękna Alicya wróciła do matki.
Mówili jedni, że on był gwałtowny i zazdrosny, drudzy, że ona nudziła się w Krakowie, gdzie męża stale trzymała służba.
Te panie zeszły ludziom na jakiś czas z oczu; a gdy o nich trochę zapomniano, wróciły znowu i odtąd co rok spędzały tu kilka miesięcy, których stara radczyni używała do interesów, młoda pani do odpoczynku po zagranicznych sezonach.
Magda znała baronową od wiosny. Zamówiła portret, pozowała razy kilka i wyjechała do Ostendy, bo jéj się zdało, że ma reumatyzm, a troskliwość o zdrowie posuwała do dziwactwa. Teraz, za powrotem, przebłagała artystkę i znowu regularnie przychodziła codzień do pracowni.
Magda nie mogła się oprzéć piękności téj twarzy i kształtów; miała prawdziwą przyjemność umysłową w rozmowie z nią. Przyznawała jéj wykształcenie wszechstronne, wdzięk rzadki, łatwość obejścia i rozmowy; lecz pomimo to wszystko nie czuła do niéj sympatyi, przeciwnie — nieprzepartą nieufność i jakby strach. Przezwała ją żartem „ belladonną“ i nazwa ta krążyła po mieście, gdzie artystka miała całe legiony znajomych, przyjaciół i kolegów i lubioną była ogólnie.
Baronowa ubrała się szybko i stanęła do pozowania. Magda przyjrzała się uważnie, zmieniła trochę układ postaci i usiadła przed stalugami.
— Wolno mówić? — uśmiechnęła się piękna pani.
— I owszem.
— Czy pani mnie nie znajduje piękną?
— Ja! — zaśmiała się artystka, ubawiona pytaniem, wymówioném tonem rozpieszczonego dziecka. — Przeciwnie, widzę, że pani ma charakter i wyraz, rzadki przy takiéj piękności.
— To czemu mi pani nie powié tego nigdy?
— Zachwyty moje bywają milczące.
— Jak pani to mówi? Nigdy nie można dociec, czy pani żartuje, czy mówi seryo. To mnie i gniewa i zajmuje i podoba się.
— A jak pani się dowié, przestanę już zajmować?
— To zależy! Jeśli się przekonam, że pani drwi ze mnie, postaram się zadrwić z pani.
— Służę, i owszem! — odparła Magda, zawsze uśmiechniona.
Na sekundę brwi baronowéj zbiegły się i nozdrza rozdęły. Musiała być gwałtowna i nie przywykła do oporu. Magda wyraz ten przelotny uchwyciła jednakże, uśmiech jéj o cień jeden stał się bardziéj drwiącym.
Ale już baronowa ozwała się swobodnie:
— Mam do pani pretensyę. Zostałam obdarzona przezwiskiem wcale nie pochlebném. Zkąd mi pani daje własności trujące?
— Przeciwnie, to właśnie dowód, żem uznała pani piękność: Bella donna.
— A nie boi się pani jéj trucizny za przezwisko?
— Nie. Bardzo tytko nierozsądne i głodne ptaszki biorą się na te jagody. Ale któż to pani mój żart powtórzył?
— Ach, nie pamiętam nawet. Wbrew przysłowiu jest pani bardzo lubiana i poważana w kraju własnym i nie ma pani wrogów.
— Bo i ja wszystkich lubię. Jestem dzieckiem krakowskiém i bardzo gród swój kocham.
— I nie jest pani belladonną! — w zamyśleniu poważném wymówiła baronowa.
Chwilę milczały, aż piękna pani rzekła żywo:
— Chciałam spytać pani o nazwisko pani siostry. Wczoraj powiedziała mi je i wydało mi się znaném.
— Osiecka. Mąż jéj służył w ułanach i umarł młodo wskutek porażenia słonecznego w czasie manewrów. Zaledwie go pamiętam.
— Ma syna?
— Nie. Ma tylko mnie, którą wychowuje od dziesięciu lat.
— Spotkałam w Ostendzie młodego człowieka tego nazwiska.
— To pewnie Filip.
— Kto taki?
— Syn brata jéj męża.
— Pani go zna?
— Jakże! Jak brata i kolegę. Chowaliśmy się razem pod jego opieką.
— To dziwne, że mi o pani nie wspomniał, gdyśmy mówili o Krakowie.
Magda uśmiechnęła się po swojemu.
— Może miał ciekawszy temat do rozmowy.
Baronowa uśmiechnęła się także po swojemu, trochę lekceważąco.
— A może to kto inny? Średniego wzrostu, szczupły, złoty blondyn z czarnemi oczyma, śliczne ma zęby, a śmieje się często i żywy jak student. Wracał z Egiptu, opalony jak beduin. Grywał mi na tamecznej gitarze oryginalne wschodnie melodye. Ładny ma głos i ogólnie bardzo się może podobać. Przytém jest w nim coś tajemniczego; wygląda jakby po za jednym był drogi człowiek.
— Po za światowcem jest artysta.
— Więc naprawdę jest kolegą pani?
— Tak, ale raczéj mistrzem nigdy niedościgłym. Czyż nie mówił pani, że maluje?
— Ani wspomniał. Domyślałam się raczéj tego po świetnych opisach zwiedzanych okolic. Czuć, że co widział, widział dobrze.
— Szkoda! — szepnęła Magda. — Pracownia jego dwa lata stoi pustką, a na stalugach obraz rozpoczęty na wystawę. Przerwał go dla podróży do Włoch i ztamtąd w świat ruszył. Szkoda... nie powinien się zmarnować.
Była w téj chwili bardzo poważną, surową nawet.
— Wyglądał bardzo szczęśliwy i wesół. Naprawdę, po co ma być koniecznie sławnym!
— Czy pani nie wierzy w powołanie?
— Owszem wierzę, że nikt go nie spełnia.
— To wielka prawda. Dlatego tylu jest ludzi wykolejonych i złamanych. Wiedząc to i spotykając co krok, nie chcę, by Filip wśród nich się znalazł.
— Pani go widocznie wyszczególnia w swojéj sympatyi.
— Tak. Zresztą znam go jak siebie i wiem, czego jego dusza potrzebuje. Daj Boże, by on to sobie przypomniał!
— Sądzę, że go pani rychło zobaczy w Krakowie — rzekła baronowa z uśmiechem dwuznacznym.
Magda spojrzała na nią uważnie, badawczo i rzekła swobodnie:
— Ano, to będzie zupełnie naturalne.
— Co takiego?
— Co wart artysta, jeśli nie czci piękna?
Baronowa skrzywiła się.
— Znowu nie wiem, czy pani drwi, czy mówi seryo?
— Pani trochę zmieniła pozycyę lewéj ręki. Odrobinę wyżéj, jeśli łaska. Tak, dobrze.
— Pani się nigdzie w świat nie wybiera?
— Téj zimy nie. Mam mnóstwo zamówionych portretów i lubię swój Kraków.
— I ja tu zimuję, niestety! Matka z roku na rok jest skąpsza. Nie rozumiem, co będę robiła tu, w téj dziurze, przez tyle miesięcy!
— Tak, gdy się nawyknie do ruchu i zmian, trudno bez tego się obejść!
— Pani-bo szczęśliwa: ma swoją sztukę. Żebym ja umiała tworzyć, życie inaczej-by poszło. Ale ja tylko umiem naśladować, i to mnie doprowadza do rozpaczy. Z nudy wzięłam się teraz do czytania i muzyki, ale to mi nie wystarcza. Czy pani maluje cały dzień?
— O nie! Wstaję bardzo rano i odbywam dalekie spacery. Pracuję do obiadu, potém odwiedzają nas znajomi. Wieczorem, gdy jesteśmy same, czytuję głośno siostrze lub gram. Życie jak w zegarku. Zresztą siostra nie daje mi próżnować!
— Pani Osiecka ma szkołę podobno.
— Ach, to jéj konik. Zbiera między opłotkami dziatwę ubogą i dziką, i musztruje to stadko do południa. Co za tragikomiczne bywają codzień w tém państwie wydarzenia! Jest zawsze oszukana, wyzyskana i często jeszcze wyśmiana, ale zawsze z rezultatu rada. Podziwiam, jak jéj czasu wystarcza na tyle zajęć, bo mając już swoją ukochaną szkolę, należy jeszcze do zarządu dwóch ochron i przytuliska starców i kalek. No, i zarządza mną i moim domem, i ma mnóstwo towarzyskich stosunków.
— I nigdy się panie nie sprzeczają?
— Nie, ona na mnie często gdérze za roztargnienie, a ja się śmieję z jéj codziennych niepowodzeń z dziatwą. Zresztą harmonii naszéj nic nie zakłóca. Zanadto jesteśmy do siebie przywiązane.
— A ma téż pani kogo szczególnie wybranego wśród téj massy znajomych?
— O, zapewne. Mam koleżankę z Drezna, Berwińską: wyborna dziewczyna! Mam dwoje staruszków Zaklickich, którzy gospodarzą na ziemi, o mil parę za miastem. Ano, lubię bardzo Andrzeja Oryża, malarza, który mnie zawsze odsądza od wszelkich zalet, i pana Sylwestra, który mnie broni przed jego bezwzględną krytyką.
— Tego znam!
— To nietrudno. Niéma domu, gdzie-by nie bywał, i kamienia w Krakowie, któryby bez niego położono od lat pięćdziesięciu.
— Mówią, że jest bardzo majętny.
— Zapewne, jeśli mógł zgromadzić tyle cennych przedmiotów. Dom jego to istne muzeum.
— Doprawdy? Muszę się do niego zaprosić. Mam kult dla takich gratów starych.
— Znajdzie tam pani, co zechce: od bronzów do sztychów, od połamanych mebli do koronek.
— To nawet się opłaci ze staruszkiem poflirtować.
— O, niezawodnie! Tém bardziéj tutaj w cichym Krakowie, gdzie wybór, sądzę, niewielki.
— Pani toleruje tę zabawkę?
— Jeśli to kogo bawi... dlaczego nie?
— A pani tego nie próbuje?
— Flirtu? Nie! Zanadto jestem roztargniona, a to gra, wymagająca wielkiéj przytomności umysłu. Ciągłe-bym zapominała, żem zaczęła, i z kim właściwie.
W téj chwili zegar wybił godzinę. Baronowa zerwała się gwałtownie.
— Dla Boga! Już trzecia, a ja miałam o pierwszéj być u szwaczki. Anim się spostrzegła.
— Ani ja! — rzekła Magda obojętnie, nie przestając malować.
Baronowa ubierała się śpiesznie, trochę rozgniewana na siebie samą.
— To jest nie do darowania. Szwaczki już nie zastanę, a matka mi piekło zrobi o śniadanie. Cały porządek dnia zmącony. Teraz dopiéro czuję, jakem zmęczona. Członki mi ścierpły. Chyba już jutro sprawię sobie i pani rekreacyę.
— O nie — zaprotestowała Magda. — Jeszcze tylko tydzień posiedzeń; niech się pani poświęci. Wykończenie i akcesorya zrobię już bez pani, ale tego tygodnia nie ustąpię.
— Rada pani mnie się pozbyć, uważam.
— Bynajmniéj, ale musi pani odpokutować Ostendę.
— Cóż mam robić? Przyjadę, pod warunkiem, że pani mnie będzie bawiła. No, do widzenia zatém.
Już ubrana, podała artystce rękę w bardzo eleganckiéj rękawiczce i dodała z wabnym uśmiechem:
— Bardzo-bym rada i po skończeniu portretu pozostać w gronie znajomych pani.
Magda ukłoniła się w milczeniu i uścisnęła podaną dłoń. Potém przeprowadziła baronową do przedpokoju i wróciła do roboty. Malowała pilnie, korzystając ze świeżéj pamięci, zajęta wyłącznie swém dziełem, które coraz doskonaléj występowało, jak żywe, na płótno.
Krótko jednak dano jéj pracować, bo majorowa wpadła jak burza.
— Myślałam, że tu zanocuje! Czy sfiksowała? Nie wié, że w każdym porządnym domu ludzie są głodni o trzeciéj? Obiad przepalony, na nic! Chodźże prędzéj! Już tylko patrzéć, jak Oryż z Sylwestrem się zjawią.
— Daruję im moją porcyę. Patrz, czy dobrze?
Majorowa przysłoniła dłonią oczy i zachodziła to z prawéj, to z lewéj strony stalug.
— Podobna! Niéma co mówić. Ale to zgroza tak się obnażać. Nie mogę do tego przywyknąć. Ale wiész, com o niéj słyszała? Mąż się z nią rozszedł, dla gachów. Wszyscy oficerowie byli u niéj w łaskach.
— Dotychczas zbierałaś po Krakowie tylko błąkające się dzieci, teraz uważam, że zaczynasz zbierać plotki.
— To nie są plotki. Chcę, żebyś wiedziała, co o niéj mówią i żebyś była ostrożną.
— Dawno wiem, co mówią. Oryż przecie od tego jest, żeby mi prawił skandale; lecz nie cierpię, gdy kobiety ogadują się wzajemnie, i każda oczerniona ma we mnie obrońcę. Nie godzi się powtarzać oszczerstw nie popartych żadnemi taktami.
— A to wyśmienite! Więc to mały fakt, że mąż od niéj uciekł...
— Pewnie, że to niczego nie dowodzi. Mogli się w tysiącach innych rzeczy nie pogodzić. Zresztą, co mi tam! Nie cierpię, gdy kogo ogadują, i basta!
Majorowa zamruczała coś dla utrzymania swéj powagi i ostatniego słowa, ale serce jéj pełne było radości z oburzenia siostry. Ona czasem tak jéj próbowała dla przyjemności usłyszenia zdrowéj, śmiałéj prawdy. Lubiła tę dziewczynę nad życie za jéj szczerość i poczucie honoru. Dumna była, że wychowała taką, i pewna, że to jéj wpływ i zasady taką ją uczyniły. Chociaż, jeśli kto nad kim miał władzę, to Magda nad nią.
— Wiész, gdzie jest Filip? — ozwała się artystka, nie odrywając się od roboty.
— No?
— W Ostendzie grywał na gitarze baronowéj i tu prędko przyjedzie.
— Nie może być! A to chłystek! Niechże mi się na oczy nie pokazuje.
— Bo go wpakujesz do szkoły, jako moralnie opuszczone dziecko i włóczęgę.
— Więc się zakochał w téj lali, a ona się przechwala. Winszuję.
— Znowu zaczynasz. Ja zaś dziwiłabym się, gdyby się nie zakochał: nie byłby artystą. Ona się tém nie przechwala. Zanadto jest piękną, aby jéj już nie spowszedniały ludzkie zachwyty.
— Ja tam w niéj nic tak nadzwyczajnego nie widzę. At sobie!
— Maryniu, bo cię wygonię z pracowni! Bój się Boga, kobieto, spójrz na jéj linię, na kształt bioder, na karnacyę, na ramiona, na profil. Toć żywy posąg grecki.
— Dziękuję ci za taką piękność! Dosyć wstydu miałam, włócząc się z wami po galeryach. A ja ci powiadam, że to jest chorobliwe ten wasz zachwyt nad taką marnością. Zgnije i tylko fetor zostanie.
Magda ze złością rzuciła paletę, pendzel i zakryła portret.
— Żebym ciebie nie kochała, tobym znienawidziła! — zawołała oburzona.
A majorowa śmiała się z dobrodusznym tryumfem i, otwierając okno pracowni, rzekła:
— Dzięki Bogu, przecież postawiłam na swojem. Zjemy w porę obiad, bo oto Oryż dzwoni.
Magda obejrzała się za bronią odporną i porwawszy z dzbana pęk astrów, poczęła niemi uderzać siostrę, pędząc ją ku drzwiom i wołając żartobliwie:

Idź-że do jadła, napoju,
Zostaw-że mnie w spokoju,
A kysz, a kysz!

— Kto potrzebuje sukursu? — zawołał z salonu Andrzej Oryż.
— Naturalnie, ja — odparła majorowa. — Patrz pan, jak ona moje siwe włosy postponuje! Zgroza!
Malarz stanął przed Magdą i usiłował odebrać jéj pęk kwiatów. Był to człowiek młody, suchy i śniady, bardzo brzydki, nadzwyczaj bystrego wyrazu twarzy, przy którym zupełnie zapominało się o brzydocie. Magda, śmiejąc się wesoło, umykała mu kwiaty, wreszcie, zmęczona, rzuciła je na stół i wymknęła się z pracowni.
— Wróg sromotną podjął ucieczkę! — zadeklamował Oryż — pozostawiając łupy w ręku zwycięzcy.
Zebrał kwiaty i chwilę trzymał je w ręku, smutno się wpatrując. Wybrał jeden, włożył w klapę surduta, potem, jakby zawstydzony, wyjął. Na to wróciła Magda, już przebrana do obiadu, nucąc półgłosem.
— Co to? Pan stokrotki obrywa! — zaśmiała się.
— Tak, pytam, czy mnie kto kocha — odparł ironicznie.
— Niech pan mnie spyta. Ja wiem!
— A ja wcale słyszéć nie chcę tego, co pani wié. Wolę stokroć kochać bez nadziei, niż być kochanym przez kogoś obojętnego.
— To dowód, żeś pan bardzo jeszcze młody.
— Miałem już czas młodość zmarnować, ale miłość beznadziejna daje natchnienie, a tamta odbiera. Więc nie głupim zmieniać.
— Patrzcie-no, więc pan w sercu krwawą ranę nosi! Niechże się panu przypatrzę i oddam cześć.
— Słuszną. I przyjmuję. Uczynię panią nawet moją powiernicą. Kocham bez wzajemności moją praczkę.
— Winszuję, ale się jéj nie dziwię. Żadna praczka nie odda serca abnegatowi. Toby była za wielka ofiara. Miałam dzisiaj trzy godziny baronową... wie pan!
Oryż podszedł do stalug i odkrył portret. Długi czas przyglądał mu się w milczeniu — oczy jego zabłysły, nozdrza się rozdęły — nie mówił nic, aż ochłonął.
— Cóż... dzisiaj drzewo, czy bawełna? — spytała Magda, układając kwiaty.
— Nadmuchana cielęcina! — zdecydował Oryż. — Tak faszerować i ja-bym potrafił. Ta dama nie ma mięśni, ani krwi... to jest bohomaz! Takie sprzedają na łokcie po kramach na odpustach!
— Takie! — zaśmiała się Magda. — Kup mi pan trzy łokcie... takich świętych!
Spojrzała na swe dzieło, a Oryż jął jéj różne punkta wskazywać.
— Dlaczego to ramię spuchnięte? To, ani chybi, formuje się wrzód — a ten palec rzeczywiście jest krzywy. A te sine zygzaki czyż to mają być żyłki? Nikt żywy takich nie widział dotychczas. Gdybym był baronową, tobym to straszydło darował na kurtynę do gabinetu figur woskowych.
Magda słuchała bez gniewu, owszem z zajęciem, śledziła uważnie wskazane punkta i potakiwała głową.
— To prawda. Przemaluję jutro — rzekła.
— Na co się to zda? Zmaże pani jeden, a zrobi trzy błędy — odparł Oryż, wciąż się wpatrując.
— To zmażę wszystko!
Wzięła szczotkę i butelkę z terpentyną, i bez żartu zabierała się do roboty.
Wtedy Oryż prędko płótno zakrył i żywo rzekł:
— Po obiedzie. Po obiedzie!
Wybuchnęła śmiechem, a on spostrzegł, że się zdradził, i dodał, odprowadzając ją od stalug:
— Bo to daremny trud. Będzie pani znowu smarowała, i źle smarowała; więc po co z panią walczyć? To jest mania, a głupcy utrzymują w niéj panią. Świat tyle się zna na sztuce, co Sylwester. Maluj sobie pani dla takich.
— To dobrze. Wzroku panu nie będę więcéj zabijała widokiem bohomazów.
— O, dziękuję pani z całego serca — odparł wdzięcznie.
Oryż był prawie domownikiem u nich, bo się stołował i miał w przechowaniu u majorowéj swój kuferek z drogocennemi rzeczami. Nie trzymał go w swéj pracowni, bo ta bywała peryodycznie licytowana przez lichwiarzy. Mówił téż dlatego z przechwałką, że nigdy nie może nadążyć z robotą, i że każde jego płótno ma nabywców, zaledwie obeschnie.
Zdolny był niesłychanie, ale próżniak i cygan. Żył z illustracyi; pracował tylko wtedy, gdy go trzymano jak na uwięzi, albo gdy nie miał nawet centa na cygaro.
Rano wałęsał się bez celu. Po obiedzie szedł do knajpy; rzadko w domu nocował. Czasami ginął kędyś na całe tygodnie.
Majorowa lubiła go przecie, bo jéj codzień prawie przyprowadzał ze swych wędrówek obdartusów do szkoły i bardzo się tą szkołą zajmował. Zresztą miała to przekonanie, że zeń zrobi statecznego człowieka, i dlatego karmiła go dobrze, bo mówiła, że porządny wikt wpływa najskuteczniej na poprawę obyczajów.
Rzeczywiście, Oryż od roku, jak do nich przystał, dość regularnie przychodził i czasami nawet płacił. Gdy Magda malowała po obiedzie, czytywał jéj głośno, i jeśli go chciała mieć z sobą wieczorem w teatrze lub na spacerze — nie szedł do knajpy.
Przepadał czasami bez wieści, ale tylko wtedy, gdy te panie czas jakiś bywały zajęte towarzyskiemi stosunkami i o nim zapominały. Wracał wprost do nich i, jakby wczoraj pożegnał, prosił o klucz od kuferka, siadał do obiadu i plądrował po pracowni Magdy.
Majorowa wołała z jadalni. Zasiedli do stołu.
— Cóż słychać w szkole? — zagadnął Oryż, który jadł mało i nawet na potrawę nie spojrzał.
— Było ich dzisiaj trzydzieścioro — pochwaliła się majorowa.
— Winszuję. A moja Wikta nie uciekła jeszcze?
— Nie. Teraz mam na nie sposób. Daję śniadanie. Nie dość na tém! Białą kawę! Kto przychodzi umyty i uczesany, dostaje w dodatku bułkę.
— Bagatela! — zaśmiał się Oryż. — Na takich warunkach, tobym się i ja mył i czesał codzień.
— To mi doradził ksiądz Walery od Ś-éj Barbary. I wie pan, okazało się to nadzwyczaj skutecznem. Już dzisiaj dałam dwadzieścia bułek.
— Ależ to panią musi porządnie kosztować ta trzódka błędnych owiec!
— Tylkoż to! Żyję na koszt Magdy już teraz, a na tamto wystarczam ze swoich.
— To jednak musi być zabawne mieć zawsze pieniądze na każdą potrzebę.
— Warto, żeby pan tego spróbował. Czas się ustatkować, panie Andrzeju.
— Nie chcę! To nie szyk w naszym cechu — odparł Oryż pogardliwie. — O czém pani myśli? — zwrócił się do Magdy.
Drgnęła, budząc się z zadumy.
Ale on nie dał jéj odpowiedzieć.
— Niech pani nic nie mówi, bo będzie to kłamstwo.
— O, bardzo proszę! Nigdy sobie téj fatygi nie zadaję, aby zmyślać. Myślałam o Filipie.
— Odnalazł się?
— Tak. Poznała go baronowa w Ostendzie; ma tu przyjechać rychło. Myślałam tedy, czy się weźmie do pracy?
— Romansowania z baronową? To niezawodnie.
— Ależ jedno drugiego nie wyłącza! Miłość daje natchnienie.
— Jak komu; mnie przeciwnie.
— Ba, jeśli ktoś marzy o praczce! — odcięła.
— Lepiéj o praczce, niż o baronowéj. Bo ta rozskubie jego duszę na szarpie i zrobi z nich sobie taburecik lub poduszkę dla pinczera!
— Oho, pan nie znasz Filipa — wtrąciła majorowa. — Nie tak łatwo go rozskubać! Da sobie radę.
— Zresztą, co tam! — machnął ręką Oryż. — Człowiek po to żyje, by się zmarnować. Więc, czy się zmarnuje od knajpy, czy od buduaru, od długów czy od perfum... to rezultatu nie zmienia.
— Panie Andrzeju, bez urazy, ale przyjdź pan do szkoły na parę lekcyi katechizmu — rzekła majorowa żartobliwie. — Nauka niedługa, nietrudna do pojęcia, a równie skuteczna, jak rózga, na którą, niestety, już pan za stary.
— Dziękuję pani i skorzystam, skoro pani rozszerzy swój zakład i na chłopców.
— A wie pan, że już o tém myślę. Ksiądz Walery bardzo mnie do tego namawia. Tylko w tym domu za ciasny lokal.
— Dzięki Bogu. Mam jeszcze czas powałęsać się nad Rudawą, zanim mnie pani do katechizmu zapędzi.
Obiad był spożyty. Powstali tedy i przeszli do saloniku. Majorowa przyniosła stos dziecięcych zeszytów do przejrzenia, Oryż zapalił cygaro, Magda usiadła do fortepianu i brząkała coś od niechcenia.
Oryż słuchał chwilę, potem wstał.
— Nie jestem dzisiaj paniom na nic potrzebny? — spytał majorowéj.
— Ach, i owszem. Wyrysuj mi pan ładny zygzak na plecionki. Potrzebuję modelu, a u Magdy doprosić się go nie mogę. Narób mi pan téż ładnych monogramów do haftu!
Oryż, z widoczném zadowoleniem, przyniósł z pracowni papier i ołówki i na kolanie jął rysować. Nigdy go nie można było namówić, by używał stołu.
W téj chwili dzwonek się ozwał, i Magda rzekła:
— Jest pan Sylwester.
Gość był to niemłody jegomość, otyły, czerwony i uśmiechniony, bardzo starannie ubrany i ruchliwy. Wyglądał na człowieka, któremu życie szło gładko i wesoło, jak strumyk bardzo jasny, ale i gładki.
Już w przedpokoju gadał ze służącą, a witając towarzystwo, mówić nie przestawał.
— W przelocie wpadłem, okropnie mi się śpieszy! Mam dla pani majorowéj lokal, cacko, na szkołę. Radzę się śpieszyć, bo zajmą. Ale mówiłem z właścicielem, obiecał do jutra czekać. Nie było pani panno Magdo, dzisiaj na wystawie, a szkoda: są nowe kartony Matejki. Pana to chcę porwać z sobą, jako eksperta.
— Od czego? Alboż pan pijasz piwo?
— Pijam niekiedy. Ale nie o to rzecz idzie. Dano mi znać, że jest do nabycia prawdziwy Carlo Dolce. Boję się, czy nie blaga.
— I niezawodnie. Gdzież to cudo ma być? — spytała Magda.
— Na Podgórzu, u jakiéjś wdowy po muzykancie. Mam tu adres. A możeby téż i pani zechciała nam towarzyszyć? Pogoda prześliczna, przejedziemy się za jedną drogą. Mój powóz czeka.
— Dziękuję, ale nie mam ochoty. Słonecznych dni już mało; muszę z nich korzystać. Zresztą pewna jestem, że to kopia, albo naśladownictwo.
— A ja nie ekspert i nie pojadę — rzekł Oryż. — Filistrem nie jestem ani małpą, żeby mnie obwożono budą po mieście. Weź pan sobie Malickiego: ten się wysypiał dwa miesiące w Uficyach florenckich i dowodzi, że jest znawcą.
— Malicki jeszcze w Zakopanem bawi. Ale, słyszeli państwo, mają dawać pojutrze „Maryę Stuart“ z Modrzejowską. Dostałem ostatnią lożę. Może pójdziemy?
— I owszem — zgodziła się Magda.
Oryż coś zamruczał — zapewne znowu, że nie jest małpą, żeby się pokazywać w loży.
— Ale najciekawsza rzecz na końcu! — uśmiechnął się pan Sylwester. — Mam dla pani ukłony od pana Osieckiego.
— Od którego? — zawołała majorowa.
— Jużciż nie od nieboszczyka majora, bo pan Sylwester na ducha nie wygląda! — mruknął Oryż.
— Od pana Filipa. Przyjechał wczoraj wieczorem i kazał powiedziéć, że się wnet do pan zgłosi, gdy sobie locum upatrzy. Spotkałem go na Grodzkiéj: wychodził z magazynu z baronową Faustanger.
— Słyszeliście! — ruszyła ramionami majorowa. — Zgłosi się... patrzcie go. Co za fanaberya! Niech mu pan powie, że jeśli nie jestem u niego pierwszą, to żadną. Obejdę się bez jego wizyt obowiązkowych.
Pan Sylwester mocno się zdziwił takiemu przyjęciu wieści, którą miał za radosną. Oryż począł szydersko się uśmiechać.
— Tego by też do katechizmu, do szkoły.
— Ależ Maryniu — wtrąciła Magda. — Wczoraj przyjechał zaledwie.
— Więc wczoraj powinien był przyjść. Mój dom był jego domem dotychczas. Powinien był z kolei wprost zajechać po klucz od pracowni. Przecie dwa lata utrzymuję ją w całości!
— Ależ on nie zna naszego adresu! — rzekła Magda.
— Twój adres zna każdy dorożkarz. Zresztą, to są wykręty. Baronową potrafił znaleźć! Zobaczysz, że on nie nasz!
— Może być — ruszyła ramionami. — Jest już w tym wieku, że twojéj opieki nie potrzebuje.
— Ja téż z nią nie myślę się narzucać. Od jutra nie płacę za pracownię.
— Nie piać, ale się nie gniewaj, bo każdy pozna, że mówi przez cię wielka obrażona miłość...
— Wcale się nie zapieram. Wychowałam go dla siebie, a nie dla jakiéjś baronowéj.
— On też jéj za stryjenkę i opiekunkę nie uważa! — zaśmiał się Oryż.
— To jest cudowna kobieta — ozwał się pan Sylwester. — Ale ja się jéj boję.
— Nabierz pan odwagi, bo chce zwiedzić pana muzeum i trochę pobałamucić właściciela. Namówiłam ją dzisiaj do tego przy pozowaniu.
— Święty Wojciechu, strzeż mnie! — zawołał Sylwester z udanym strachem, a w rzeczy saméj mile połechtany zajęciem pięknéj pani.
— Zjedz trochę belladonny, staruszku, zjedz — dogadywał Oryż. — Masz strawny żołądek: nie otrujesz się!
— Więc była dziś u pani? Jakże portret? Cudowny... Marszałek prosił mnie dziś o protekcyę do naszéj artystki.
— Marszałek? Dawaj mi go pan! — zawołała Magda. — Co za pyszna głowa! Tego bym malowała z rzetelną przyjemnością.
— Skąpy jest i chciwy!
— A to mu zapłacę jeszcze, jeśli się zgodzi! — zaśmiała się artystka. — Zatrzymam portret, a jemu dam kopię!
— Nie pleć! — upominała majorowa. — Prawisz trzy po trzy; rozchodzi się to po mieście i robi ci niechętnych.
— Ja jestem jak studnia — bronił się pan Sylwester z całem przekonaniem, chociaż nigdy niczego w tajemnicy nie mógł utrzymać.
— Studnia publiczna — mruknął Oryż, oddając majorowéj gotowy rysunek.
— Wolno mi będzie zobaczyć portret? — prosząco rzekł Sylwester. — Tylko bez tego pana, bo on mi truje zachwyt.
— Jam téż nie ciekaw i odchodzę.
— Nie — rzekła Magda. — Pan zostanie i pojedzie z nami do tego Carlo Dolce, bo i mnie przyszła ochota.
— O pani, co za łaska! — wykrzyknął stary rozpromieniony.
— Co to, to nie! — zbuntował się Oryż. — Mówiłem raz, że budą nie jeżdżę. Żegnam państwa!
Kiwnął niedbale głową i wyszedł.
— Co za gbur! — szepnął Sylwester.
Magda zniosła obojętnie impertynencyę i otworzyła drzwi do pracowni.
— Spójrz pan na portret i jedźmy!
— Jak pani pozwalać może na takie zachowanie się? Ja bym go spoliczkował, gdybym miał prawo stanąć w pani obronie!
— Bywają grzeczności męskie daleko więcéj ubliżające godności kobiecéj, niż jego nieokrzesanie — odparła spokojnie. — W intencyi on mnie nie obraził. Pozór trzeba wybaczyć, jak źle wychowanemu dziecku.
Odkryła portret. Sylwester ręce złożył.
— Żywa, oddycha, krew w niéj krąży: to arcydzieło! Pani siebie przeszła!
Artystka prędko zasunęła płótno.
— Słuchać pana nie mogę. Pan się nie zna: tysiące błędów! Będę jutro poprawiała.
— Nie godzi się. To cudo. Klękajcie narody!
— Milczże pan przez litość i jedźmy!
Majorową zastali w przedpokoju, gotową do wyjścia.
— Jedziesz z nami? — zapytała Magda.
— Nie mam czasu. Stróż mi mówił o trojgu sierot po szewcu. Muszę się o nie dopytać. Mam też interes do siostry Róży u szarytek.
Magda nie nalegała. Życie artystyczne wyrobiło w niéj samodzielność i dojrzałość.
Wsiadła bez żadnéj złéj myśli do powozu pana Sylwestra i cieszyła się niefrasobliwie piękną pogodą, ruchem ulicznym i spotykanemi typami.
Znajomi, widząc ją, witali z uśmiechem.
Miała-bo wielu przyjaciół, z powodu szczerego i wesołego usposobienia, a bardzo mało zawistnych z powodu zupełnego braku pychy i zarozumiałości.
Była zupełnie szczęśliwą i swobodną.
Miała dostatek materyalny, dzięki fortunie siostry, miała sławę i talent, miała zdrowie i młodość, i była ogólnie kochaną.
Czasem, zastanawiając się nad swoim losem, mawiała do Heleny Berwińskiej, swojéj powiernicy i przyjaciółki:
— Wiesz? zanadto mi się wiedzie. Boję się odwetu losu i boję się sama siebie. Człowiek podobno nie spocznie, aż sobie wyszuka nieszczęścia!
Dziś, jadąc na Podgórze, po za wesołością i swobodą, czuła w sobie smutek. Nie zdawała sobie z niego sprawy, a raczej nie chciała go zgłębiać. Otrząsała się, jak człowiek z silną wolą, gdy czuje, że go choroba zaczyna męczyć.
— Głupstwo! — myślała — nie dam się. Zanadtom rozpieszczona powodzeniem. Zaczynam wynajdywać utrapienia.
Więc pozornie bawiła się, żartując z panem Sylwestrem. Minęli most i wjechali w przedmieście. Domki tu stały bez ładu, ukazywały się ogródki, parkany, stare zabudowania drewniane.
Nareszcie powóz stanął; trzeba było iść daléj pieszo. Zaczęli krążyć w labiryncie uliczek i podwórzy, rozpytując się przechodniów o wdowę po muzykancie.
Nagle stanęli przed urwistym brzegiem rzeki i ujrzeli przed sobą Andrzeja Oryża, leżącego na zapylonéj trawie i obserwującego chudego kota, jak się skradał do wróbli na dachu samotnego domku.
— A pan się tu zkąd wziął? — zawołał pan Sylwester zdziwiony.
— Z Krakowa — odparł, nie ruszając się.
— Powinszować panu charakteru w nogach.
— Mój ojciec był listonoszem, a matka roznosiła pieczywo, miałem więc po kim dziedziczyć.
— A myśmy dotąd nie odnaleźli téj wdowy.
— A ja już! Tam mieszka. Carlo Dolce jest fałszywy, ale gdybym mógł, to bym nabył.
— Chodźże pan z nami!
— Mam dosyć tego, com widział.
Magda weszła pierwsza do sionki, zawalonéj ogrodniczemi sprzętami, a z niej do izby nizkiéj i wilgotnéj, w któréj okna osunęły się aż do podłogi. Pustka z niéj wiała i chłód piwniczny.
Odrazu obraz uderzył jéj oczy, bo wisiał wprost drzwi, na nagiej ścianie, i paliła się przed nim lampka.
Kobieta, jeszcze młoda i rzadkiéj piękności, ale wyniszczona i blada, siedziała przy tapczanie, na którym leżało chore dziecko i, wpatrzona w obraz, półgłosem odmawiała litanię.
Na obrazie Matka Bolesna patrzyła ku ziemi — nad wyraz smutnie.
Na skrzyp drzwi kobieta zwróciła twarz i powstała ze stęknięciçm.
— Moja pani, to ten obraz na sprzedaż? — zagaił pan Sylwester z miną lekceważącą.
— A ten! — odparła lakonicznie kobieta.
— Hm, trzebaby go zdjąć i obejrzéć. A jakąż cenę pani za to chce?
— Ja go nie sprzedaję! — rzekła kobieta żywo oburzona samem przypuszczeniem. — To gospodarz za komorne.
— A gdzież gospodarz?
— Nie wiem. Ten grunt ktoś nabył niedawno. Domek mają znieść. Ma być jakaś fabryka. Wiem, żem winna za komorne; mają prawo wziąć obraz, bo nic więcéj nie mam, oprócz dziecka, które umiera.
Odwróciła się od nich i usiadła znowu przy tapczanie, ale się już nie modliła. Twarz jéj stała się ponurą i zawziętą. Patrzyła przed siebie z wyrazem dzikiego buntu.
— Co jest dziecku? — spytała Magda, pochylając się nad niem.
— Śmierć! — burknęła kobieta. — Wodą a trawą człowiek się nie nakarmi. Starszy dłużéj wytrzyma, bo rozum ma, a takie małe, to co ma zrobić? Kładzie się i gaśnie!
Dziecko było istotnie tylko cieniem. Spało a raczéj zamierało z wycieńczenia.
Pan Sylwester podszedł także i rzekł:
— Czemużeście mu dali do tego stopnia zmarnieć? To zgroza!...
— W piersi nie mam mleka, a krwi by nie piło — odparła kobieta dziko.
— Idźcie, kupcie, co trzeba — rzekł, podając jéj srebrnego guldena.
Kobieta ruszyła ramionami.
— Po co mu mam konanie przedłużać? Dajcie mi pokój! — mruknęła.
— Szalona! — szepnął Sylwester.
Magda otworzyła drzwi do sieni.
— Panie Andrzeju! — zawołała.
Podszedł i spojrzał na nią badawczo.
— Przynieś pan drew, mleka i wina!
— Już-bym to zrobił bez pani, gdybym miał był choć centa w kieszeni!
Podała mu swoją portmonetkę i odetchnęła głęboko, jakby ją dławiło chwilami.
Potém wróciła do izby i rzekła do pana Sylwestra:
— Weź pan swój powóz i sprowadź doktora, ja tu zostanę.
— Natychmiast. Że mi to nie przyszło na myśl! Lecę, lecę!
Magda znowu pochyliła się nad dzieckiem i, nie mając nic innego pod ręką, przykryła je swoim żakietem. Nie odzywała się więcéj do kobiety.
Po chwili wpadł Oryż z wiązką szczap i dwiema butelkami pod pachą. Nie czekając rozkazu, rozpalił ogień na wystygłym oddawna kominie i grzał mleko. Magda, szukając po kątach, znalazła tylko wyszczerbiony garnuszek. Nalała weń wina i podała kobiecie.
— Wypijcie i pomóżcie dziecku dać trochę mleka.
Potrząsnęła głową i spojrzała pożądliwie na mleko.
— Ja nie chcę. I ono może już nie przełknie.
— Spróbujemy. Przełknijcie wy pierwéj, żeby garnuszek dla niego opróżnić.
Wtedy kobieta wypiła wino już bez protestu. Potém uniosła trochę głowę dziecka i zaczęła mówić zmienionym głosem.
— Jaśku, mój robaczku, otwórz ślepki. Mleczka ci mama da! Nie śpijże, powąchaj, jak mleczko pachnie.
Dziecko ocknęło się, błysnęło okiem, poruszyło ustami i przełknęło łyk jeden. Twarz matki rozjaśniła się dziwnie i zaczęły z oczu łzy padać, bez łkania.
Oryż zbliżył się do Magdy, wziął jéj rękę i pocałował.
Spojrzała nań zdumiona.
— Przepraszam panią, ale jestem z pani bardzo rad i nie wiedziałem, jak okazać — rzekł czerwony ze wstydu.
— Bardzo mi przykro, że pan musiał aż do tyla swą godność poniżyć — odparła z uśmiechem. — A teraz idź pan i przynieś cokolwiek dla matki!
— Idę, ale niech pani nie dopuści, by Sylwester ten obraz kupił. On gotów zań zapłacić, żeby pani się przypodobać, a téj kobiecie zrobi niesłychaną przykrość.
— Dobrze, bądź pan spokojny i wracaj prędko.
Wyprawiwszy go, powróciła do kobiety, któréj łzy ulżyły nieco, bo rzekła łagodniéj:
— Możeż to być, że on wyżyje?
— Doktor zaraz będzie. Niech pani teraz sama trochę mleka wypije i będzie dobréj myśli. Zrobi się wszystko, co w ludzkiéj mocy, aby chłopak wyzdrowiał wam na pociechę.
— A za co pani tyle robi? Ja pani niczem się nie wypłacę!
— A owszem wypłaci mi pani dobrém słowem i uśmiechem. Od téj wypłaty nie zwolnię!
Mówiła to serdecznie, szczerze, aż kobieta znowu płakać zaczęła, zwalczona w swéj zaciętości.
— O, byle on żył, to krew dam za panią! Byleby on żył i bylebym żebrać nie potrzebowała! Nie umiem tego, nie mogę.
— Nie, nie. Znajdzie się praca, zajęcie i spokój. Otóż i doktor.
Pan Sylwester przywiózł swojego medyka, znajomego Magdy. Już wiedział, do kogo jest wzywany, i życzliwie zajął się chorym.
Uspokoił matkę, dał polecenie, obiecał codzień odwiedzać.
— Ale matkę trzeba gwałtem zmusić do snu i wypoczynku, bo inaczéj ona umrze. Trzeba tu będzie przysłać szarytkę na dni kilka — rzekł do Magdy.
— Ja pójdę do sióstr — ofiarował się Oryż — i zaraz jedną przyprowadzę.
— A ja obraz kupię, choć to fałsz, ale będę go miał na pamiątkę naszego spaceru — rzekł pan Sylwester, uradowany z pomysłu.
— Zrobię panu obrazek téj izby na pamiątkę — odpowiedziała Magda — a ten niech im zostanie. Trzeba się dowiedzieć, kto jest właścicielem rudery, i zapobiedz, aby ich ztąd nie wypędzono.
— Już wiem! — zawołał Oryż. — Piekarz mnie objaśnił. Te place nabyła na licytacyi matka baronowéj.
— O, to pewnie zrobiła dobry interes! — wtrącił doktor. — Szalony ma nos do interesów; tylko ją córka kosztuje summy!
— Będę u nich dzisiaj wieczorem, to interes załatwię! — rzekł Sylwester. — Muszę się pochwalić, jak małym kosztem nabędę płótno naszéj sławy.
— Ależ pan massę uczynił! Przecie panu ci biedacy będą zawdzięczali życie. Żeby nie kolektorska żyłka, nikt-by o nich nie wiedział.
— A co? Widzi pani! Sylwester wszędzie się zda. Ale jakże się oni nazywają? Muszę to sobie zanotować.
Kobieta nie słuchała ich rozmowy, i gdy do niéj się zwrócił, przeraziła się, nie wiedząc czego żąda. Musiał trzy razy pytanie powtórzyć.
— Pan pyta o nazwisko? — odparła wreszcie i zawahała się sekundę. — Boiński zwał się mąż, ale my nie tutejsi.
— Boiński! — zawołał Oryż. — Może Stefan?
— A Stefan. Dlaczego się pan pyta?
— Z pod Buczacza? Z Kalinówki?
Kobieta skinęła głową, patrząc badawczo na malarza. Ten się roześmiał dziwnie.
— To już teraz wiem wszystko! Patrzcie no, jak to daleko ludzie odlatują! Ja jestem Andrzej Oryż. Pani o mnie nic nie wie, ale ja o was wszystko. Ja też z tamtych stron rodem. Mój stryj był proboszczem w Buczaczu.
Patrzyli na siebie uważnie, i znowu Oryż dziwnym śmiechem wybuchnął.
Obecni przysłuchiwali się ciekawie, ale nikt nie pytał; tylko Sylwester, nie mogąc się pohamować, wtrącił:
— Musieli państwo być w lepszym bycie niegdyś. Fortuna kołem się toczy.
Kobieta, milcząc, ruszyła ramionami, a Oryż za nią odpowiedział:
— Fortuna w naszym wieku nie jest ani ślepa, ani stoi na kole. Daje się osiodłać, okiełznać, i jeżdżą na niéj żydzi. Chciałem raz to nawet wymalować, ale żem portretował i ją i jeźdźca, więc mi panna Magda odradziła dla świętego spokoju.
Doktor zaczął się żegnać, a i Sylwester kręcił się niespokojnie. Magda z żalem pomyślała o odwrocie.
Spojrzała raz jeszcze po izbie — do której weszło w téj chwili zachodzące słońce i rozpromieniło krzywe ściany — pocałowała skroń dziecka, uścisnęła dłoń kobiety i, obiecawszy przyjść rano, wyszła, pełna wielkiej radości.
Gdy wysiadała z powozu, podała szczerze dłoń panu Sylwestrowi i rzekła z uśmiechem:
— Dziękuję panu za spacer i za Carlo Dolce! Wyszukuj pan więcéj takich. Dawno nie miałam tak przyjemnego popołudnia.
Stary przypadł do jéj ręki i całował, rozpływając się z zadowolenia.
— Pani moja, pani moja! Ty wiész, że żyję tylko myślą o tobie — jąkał przejęty. — Żebyś chciała, żebyś raczyła!
Ale Magda nie chciała, ani raczyła słuchać daléj. Całą siłą woli hamowała śmiech i rzekła, o ile mogła, najpoważniéj:
— Polecam panu załatwienie sprawy komornego. Zresztą biorę tych biedaków pod swoją opiekę. Kobieta musiała być bardzo piękna. Tymczasem do widzenia panu!
Zadzwoniła. Sylwester wzdychał i głową trząsł żałośnie.
— Żeby temu lat trzydzieści! — szepnął.
— Toby pan nie przeprowadzał mnie, lecz inną! — zaśmiała się, wchodząc do mieszkania i żegnając go kiwnięciem głowy.
W salonie majorowa siedziała nad robotą przy lampie. Szyła ciepłą odzież dla swéj trzódki i, zamiast spytać siostry o powód opóźnienia, rzekła posępnie:
— Filip nie przyszedł.
Magda uczuła wielką przykrość i zawód, ale nie chciała tego okazać i tylko poruszyła ramionami.
— Cóż robić? Nie czekaj go, to nie będziesz cierpiała.
Wzięła książkę i zaczęła opowiadać siostrze zdarzenie z Boińską.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.