Jędza/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Jędza
Podtytuł powieść
Data wydania 1899
Wydawnictwo Redakcya „Gazety Polskiej“
Drukarz J. Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IV.

Kiedy po przespaniu się w pierwszym lepszym zajezdnym domu, Ginejkowie nazajutrz zrana weszli do mieszkania dwóch kobiet, znaleźli już w niem wszystko na przyjęcie ich przygotowane, a Jadwiga spotkała ich u progu, w czarnej świątecznej sukni, wielce zresztą skromnej, ale w której było jej bardzo do twarzy. Sen świąteczny także, dłuższy i spokojniejszy, spędził z jej powiek czerwone obwódki, a z policzków i czoła starł żółtawe smugi. Powitała krewnych wesołem oznajmieniem, że za godzinę najdalej będą oni jej i jej matce do kościoła towarzyszyli.
— A gdzież babunia? — zapytał Stanisław.
Jakby w odpowiedzi na to pytanie, za zamkniętemi drzwiami przepierzenia dało się słyszeć klapiące uderzanie jednej o drugą starych podeszew, oraz chrypliwy głos wołający donośnie:
— Jezus, Marya! Boże zmiłuj się nad nami! Kto tam taki po kuchni łazi?
Z kuchni zaś cienki głosik odkrzyknął:
— Do nóżek upadam! To ja, Ambrożowa! Panieneczka dobrodziczka dziś raniuteńko do mnie przybiegła i na cały dzionek mię umówiła. Do miasteczka po sprawunki już biegałam i obiadek teraz gotować zaczynam. Radosny nam dziś dzionek nastał! Pan Jezus Chrystus w żłobku, ubogieńki, maleńki nam się narodził. Świątek wesoleńkich, mileńkich winszuję!
Stanisław do drzwi zamkniętych podszedł, i uchylając je nieco, zapytał:
— Czy można babuni dzień dobry powiedzieć?
— Śmierć! zginienie! choroba! nieszczęście! Niechże choć łachman jaki na siebie zarzucę!
— Ja go zarzucić pomogę!
Zupełnie za przepierzeniem zniknął.
— Dzień dobry, babuniu! Świąt winszuję! Proszę mi dać tę spódnicę, bo jak ja trzepnę, to będzie dopiero wytrzepana... trzask, trzask! Już czysta! A teraz kaftan trzepać? Nie trzeba! No to dobrze! Ale garnirowanie u czepeczka zgniecione! Zaraz odchucham! Chu, chuu, chuuu! Ot jak tiule powstają! już gładziuteńkie! Czy babunia już uczesana? Jeszcze nie! to proszę grzebuszek dać... Niechże babunia pozwoli! A co, czy źle czeszę! Takie śliczne nioby będą z przodu, a z tyłu warkoczyk splotę... Jaki u babuni jeszcze piękny czarniutki warkoczyk! Ot już i nioby gotowe. Proszę w lusterko spojrzeć, jaka babunia w nich ładna!... Jak Boga kocham, aż pocałować chce się! Nie można! nic nie szkodzi! Ja jednak pocałuję!.. Ot tak! ot tak! podawnemu...
Z tym potokiem słów Stanisława łączył się drugi potok mruczenia, łajania, wymieniania wszystkich plag i klęsk tego świata, wychodzący z ust Szyszkowej, a do dwu tych, nieustannie gadających za przepierzeniem, głosów przyłączył się z kuchenki wychodzący trzeci, piskliwy i głupkowaty:
— Oto mileńki, wesoleńki paniczek! Daj Boże paniczkowi zdrowia, że tak swoją babunię kocha i pieści!... Ot, śmieje się nasza babunia... ot i rozweseliła się biedulka, o wszystkich swoich zmartwieńkach zapomniała!
Jadwiga i Aleksander uśmiechali się także i zcicha rozmawiali:
— Jaki Staś poczciwy, że mamę tak rozweselił! Od kilku lat nie śmiała się tak, jak teraz. Dziś w nocy obudziłam się parę razy, i zawsze słyszałam, że nie spała i płakała...
Aleksander niecierpliwy gest ręką uczynił.
— Oj, jak Boga kocham, dałbym ja Władkowi i Józiowi w skórę, za takie postępowanie z matką...
Jadwiga żywo mówić zaczęła:
— Dlaczego nie chciałeś jasno i wyraźnie mówić, kiedy cię wczoraj kilka razy o nich zapytywałam? Czy już tak źle jest z nimi? Mamy zapewne złemi wiadomościami gorzej jeszcze gryźć nie trzeba, ale ja powinnam wiedzieć o wszystkiem.
Ginejko namyślał się chwilę; wyraz strapienia zasępił jego grube i ogorzałe czoło. Resztę herbaty ze szklanki wychylił, a gdy Jadwiga drugą nalewać zaczęła, szeptem i co chwila na przepierzenie oglądając się, zaczął:
— Nic znowu tak osobliwego... są nawet ludzie, którzy przypisują Władkowi spryt nadzwyczajny i bogactwo mu przepowiadają. Ale ja za taki spryt i za takie bogactwo bardzo dziękuję. Wolałbym ulice zamiatać, niż takim sposobem skarby zbierać.
— Z kilku waszych słów wczorajszych zrozumiałam, że został pokątnym doradcą — szepnęła Jadwiga.
— Najgorszego gatunku — równie cicho odszepnął Ginejko: — ciemnych i biednych ludzi łapie, namawia, oszukuje, po sądach ciąga, ze skóry odziera. Chociaż to brat twój, Jadziu, ale być nie może, abyś nie wiedziała o tem, że od dzieciństwa był on zawsze samolubem i spekulantem. Matka przepadała za nim, wad też żadnych w nim nie widziała; ale dla ciebie, Jadziu, wszystko to chyba nie nowina?
Milcząc i ze spuszczonemi oczyma głową skinęła.
— Widzisz! Cóż więc dziwnego, że puścił się na złą drogę?... Więc też obaj ze Stasiem widywać się z nim przestaliśmy. Kiedy ty z matką w świat po zarobek wyjechałaś, on spotkawszy nas, głośno śmieje się i mówi: „Wiesz Oleś? baby mi chwała Bogu z karku zjechały!“ Mnie aż ręka zaświerzbiała, aby w twarz go palnąć; alem tego nie zrobił, bo na ulicy bijatykę wszczynać brzydko. Tylko, kiedy on rękę do mnie wyciągnął, ja swoją za plecy schowałem. „Nie, braciszku, powiadam, ręka moja czarna i twarda, ale czysta, a z twojej choć taka biała, garścią błoto zbierać można. Ja tobie już ani brat, ani swat, ani nawet znajomy. Adieu!“ Staś słowo w słowo tak, jak ja. Rękę też za plecy założył i mówi. „Biednych ludzi oszukujesz i odzierasz, matkę i siostrę na cztery wiatry puściłeś. Ja tobie tak samo, jak Oleś, ani brat, ani swat, ani znajomy. Adieu!“ Pokłoniliśmy się czapkami i poszliśmy w swoją stronę, a on poszedł w swoją. Od tego czasu nigdy nie widzieliśmy się zbliska; ale od ludzi słyszałem, że doskonale mu się powodzi i grosiwo zbiera. Teraz podobno w jakiś łajdacki interes wlazł, z którego mieć będzie, jak to powiadają, wóz albo przewóz. Jeżeli łajdactwa nie odkryją, grube pieniądze zarobi; jeżeli odkryją, w kryminał wlezie i żółtą łatę na plecy może dostanie. Ot jak...
Zarumienione czoło dłonią potarł, i rozgniewanym, zgryzionym wzrokiem w szklankę herbaty się wpatrzył.
— A Józio? — po chwili ciężkiego milczenia spytała Jadwiga.
— Ten, jak wiesz, zawsze od Władka był lepszy, to jest lepsze serce miał, takim chytrym, ani chciwym, jak Władek, nie był. Ale to znowu pustak i próżniak... przytem, chłopiec śliczny, jakby go kto z najpiękniejszego obrazu zdjął. Do wojska poszedł, dlatego, że mu w mundurze do twarzy było. On, kiedy nie musztruje się, to w lustro patrzy, a kiedy w lustro nie patrzy, to z kolegami i dziewczętami hula. Może on nawet i ma dla was trochę serca, ale tyle o sobie samym myśli, że o kimś innym pomyśleć czasu nie ma. Odkąd z pułkiem swoim gdzieś daleko wywędrował, nikt z nas o nim ani słyszał. Jednak, mnie się zdaje, że Józio pewnie kiedykolwiek jeszcze odezwie się do was... pewnie odezwie się... bo co do Władka, to wątpię... chyba jeżeli wzbogaci się bardzo, to może i wam cokolwiek ze swego bogactwa rzuci.
— Tylko, że ja pewnie nie podejmę tego, co on mi rzuci! — wyłkała więcej, niż wymówiła Jadwiga, i wyprostowana, drżąca, z płaczem zapartym w piersi, a głową podniesioną, przemieniła się niby w płomień gniewu i dumy.
Aleksander wziął jedną z jej rąk i zamknął ją całkiem w swoich dwu dużych, muskularnych dłoniach:
— Dobrze, siostrzyczko, tak trzeba! Ja tak samo! Rzuconego nie podejmę za nic, a około brudnego, choćby to był brylant najdroższy, splunąwszy przejdę... Pysznie we wszystkiem zgadzamy się z sobą!
— Cicho! Mama idzie! Ani słowa o tem przed mamą!
Ponurą chmurą czarne nioby, ręką Stanisława ułożone, spuszczały się nad głęboko ciemnem i zbróżdżonem czołem Szyszkowej; ale świąteczna suknia barwy kawowej i białe garnirowanie czepka nadawały jej znowu pozór czysty i przyzwoity. Mniej posępne niż zwykle jej oczy, bystro przemknąwszy po twarzach Jadwigi i Aleksandra, błysnęły zadowoleniem, lecz zaraz sposępniały znowu, i z gniewem wlepiając je w córkę, zawołała:
— Śmierć! zginienie! nieszczęście! choroba! Czegóż ty znowu zmarszczona siedzisz, jakbyś cytrynę zjadła, albo matkę wczoraj pochowała? Jezus, Marya! Krewni przyjechali, odwiedzili, tacy poczciwi, przyjemni! Poweselałaby, zdaje się, pośmiała się, pogawędziła, jak inne młode panny... Ona, nie! gdzie tam! Czoło zmarszczy, usta nadmie i siedzi, jak ta mumia egipska! Potem zaś, dziw się, że nikt nie przylgnie do niej, nie przywiąże się, nie polubi... Jezus, Marya!
Mówiłaby pewno dłużej, gdyby nie Stanisław, który w pół ją objął i na krześle przed szklanką herbaty posadził.
— Niech babunieczka herbatę pije, bo do kościoła iść pora, a ja przy babuni usiądę, i także herbatę pijąc, opowiem o tych znajomych, o których babunia pytała, kiedy ja na odpowiadanie czasu nie miałem, bo bardzo uważnie zaczesywałem nioby...
Jadwiga szybko się odwróciła i zaczęła wydobywać z szuflady ubranie, w którem za chwilę na ulicę wyjść miała; ale w nisko pochyloną twarz jej spojrzały wkrótce siwe oczy Aleksandra tak współczujące i przyjazne, że poruszeniem niewymownej ulgi rozwarły się jej usta i osiadł na nich ukojony, rozrzewniony uśmiech.
W kwadrans potem, na ramieniu jego wsparta, szła chodnikiem, w skromnym kapelusiku i obcisłem futerku, zgrabna i żwawa. Wesołą też była: Szyszkowa, gdyby patrzała na nią w tej chwili, nie mogłaby już jej nadętości i ponurości zarzucić. Ale Stanisław poprowadził babkę przodem, a tak szybko, że zdaleka już tylko widać było, jak z przygarbionemi pod futrzanym kołnierzem plecyma i głową w kapturze naprzód podaną, obok zamaszystego chłopca po śniegu dreptała. Jadwiga zaś śmiała się z żartów Olesia, który z zupełną powagą utrzymywał, że Staś i babunia rozkochali się w sobie, i że będzie to romans ciekawy.
— Byleby tylko Staś czegoś niepotrzebnego przed mamą nie wygadał! — nagle zaniepokoiła się Jadwiga.
Zapewnił ją, że Staś wie dobrze, iż całą rzecz o Władku pilnie przed nią ukrywać należy.
— Bo mnie się zdaje, że mama nie przeżyłaby chyba tych wiadomości, — rzekła Jadwiga.
Tu opowiedziała krewnemu, jak w pierwszych latach jej samodzielnej pracy, matka trwożyła się o jej uczciwość. — „Czy akuratnie rachunek spisałaś? Czyś przez roztargnienie nie wzięła więcej, niż się należało? czy nie zapomniałaś jakiego kawałka materyi oddać właścicielce“ — zapytywała nieustannie. Sama, kiedy trzy grosze komu winna, spokoju nie ma, dopóki nie odda. Często też, w lepszych chwilach, które zresztą trafiają się coraz rzadziej, uczciwość zmarłego męża wspomina. „W pocie czoła pracował, mawia, biednym człowiekiem był, ale jak łza czystym, najmniejszej krzywdy ludzkiej na sumieniu nie mającym“. Niedawno jeszcze, wyrazy te, przed szewcową, która czasem na gawędkę do niej przychodzi, powtórzywszy, dodała: — „Dzieci też po nim i po mnie poszły. Pewno o żadnem z nich nikt nie powie, że cokolwiek niepoczciwego popełniło“.
Ze smutnemi uśmiechami Jadwiga i Aleksander spojrzeli na siebie i, głowami wstrząsając, jednomyślnie szepnęli:
— Niechajże w tem złudzeniu jaknajdłużej sobie pozostaje...
Wkrótce jednak rozweselili się znowu. Jadwiga spostrzegła, że spojrzenia niektórych przechodniów z zajęciem zatrzymywały się na jej towarzyszu, a potem ciekawie spływały i na nią. Ten wysoki, przystojny człowiek w zgrabnym kożuszku i wysokich butach, z energią i męskim wdziękiem w ruchach i rysach twarzy, zwracał na siebie uwagę ludzi, którzy na wąskim chodniku spotykali się z nim zbliska. Spostrzeżenie to taki wpływ na nią wywarło, że podniosła twarz oblaną wyrazem tryumfu, i wśród tłumu krzyżującego się na chodniku, pilnie znajomych twarzy upatrywać zaczęła.
Jakoż w tej samej prawie chwili wysunęła się z za niej, w tym samym co ona kierunku idąca, gromadka dzieci równego wzrostu, a wnet potem, o ramię jej ocierając się ramieniem, mijała ją owa niemłoda i wesoła pani, która wczoraj tak głośno i serdecznie cieszyła się z uszytej przez nią sukni. Mijała, lecz nagle spostrzegła ją i, zwalniając kroku, w oprawie swoich figlarnych loczków i napuszonego piórami kapelusza, rozpromieniła się cała.
— A! dzień dobry pannie Jadwidze, dzień dobry! Jak pani dziś ślicznie wygląda! Czego pani taka wesoła? Tę suknię pokazywałam wczoraj dziesięciu osobom, i wszyscy od zachwytu nad nią odejść nie mogą! Ale czemu pani tak wesoło dziś wygląda. Mężowi memu suknia podobała się także, i mówi, że mi w niej bardzo do twarzy...
Tu głos zniżyła:
— Z kimże to panna Jadwiga idzie? Kto jest ten młody człowiek?
Ona wnet z uśmiechem mówić zaczęła:
— Bliski krewny mój, Aleksander Ginejko... wzrastaliśmy prawie razem, ale potem nie widywaliśmy się już przez lat wiele... Wczoraj przyjechał do mojej matki i do mnie z bratem swoim Stanisławem... Bliski krewny mój... Umyślnie przyjechali do nas, aby z nami Święta przepędzić... Tamten mamę do kościoła poprowadził... Bliscy nasi krewni!...
Filuterne oczka wesołej pani bystro i przyjaźnie w jej twarz patrzały.
— Winszuję, winszuję, święta weselej przejdą!
Pochyliła się do samego prawie jej ucha:
— Ten krewny pani bardzo przystojny!
Jadwiga rumieńcem spłonęła, a ona, za dziećmi, które już znacznie się były oddaliły, śpiesznie pogoniła.
Teraz on dopytywać się zaczął, kto była ta pani, która z nią rozmawiała? — a ona, odpowiadając na jego pytania, nie przestawała myśleć o tem, jak to w życiu człowieka jeden dzień do drugiego niepodobnym bywa! Ta sama, zdaje się, co i wczoraj ulica, te same domy, ten sam śnieg, ci sami ludzie, a przecież jej tak inaczej, zupełnie inaczej! Otóż i narożna kamienica, o którą wczoraj oparła się była wśród zmroku, śmiertelnie smutna i zmęczona! Tu stała, płacząc i łając sama siebie za to, że płakać sobie pozwala. Teraz, dziwi się tylko. Jak to! ona płakała wczoraj! Jakże była głupią i niedoświadczoną, aby nie wiedzieć, nie przewidzieć, że po smutku musi nastąpić i radość! Ale naprawdę, czegóż ona tak bardzo się cieszy? I co jeszcze dziwniejsza, to, że z radością tą łączy się także duma.
Poprostu dumną się czuje, i chociaż ciągle z towarzyszem rozmawia, po głowie jej plącze się myśl, że dobrze byłoby, ach! jak dobrze, aby spotkał ją teraz ów wczorajszy miły jegomość. Zobaczylibyśmy, czy śmiałby jej ubliżyć! O, nie, najpewniej! W ten sposób postępować można tylko z takiemi dziewczętami, które zbiedzone, skłopotane, za zarobkiem goniące, samotnie tułają się pośród obcych, ale nie z takiemi, które chodzą po świecie z kimś swoim, bliskim, przyjaznym. Niechby zobaczył ją teraz i przekonał się, że i ona także nie jest słomką przez wiatr ze śmietniska porwaną i po cudzych wschodach i kątach noszoną, lecz jak każdy prawie człowiek na świecie ma krewnych, przyjaciół, ludzi sobie bliskich, którzy ją szanują, lubią, a w razie potrzeby obronić potrafią!
Zamiast jednak człowieka, którego tak nienawidziła, a w tej chwili przecież spotkać pragnęła, oko w oko spotkała się z dobrze znajomą sobie parą ludzi: ślusarzem Michałem i młodą jego żoną. Krótko byli w kościele, śpiesznie wracali do domu i dziecka. Ona wysmukła, ładna, z różową od mrozu twarzą, w oprawie żółtawej chustki, przystanęła, i zatrzymując męża, z którym szła pod ramię, zaszczebiotała:
— Dzień dobry pani!... A! Pan Bóg gości na święta zesłał! Słyszeliśmy wczoraj, jak państwo wesoło sobie śpiewali, i aż zdziwiliśmy się, bo w tem mieszkaniu zawsze tak cicho i smutnie, że doprawdy najsmutniej ze wszystkich mieszkań, co są na calutkim dziedzińcu... Aż tu wczoraj i u państwa nastał ruch, gadanie, śpiewanie. Aż polecieć chciałam i dowiedzieć się, co to takiego; ale on (targnęła za łokieć męża) nie puścił. Nie wypada, mówi, niedelikatnie..
— Szkoda, że pani wczoraj do nas nie przyszła, bylibyśmy bardzo radzi. Przyjechali do nas panowie Ginejkowie, bliscy krewni nasi. Umyślnie przyjechali, aby odwiedzić nas i Święta z nami przepędzić. Bliscy nasi krewni. Młodszy Stanisław mamę do kościoła poprowadził; a to jest starszy, Aleksander... bliski krewny mój...
Potem Aleksandra objaśniała:
— A to jest sąsiad nasz, pan Michał, z zawodu ślusarz...
— Ślusarz! — wykrzyknął Ginejko i szybko rękę do czapki podniósł. — Jakże mi przyjemnie kolegę spotkać! Ślusarzem także jestem...
— Ale pewno jakim uczonym, wielkim, — kłaniając się, prawił przysadzisty człowiek; — a ja, panie dobrodzieju, tak sobie... samouczek boży...
— To nic, to nic! Chciałbym, jak Boga kocham, z panem o rzemiośle pogawędzić.
— Do usług panu dobrodziejowi...
— Wpadnę dziś na gawędkę do pana...
— Do usług, do usług! bardzo prosimy!
Kłaniali się sobie, ściskali się za ręce.
Jadwidze nagła myśl do głowy strzeliła.
— To może lepiej państwo będą łaskawi przyjść do nas na godzinkę, na parę godzin. Pan Michał pomówi z moim krewnym o tem, co obu ich obchodzi, my także pogawędzimy...
Z widoczną uciechą propozycyę tę przyjęto, a Jadwiga, uszedłszy naprzód kilka kroków, pomyślała: „Co to się stało? Gości do siebie zaprosiłam? Jak to dziwnie, ale zarazem i miło!“
Istotnie, bardzo jest miło posiadać uprzejme i przyjacielskie stosunki z ludźmi, lecz stokroć milej spostrzegać, że ci, którzy nas w samotności i smutku naszym lekceważyli, obrażali, poniekąd nawet krzywdzili, są zdziwionymi i ciekawymi świadkami naszego szczęścia. Spostrzeżenie to uczyniła Jadwiga już w kościele, gdy wśród grania organów, śpiewu księży u ołtarza i uroczystej a gorącej atmosfery, którą wydają z siebie gęsto zbite, rozmodlone tłumy, uklękła obok matki, w jednej z ostatnich kościelnych ławek, i nim nad otwartą książką do nabożeństwa twarz pochyliła, szybkiem spojrzeniem rozejrzała się dokoła.
Mnóstwo tam było ludzi w siermięgach i surdutach, mężczyzn i kobiet, stojących tuż przy sobie, dotykających się wzajem ramionami; ale najbliżej, tuż prawie przy niej, stała szwaczka Paulina, w nowem, modnie skrojonem futerku, z twarzą od mrozu tak zaczerwieniouą[1] że w oprawie złotych loczków była podobną do polnego maku w pszenicy. Z tłumem ją nieco rozdzielał i od zbytniego ścisku bronił wysmukły, świątecznie ubrany urzędnik pocztowy. Szepnęła też coś do niego, gdy tylko Szyszkową i córkę jej spostrzegła, a potem z rękoma wsuniętemi w mocno wyszarzany, ale zalotnemi kokardami upstrzony zarękawek, tak ciekawie i z takiem zdziwieniem na Jadwigę i na obu Ginejków patrzała, że aż rozwarły się drobne jej usta, a z twarzy można było wyraźnie czytać wewnętrzne wykrzykniki: — „A toż co się stało! Szyszkówna z jakimiś kawalerami do kościoła przyszła! W imię Ojca i Syna... Zawsze jak mniszka sama jedna chodzi, a teraz asystentów jakichś sobie wynalazła. I jakich jeszcze! Młodzi, przystojni, tacy jacyś pewni siebie i z wesołemi twarzami. Nie tutejsi przecież, bobym ich choć z widzenia znała. Zkądże ona ich wzięła? Kim są? Ciekawość! Ciekawość!“
I aż z nogi na nogę przestępowała, a towarzysza swego za rękaw od paltota targając, szeptać do niego zaczęła:
— W Imię Ojca i Syna... Szyszkówna z kawalerami chodzi! Asystentów sobie znalazła! Wilk w lesie zdechł, czy co? Nie wiesz, Bolciu, kto to taki?
A Jadwidze paliły się także oczy, ale od zadowolenia. — „Aha! — myślała, — nie ty jedna możesz wesoło bawić się i mieć zawsze obok siebie towarzyszy i przyjaciół! Ja też nie zawsze sama na świecie bywam, i mam niekiedy przy sobie kogoś, kto mi jest bliskim i bardzo przyjaznym. A chciałabyś wiedzieć, kim są ci ładni i dzielni chłopcy, którzy ze mną przyszli? Poczekaj, sama ci to powiem, gdy się tylko spotkamy. Czemuż nie? Wstydzić się nie mam czego. Powiem: „bliscy krewni moi, bracia, przyjaciele!“
Nagle, ogarnęło ją takie rozrzewnienie, że wszystkie inne uczucia stłumiło. Ksiądz u ołtarza wznosił ku górze ramiona i śpiewał „Gloria!“ Twarz jej nisko opadła na dłonie grubemi rękawiczkami okryte, a choć i oczy, i usta miała zamknięte, całą ją napełnił tak namiętny poryw dziękczynienia, że był chyba także modlitwą.
Wtem wydało się jej, że Aleksandra niema już przy niej, że odszedł. Gdy klękała w ławce, stanął był razem z bratem tuż za nią, a teraz, zdało się jej, że go niema. Obejrzała się i oczy ich spotkały się z sobą. Nietylko stał ciągle tam, gdzie wprzódy, ale patrzał na nią zamyślonem i miękkiem spojrzeniem. Odtąd nie oglądała się już wcale; z twarzą na dłoni schyloną, długo klęczała nieruchoma i spokojna, cała oblana cichą błogością, która, niby cień drzewa na kwiat więdnący, z obecności jego na nią spływała.
Sama potem nie wiedziała jak jej przeleciała chwila powrotu z kościoła do domu. Pamiętała tylko, że mróz był tęgi, ale niedokuczliwy, śnieg pod nogami skrzypiał, słońce świeciło jasno na bladym błękicie nieba, i ślicznym, brylantowym szronem okrywało tu i ówdzie między domami stojące drzewa; że wspólnie z towarzyszem zachwycała się pięknością drzew okrytych szronem, a tłum na ulicach, który był wielkim, nietylko nie dokuczał jak zwykle, ale wspólnie z towarzyszem zauważyła, że, pstry i ruchliwy, w blasku słońca i na białem tle śniegu, roztaczał wcale ciekawy i ożywiony widok. Wtedy dopiero spostrzegła, że wchodzi w bramę domu, do jej mieszkania wiodącą, gdy zobaczyła Ruchlę, która w skurczonej postawie i zabłoconej sukni na wschodkach siedziała, a ujrzawszy ją, z brudnej chusty twarz wychyliła i zawołała:
— A! panienka dziś w wesołej kompanii chodzi! Nu, daj Boże zdrowie i szczęście!
— A tak, moja Ruchlo! Krewni nasi... — uprzejmie zaczęła Jadwiga.
Lecz mowę jej przerwał rozlegający się tuż obok srebrny i szczebiotliwy, a od zdyszania przerywany głosik:
— A ja tak leciałam, tak leciałam za panną Jadwigą, że aż zasapałam się i tchu nie mogłam złapać.. Dzień dobry! Świąt winszuję, wszystkiego dobrego życzę! Niech panna Jadwiga o naszej wczorajszej kłótni zapomni, bo to głupstwo było, i niech mi pani na zgodę rączkę poda...
— Owszem, — odpowiedziała, i chętnie teraz ku wietrznej sąsiadce rękę wyciągnęła.
Ta zaś, z palącemi się oczyma, a rozwianemi przez wiatr loczkami, trzepała dalej:
— Bo widzi pani, wczorajszy wieczór to był dla mnie ważny wieczór.. Jestem już z panem Bolesławem po słowie... Na pasterkę wtenczas dzwonili, kiedy my przyrzekliśmy sobie, że się pobierzemy... Pan Jezus rodził się, a my przyrzekaliśmy sobie... jak raz w tej samej minucie, kiedy Pan Jezus rodził się...
Zgrabny, ale chudy i blady urzędnik, wytrzeszczając nieco błękitne oczy i nadzwyczaj powoli każdy wyraz wymawiając, z kolei zaczął:
— Powiem pani, że tak już dawno sympatyzowaliśmy z panną Pauliną...
— Winszuję państwu... wszystkiego dobrego życzę, — wesoło przerwała Jadwiga.
— Daj Boże, abym i ja pannie Jadwidze jaknajprędzej tego samego winszowała! Tymczasem chwała Bogu, że pani w miłej kompanii święta przebywa...
— A tak. Przyjechali do nas panowie Ginejkowie, krewni nasi. To jest starszy Aleksander, a młodszy Stanisław już mamę do domu odprowadził... bliscy nasi krewni...
Urzędnik, grzecznie czapkę zdejmując, przed Aleksandrem nazwisko swoje wymienił. Paulina zaś szczebiotała dalej i nieustannie, nie wiedzieć o czem. Paplanie, zarówno jak ustawiczne fertanie się po świecie i przystrajanie osoby swojej w najbarwniejsze możliwie łachmanki wydawało się nieodbitą koniecznością dla tej czeczotki, która jednak złą być nie musiała. Posiadała też dar jednoczesnego mówienia i słuchania tego, co mówili inni, bo nagle, oczy na Ginejkę podnosząc, zawołała:
— A to panowie z tych samych stron, co i pan Bolesław... Niechże pan Bolesław pyta się o swoje strony... Może i familię pańską panowie Ginejkowie znają... to tak miło kogoś ze swoich stron spotkać. Czemuż pan nie pytasz? No, pytaj pan prędzej...
— Powiem państwu — flegmatycznie zaczął narzeczony, — że na mrozie gadać nie mogę, bo zaraz fluksyi dostanę...
Jadwiga śpiesnie podchwyciła:
— Więc niech państwo będą łaskawi na jaką godzinkę do nas przyjdą, to moi krewni opowiedzą wszystko, co pana Bolesława interesować może...
Znajdowali się już u drzwi mieszkania Jadwigi, a u drzwi mieszkań innych tworzyły się grupy podobne do tej, którą oni składali. Gromadki, odświętnie przyodziane, gwarzyły, tu i ówdzie nawet wybuchały śmiechem. Wszyscy ci ludzie, dłuższym niż zwykle spoczynkiem pokrzepieni, głodni, lecz wiedzący, że czeka ich dziś obfitszy niż zwykle posiłek, wracali z kościoła w towarzystwie znajomych, krewnych, których do siebie zapraszali i od których wzajemne otrzymywali zaprosiny. Na białym od śniegu dziedzińcu panowało, gwarem wesołych głosów w mroźnem powietrzu brzmiało, zarumienionemi twarzami w blasku słonecznym świeciło, obfitym dymem kominów ku błękitnemu niebu się wzbijało wielkie, uroczyste święto!
Środkiem dziedzińca, po najszerszej z udeptanych wśród śniegu ścieżek, ślepa ex-właścicielka ziemska, w ciemnych okularach i z laską w drżącej ręce, szła powoli, wsparta na ramieniu niemłodej, lecz jeszcze pięknej córki. Czarno i ubogo, lecz niezmiernie starannie ubrane, ściśle do siebie przybliżone, w nieszczęściu swojem i wielkiem wzajemnem przywiązaniu rozrzewniające, przesuwały się pośród tego mrowiska ludzi z obojętnością istot z innego świata. Czasem, z dużych oczu tej wyniosłej panny, ciężko przecież na byt swój i swej matki zapracowującej, odgadnąć było można wewnętrzne i niepozbyte zdumienie jej nad tem, że znajduje się ona tutaj, pośród tego grubego, gwarliwego tłumu, tu, na tym bruku miejskim. Cierpliwą i szlachetną twarz swoją nad ociemniałą głową matki skłaniając, miała spojrzenie długie i uważne tylko dla niej, lub dla sklepienia niebios, pod którem oczyma duszy widziała może gdzieś, daleko, wśród pól rozległych i cichych, topole włoskie, nakształt wysokich i w pancerze ze szronu zakutych straży, stojące u szerokich, ozdobnych drzwi jej rodzinnego domu.
Wtem, o parę kroków od niskich i ciemnych drzwi szwaczki, z drżącej ręki jej matki wypadła laska, a nim schylić się po nią zdołała, już ją podjął i z grzecznym ukłonem oddawał silny i piękny chłopak, w wysokiem obuwiu i kożuszku powleczonym suknem grubem i taniem. Dziękowała mu uprzejmem, lecz zdala trzymającem skinieniem głowy, gdy z bladych ust jej matki wypłynęło ciche pytanie:
— Któż to był tak grzeczny i podjął mi laskę?
Zaledwie ociemniała kobieta to wymówiła, o słuch jej obił się głos przyciszony i nieśmiały, który mówił:
— To krewny mój, Aleksander Ginejko, który z bratem przyjechał, aby moją matkę i mnie odwiedzić... bliscy krewni nasi..
Blade czoło ślepej kobiety jaśniało dziwną w niedoli jej pogodą, a pomarszczone usta z niewymowną słodyczą przemówiły znowu:
— Młody i miły głosik słyszę, ale nie wiem czyj....
— Jadwiga Szyszkówna... sąsiadka... na tym samym dziedzińcu...
— A wiem, słyszałam. Pan Ginejko też młody pewno. Za grzeczność i przysługę bardzo dziękuję. Niech was Bóg błogosławi, moje dzieci!...
Sami nie wiedzieli, jak i kiedy oboje ustami do drobnych i drżących rąk jej przylgnęli, a kiedy głowy podnieśli, byli oboje od tego wspólnie otrzymanego błogosławieństwa gorąco zarumienieni, i z temi rumieńcami na twarzach wbiegli do sionki, w której ich spotkał wesoły blask kuchennego ogniska i prawie dziecinny, głupowaty szczebiot kręcącej się koło niego kobieciny.
Była to kobiecina nadzwyczaj małego wzrostu, nadzwyczaj chuda, z malutką i bladą, jak krąg opłatka twarzyczką, wśród której świeciły czarne, latające oczka i figlarnie sterczał mały zadarty nosek, a która przecież caluteńka: na czole, na policzkach, dokoła oczek latających, zadartego noska i warg wąskich i pożółkłych, okryta była zmarszczkami.
W tym gęstym, prawdziwym lesie zmarszczek większych i mniejszych, promienistych, powikłanych, zdawał się zamieszkiwać i na świat z niego wyzierać lud lilipucich, lecz nieprzeliczonych smutków, kłopotów, utrapień. Pomimo przecież zgromadzenia na swojej maluteńkiej twarzy takiego i w taki sposób zaludnionego lasu, zachowała ona ruchy tak zwinne, a zarazem pokorne i ciche, iż czyniły ją one uderzająco podobną do myszy. Zarówno gdy mówiła, jak gdy usługując, krzątała się i cichutko biegała, aż biła od niej pokora tak wielka, że patrząc na nią, przysiądzby można, iż przez całe życie ani razu nie miała z czego być dumną, a nieskończenie wiele razy bywała upokorzoną.
Cichutko też a prędko, prędko, w swojej krótkiej spódniczce i czarnym tiulowym czepeczku na głowie, do pokoju wbiegłszy, od tego zaczęła, że po mimo oporu, jaki jej stawiano, Szyszkową, Jadwigę i obu Ginejków pocałowała w rękę, a potem zagadała, że kiełbaski już smażą się, barszczyk zgotowany, słowem, jeżeli tylko państwo głodni, obiadek zaraz podać można.
Jadwiga, której Aleksander futro zdejmować i kapelusz do szuflady chować pomagał, wesoło jej oznajmiła, że widziała w kościele syna jej, Ignasia, że modlił się pilnie z książki i odświętnie był wystrojony.
Wtedy malutkie, pożółkłe wargi Ambrożowej otwarły się w szerokim uśmiechu, ukazującym dziąsła, prawie zupełnie zębów pozbawione. Radośnie klasnęła rękoma:
— Że też panieneczka na tego durnia oczkami swemi patrzała! Niech panieneczce za to Pan Bóg wynagrodzi — i za to, że panieneczka mnie dziś do siebie zawołała! Chi! chi! chi! Smutnieńkie święta miałabym ja, gdybym u siebie siedziała. Ani zjeść co ludzkiego, ani z kim poweselić się! A tak, chi, chi, chi! zbytku sobie, na cześć i chwałę nowonarodzonego Dzieciątka użyję, i na wesoleńkich, kochanieńkich panów popatrzę, i jeszcze grosiczek zarobię! Niech panieneczce za to Pan Jezus, na narodzenie swoje, miluńkiego i ślicznieńkiego mężulka ześle!
Gadając tak, chichocząc i ponownie rękę Jadwigi całując, Ambrożowa dziwnie głupowato i pokornie wyglądała; niemniej, Jadwiga przy ostatnich jej słowach, znowu tak samo, jak przy błogosławieństwie ślepej staruszki, od skraju włosów do brzegu czarnego stanika, w rumieńcu stanęła; Aleksander zaś, nie rumienił się tym razem, tylko wąsa podkręcając, filuternie jakoś z boku na nią patrzał. Ale co było daleko dziwniejszem od uśmiechu, który roziskrzał siwe oczy młodego Ginejki, to, że Szyszkowa uśmiechała się także. Od bardzo dawna po raz pierwszy z uśmiechem patrzała ona na córkę, a potem ku gościom rozpogodzony wzrok zwracając, grzecznie, prawie wesoło, z jakimś nawet dygiem niekoniecznie zgrabnym, ale kolistym i uroczystym, do stołu ich zaprosiła.
Kiedy już wszyscy przy stole usiedli, formalnie bawić zaczęła Ginejków. Wcale rozsądnie i spokojnie opowiadała im o mieście, w którem od lat sześciu przemieszkiwała, a którego oni nie znali, lub zapytywała o różne obchodzące ich sprawy i rzeczy.
Oni, po zadowoleniu pierwszego głodu, rozgadali się szeroko, a mieli o czem mówić, obaj bowiem, popychani zapewne żywością temperamentów, a może też większą niż bywa u innych ambicyą, nie poprzestali na zwykłem wyuczeniu się rzemiosła, ale szukali po świecie sposobów udoskonalenia się w niem i zdobycia sobie wogóle jaknajlepszych narzędzi do budowania przyszłości. Wiele też w tych swoich wędrówkach widzieli i doznali. Tu nauczyli się ślusarstwa, tam kotlarstwa, ówdzie przez lat parę pracowali w fabryce bronzowniczej; wespół z góralami, rozwożącymi wyroby druciarskie, wędrowali prawie rok cały, za pomocników i nawet woźniców im służąc, byleby tylko nauczyć się ich przemysłu, a zarazem i spory kawał kraju ich zwiedzić. Znali też kraj ten, jego potrzeby, biedy i piękności, wcale nieźle i nie mniej może dla niego, niż dla samych siebie, lichymi w rzemiośle swojem partaczami zostać nie chcieli. Jednogłośnie mówili, że małymi sobie ludźmi są i nic wielkiego ani doznać, ani uczynić nie mogą. Ale co robić, to robić, byle dobrze. Przez całe też lat siedem uczniami lub prostymi robotnikami byli; a po naukę, wprawę, biegłość, zarówno jak kawałek chleba — hej! suchy i twardy najczęściej! — udawali się dokąd tylko mogli. Teraz za to, gdziekolwiek do pracy staną, nie powstydzą się jej pewno, i ani darmo chleba jeść, ani po tej ziemi, która go im daje, jak niewdzięczniki lub niedołęgi stąpać nie będą.
Ostatnie to zdanie wypowiedział Aleksander, którego mowa miewała czasem błyski oświetlające widnokręgi, od osobistych tylko i powszednich szersze. Wnet też z błyszczącemi oczyma zwracając się do brata, zapytał:
— Prawda, Stasiu?
— A jakże! naturalnie, że prawda! — odpowiedział Stanisław.
— Prawda! — z zapałem powtórzyła Jadwiga.
Tylko Szyszkowa nie powiedziała nic. Od kilku minut, słuchając tych rozlegających się obok niej dwu młodzieńczych, świeżych głosów, patrząc na te dwie młodzieńcze, świeże, pełne zapału, nadziei i odwagi twarze, posmutniała ona znowu, chmurzyła się, coś widać sobie przypomniała, coś ją w serce kłóło, aż zgarbiły się jej plecy, czoło zaszło ciężkiemi zmarszczkami, wąskie wargi zacięły się i razem z ostrym końcem nosa w obie strony poruszać się zaczęły.
Wkrótce jednak drzwi od sionki uchyliły się cicho i powoli, a przez wąski ich otwór wsunął się do pokoju naprzód kosz dość duży i pusty, potem chłopak szesnastoletni, z długą gapiowatą twarzą, ubrany w czarną, widocznie odświętną odzież, w której bardzo niezgrabnie wyglądał. Wsunął się, z dobrodusznym uśmiechem głową skinął i przy drzwiach stanął. Jadwiga uprzejmie go powitała, a Ginejków objaśniła, że jest to syn Ambrożowej. On białe zęby wyszczerzył, kosz na podłodze postawił, i z wlepionemi ciągle w Jadwigę, takiemi zupełnie jak u Amżrożowej[2] czarnemi, świecącemi oczkami, mówić zaczął:
— Kosz odniosłem, który panienka wczoraj zostawiła... chi.. chi... chi!... Żeby panienka wiedziała, jak on ze złości po pokoju latał... chi... chi.. chi!... to człowiek patrząc, mało nie płakał ze śmiechu...
— Złość! nieszczęście! zgryzota! choroba! co on plecie? — zamruczała Szyszkowa.
— Kto to ze złości po pokoju latał? — z niejakiem zaciekawieniem zapytał Aleksander, a ciekawość jego wzrosła jeszcze, gdy spostrzegł, że na twarz Jadwigi wytrysnął ognisty rumieniec, z którym porwała się z krzesła, przybyłego za rękę pochwyciła, do stołu go pociągnęła i z gorączkowym prawie pośpiechem mówiła:
— No, usiądź, Ignasiu, i zjedz z nami obiad... bo u matki go dziś nie dostaniesz... Matka twoja u nas... Siadajże! przestańże tak patrzeć na mnie i chichotać! Siadaj i jedz!
Czuć było, że zaczynała już się gniewać; szło jej o to, aby chłopcu jedzeniem usta zamknąć! On, nieśmiały i niezgrabny, wzdragał się i, patrząc na krzesło, które Jadwiga mu wskazywała, gapiowato mówił:
— Może ja pójdę do kuchni... do mamy...
— Jezus, Marya! Plaga egipska! siadajże, kiedy ci mówią! — krzyknęła Szyszkowa.
Na ten rozkaz, jakby sprężyna jakaś w nim się ugięła, tak nagle usiadł, lecz z nożem i widelcem zawieszonemi nad talerzem i sporym kawałem smażonej kiełbasy, jeszcze swoje czarne świdrujące oczka w Jadwigę wpatrzył i zachichotał.
— Ależ klasnęło! chi... chi... chi!... Człowiek dalibóg myślał, że kto z bata palnął!
Ginejkowie parsknęli śmiechem, jakkolwiek starszy z nich wydawał się słowami gapiowatego chłopca trochę zaniepokojonym. Jadwigi brwi marszczyły się i drgały, oczyma usiłowała dawać Ignasiowi stanowcze i gniewne znaki porozumienia. Szyszkowej wargi i koniec nosa od zniecierpliwienia latały.
— Śmierć! męka! niedola! choroba! czy ten chłopiec zwaryował dzisiaj? Co on plecie!
Wtem, w drzwiach od przepierzenia rozległo się głośne plaśnięcie rękoma i cienki głos Ambrożowej zapiszczał:
— Boże mój Wszechmogący! Najświętsza Panienko różanostocka! Wszak to Ignaś! A co ty tu robisz? Jak ty śmiesz, durniu, z panami do stołu siadać!
Dalszy ciąg jej piskliwej mowy zagłuszył huczny wybuch śmiechu obu Ginejków.
— Z panami! — powtarzali wśród śmiechu, — z nami, to znaczy z panami! cha, cha, cha! A mojaż pani Ambrożowo dobrodziko, co pani wygadujesz! cha, cha, cha, cha! Panowie! z panami! ze śmiechu położyć się można!
Ale na jej małej twarzyczce zmarszczki mąciły się i mieszały z sobą, jak wzburzone, drobniutkie fale wody. Chłopca targała za rękaw i szeptem już, ale głośnym, śpiesznym, mówiła:
— Idź do kuchni, błaźnie! słyszysz? idź mi zaraz do kuchni! Mało tobie jeszcze te dobrodziejki twoje, kiedy obdarty chodziłeś, a lokatorom w piecykach paliłeś, chlebka nadawały! Mało tobie te dobrodziejki nauki i wszelkiego dobra do głowy nakładły! Jeszcze będziesz z niemi do jednego stołu siadał! Patrzajcie, jaki śmiały zrobił się! No, wstawajże i idź do kuchni! Czy ty matki nie posłuchasz? Słyszysz?
On, zmieszany i nadąsany, z krzesła niezgrabnie powstawał, broniąc sie jednak potrosze:
— Kiedy człowieka zapraszają, to czemuż człowiek nie ma siąść?..
— Złość, zgryzota, zginienie zdrowia i życia! — zawołała Szyszkowa. — Ambrożowa! Jezus, Marya! czy dasz ty święty pokój chłopcu?... Niech siedzi i je! Plaga egipska!
Ambrożowa, na wykrzyk ten, aż zatrzęsła się od trwogi, i rękaw synowskiego surduta z palców wypuściwszy, z wytrzeszczonemi oczyma i znieruchomiałemi zmarszczkami tyłem ku drzwiom się cofała. Szyszkowa zaś chmurnie, lecz poważnie mówić zaczęła:
— Cierpieć nie mogę, moja Ambrożowa, kiedy biedni ludzie sobą samymi poniewierają! Jezus, Ma rya[3]! I cóż to ważnego, że Ignaś z nami przy stole siedzi? Czy on złodziej, albo inny jaki zbrodniarz? Zginienie zdrowia i życia! Toż ty, jako matka, najlepiej wiesz o tem, że nic on nigdy nie ukradł i nic złego nie zrobił. A że on biedny... Jezus, Marya! i my biedni. To i cóż? Wstydu to nie robi... Są na świecie nieszczęścia daleko od biedy gorsze!...
Wargi jej zadrżały i ponuro schmurzyły się oczy; w serce ukłóło ją znowu nieszczęście, daleko gorsze od biedy.
Lecz Aleksander, szklankę po wypitem piwie ze stukiem na stole stawiając, zawołał:
— Świętą prawdę babunia powiedziała, jak Boga kocham! W tem cała rzecz, ażeby biedni ludzie sami sobą nie poniewierali! Ani to wstyd, ani nawet nieszczęście żadne biednym być, trzeba tylko i sobie, i ludziom pokazać, że biedny człowiek to jednak człowiek, który rady sobie dać umie i jak niepotrzebna pokrzywa na tym świecie nie wyrasta. Że się tam trochę głodu lub chłodu, lub zbytecznej fatygi doświadczy, — głupstwo! Ale swojemi tylko dwiema rę koma[4] w lesie tego życia drogę sobie wyrąbać, — to radość! A biednym będąc, pokazać sobie i ludziom, że się coś umie i znaczy, i robi, — wielka do tego ochota bierze! Takie jest moje zdanie, jak Boga kocham! Głowy w górę, ręce do roboty i śmiało ludziom w oczy patrzeć! Prawda Stasiu?
— Prawda, jak Boga kocham, prawda! Ty Olesiu zawsze masz racyę! — z zapałem potwierdził Stanisław.
A Szyszkowa, znowu uspokojona i nawet zadowolona, mówić zaczęła:
— Masz racyę, Olesiu, Jezus, Marya, masz racyę! My, z nieboszczykiem moim mężem, nigdy bogaci nie byliśmy. Ja z niebogatego domu pochodziłam, i on także. Za młodu, doświadczaliśmy nieraz i ciężkiej biedy, potem lepiej trochę było, ale zawsze, Jezus, Marya, nie opływaliśmy w zbytkach. On pracował ciężko całemi dniami, często i nocami, a za to pensyę niewielką brał, ledwie było o czem z dziećmi przeżyć. Ale uczciwy był człowiek, jak łza czysty, samego siebie szanował i ludzie go szanowali...
Umilkła na chwilę, z rękoma skrzyżowanemi u piersi i oczyma wpatrzonemi w przestrzeń, zwolna pochylała się to w tył, to naprzód, jakby ją wywoływane wspomnienia kołysały. Po chwili zaś znieruchomiała, oczyma chmurnemi, lecz w których teraz dumne jakieś światełka błyskały, po obecnych powiodła, i dodała:
— Dzieci też po nim i po mnie poszły; pewno o żadnem z nich nikt nie powie, że cokolwiek niepoczciwego popełniło!
Aleksander nagle twarz nisko nad talerzem pochylił, Stanisław ręce z nożem i widelcem w powietrzu zawiesił i usta nieco otworzył, Jadwiga niespokojnie poruszyła się na krześle. Wtem nagle, we drzwiach przepierzenia cieniutki głos Ambrożowej zadzwonił.
— I w kantyczkach napisano:

„Zstąpił Pan chwały wielkiej,
Uniżył się wysoki,
Pałacu kosztownego żadnego
Nie miał zbudowanego
Pan wszego stworzenia!“

— Widzi pani Ambrożowa! — zaśmiał się Aleksander; — a pani Ignasiowi od stołu wstawać kazała, dlatego, że on pałacu kosztownego żadnego nie ma zbudowanego!
Ona zaś jeszcze cieńszym, jak włosek już cieniutkim głosikiem, zawołała:
— I jeszcze cościś, co się tego tycze, jest w kantyczkach.

„Czem’ż w żłobeczku, nie w łóżeczku
Na sianku położony?
Czemu’ż bydlęty, nie z panięty
W stajni jesteś złożony?“

To niby królowie Najświętszego Dzieciątka pytają. A to niby Najświętsze Dzieciątko odpowiada:

„By człek sianu przyrównany.
Grzesznik bydlęciem nazwany
Przezemnie był zbawiony.“

Wyrecytowawszy to, stała w ramie niskich i wąskich drzwi, pokorna, drobna, z drobnemi, prawie czarnemi od spracowania rękoma, opuszczonemi na spódnicę. Jeżeli kto, to ona najpewniej była na świecie „sianu przyrównana;“ jednak, rzecz dziwna! w czarnych jej oczkach, w otwartych do uśmiechu bezzębnych ustach, w szybkim ruchu zmarszczek na twarzy do krążka opłatka podobnej — jaśniały rozradowanie i tryumf.
Siedzący przy stole przez dość długą chwilę milczeli; cisza i białe światło, z okna od śniegu padające, unosiły się w tej biednej izbie, nad wyśpiewaną przez tych biednych ludzi — apologią biedy.
Ciszę przerwał głos i chichot Ignasia, który, zjadłszy już co do zjedzenia było, szklanką piwa do reszty rozweselony, z oczyma znów w Jadwigę wlepionemi, wśród powszechnego milczenia zaczął:
— Jak panienka wyszła, to on do przedpokoju wpadł i krzyczy: „Ignaś!“ A ja... chi, chi, chi! mówię: — „Słucham pana!“ — „Czy ty tu był?“ — A ja, w oczy jemu śmiało patrzę i.. chi, chi, chi!
— „Byłem!“ — mówię...
— Ale teraz, Ignasiu, dalekobyś lepiej zrobił, gdybyś milczał! — z błyskającemi oczyma przerwała mu Jadwiga.
— Owszem, kochanku, mów! mów! — przysiadając się do chłopca, zawołał Aleksander.
Jadwiga porwała się z krzesła i błagalnie jęknęła:
— Olesiu!
Ale on do najwyższego stopnia już zaciekawiony, a więcej jeszcze zaniepokojony, nie ustępował. Na nią wpół filuterne, wpół niespokojne spojrzenia rzucał, a na chłopca nalegał:
— Opowiedzże Ignasiu... nie bój się, panienka choć i rozgniewa się, to i przebaczy. Ja sam ją...
— Olesiu! — zawołała znowu Jadwiga, ale inaczej już niż przedtem: gniewnie, rozkazująco. Przytem nogą o podłogę uderzyła[5] On zaś teraz już wcale nie patrzał na nią, tylko schmurzony nagle, na wahającego się, ale do mówienia wielką ochotę mającego chłopca nalegał:
— Mów! Ja koniecznie historyę tę wiedzieć muszę. Jak Boga kocham, muszę! mów!
Wtem i Szyszkowa, która wszystkiego ze zdziwieniem słuchała, krzyknęła:
— Złość, utrapienie, męka, zgryzota! Mówże Ignaś, kiedy ci każą!
Na ten głos, chłopiec, jakby się w nim jakaś sprężyna poruszyła, wyprostował się i mówić zaczął, a jednocześnie rozległ się po pokoju stuk gwałtownie odsuwanego krzesła, i Jadwiga, jak wicher, z twarzą w ogniu, a drżącemi brwiami i rękoma, przez pokój przeleciała, drzwi za sobą z takim gwałtem zatrzasnęła, że aż się przepierzenie zatrzęsło, i z całej siły, z brzękiem żelaza, zasuwkę drzwi zasunęła. Zamknęła się. Gdyby ktokolwiek za przepierzeniem znajdował się, byłaby go może wybiła, tak silnie pięści miała ściśnięte i takim gniewem rozżarzone oczy. Że jednak nikogo tam nie było, więc schwyciła leżący na komodzie kawałek starej jakiejś materyi i drżącemi palcami drzeć go zaczęła. Przytem, oddychała głośno i szeptała prędko:
— Co ja winna? i cóż ja temu winna? Jakże miałam inaczej zrobić? Boże, mój Boże! za co na mnie ten wstyd i to nieszczęście? Co ja temu winna? Co ja miałam robić?
Wtem szept jej urwał się i wypadł z palców niepodarty jeszcze kawałek materyi. Uczuła, że czyjeś ramię ją obejmuje i twarz jakaś z gorącym oddechem pochyla się nad jej twarzą. Wyrwała się, odskoczyła i, do ściany zwrócona, nogą tupnęła.
— Nie chcę, nie potrzebuję! Nie trzeba było pytać! Teraz idź sobie odemnie!
Ale on nie daremnie dwoma skokami sionkę i izdebkę przebył, tak go coś, po opowiadaniu Ignasia, ku niej pociągnęło. Znów objąć ją próbował.
— Jadziu! duszko! spójrz na mnie!
— Idź sobie! Nie chcę! Wstydzę się!
— Ależ niema czego! Jak Boga kocham, dzielna dziewczyna z ciebie i pysznie we wszystkiem zgadzamy się z sobą! No, nie odwracaj się już odemnie! Spójrz na mnie! Jadziu, duszko, siostrzyczko!
Z pod brwi jeszcze zsuniętych, jakby z musu, wzniosła ku niemu oczy, ale zarazem uśmiech miękki, prawie wesoły, zabłysnął jej na ustach i szybko po całej twarzy się rozlał. Sama nie wiedziała, jak i kiedy usiedli oboje na stojącym przy ścianie kuferku, jak i kiedy zaczęła mu opowiadać troski, żale, strapienia swojego codziennego życia. Czyniła to zrazu cicho, z wahaniem, z rękoma na kolanach opuszczonemi i wzrokiem wstydliwie w ziemię utkwionym; ale gdy on, znowu ramieniem ją obejmując, w szerokiej dłoni swojej zamknął jej małe i zgrabne, lecz chude i igłą nakłóte ręce, sama znów nie wiedziała, jak i kiedy głowa jej na ramię jego opadła, a uczucia, myśli, pamięć, otworzyły się przed nim naoścież, do dna.
Mijały minuty i kwadranse, upłynęła cała godzina, a oni jeszcze, na kuferku, starym dywanikiem pokrytym siedząc, ściśle ku sobie przybliżeni, ciągle i pocichu z sobą rozmawiali. Czynili to tak zupełnie, jakby byli bratem i siostrą, lub parą dawnych serdecznych przyjaciół, bo różnej natury uczucia składają się na szczęście, a z nich pierwszem, którego ta blada, chuda, pracą zmęczona dziewczyna doznała, było ciepłe rozpowijanie się serca ze ściskającej je oddawna lodowej powłoki. Ramieniem tego młodego, przystojnego mężczyzny otoczona, z rękoma w jego dłoni zamkniętemi, doświadczała przecież tylko wielkiej rozkoszy serca, które pozbywa się całej swojej goryczy i skrytości, i jak w promieniu słońca kwiat długo zziębły kielich swój rozwija i wszystkie barwy roztacza, tak i ono czyni w cieple drugiego, dobrego serca. Żadnego gwałtu, ani upału nie czuła nawet wtedy, gdy on, pocieszając ją i do dalszej walki z życiem zachęcając, dłonią głaskał jej włosy i nad samem czołem jej szeptał:
— Duszko! siostrzyczko! miła ty moja!
Czuła tylko, że nie jest już samą i nielubianą, że ktoś na ziemi rozumie ją i ceni, że niedaremnie pracowała bez spoczynku, a hardo walczyła z ubóstwem i opuszczeniem, że ufność i wdzięczność nie są niedostępnemi dla niej przysmakami życia, że nakoniec ciche słodycze szarej godziny, o których tyle od ludzi słyszała, zmyśleniem nie były.
Bo krótki dzień zimowy już przygasał i zaczynała się szara godzina. Ambrożowa, kilka razy z talerzami i sztućcami przez wąski pokoik przeszedłszy, wpółotworzyła drzwi od kuchenki, w której, małą lampkę zapaliwszy, w kątku na ziemi usiadła i Ignasia pociągnęła, aby przy niej usiadł. Na ziemi więc siedząc, żywo z sobą o czemś szeptali, aż podniosła się drobna, prawie czarna ręka kobieciny i twarde włosy chłopca głaskać zaczęła. On swoją wielką, gapiowatą głowę na drobnych macierzyńskich kolanach położył, a ona nad tę głowę wznosząc suchy, czarny palec i trzęsąc nim w powietrzu, ciągle mu o czemś bardzo pocichu prawiła: może o Dzieciąteczku, które urodziło się na sianku i pałacyku żadnego nie miało zbudowanego, by człek, sianu przyrównany, przez nie był zbawiony, — może o tych tysiącach balijek bielizny, które ona wyprała, setkach pokoików, które uprzątnęła i opaliła, niezliczonych godzinkach głodu, chłodu i smutku, które przeżyła, nim jego, jego brata i dwie ich siostry tak wyhodowała, aby choć sianu podobni, trucizną świata nie byli.
Wąski pasek światła, od małej lampy na podłogę padający, łączył tę siedzącą na ziemi parę ludzi z drugą, która z dłonią w dłoni i z twarzą przy twarzy, na niskim kuferku siedziała. Dalej jeszcze, z drugiej strony przepierzenia, Szyszkowa z takim już gwałtem nalegania o różne szczegóły tyczące się jej synów dopytywać się zaczęła Stanisława, że on, wszystkie wykręty i niedomówienia wyczerpawszy, z krzesła się porwał, dużą lampę na stole zapalać zaczął i żałosnym głosem zawołał:
— Oleś! Jadzia! To dobre! Jak Boga kocham! sami do dziury jakiejś zaleźli i bawią się doskonale a babuni i mnie to jakby już na świecie nie było! Kiedy tak, to bywajcie zdrowi! Włożymy sobie z babunią kożuszki i na cały wieczór we dwoje do miasta pójdziemy! Dobrze, babunieczko?
Nim jednak miał czas wygłoszony zamiar spełnić, z impetem otworzyły się drzwi od sionki, i rozległ się w nich donośny, śpiesznie mówiący głosik:
— Czy chcecie państwo, czy nie chcecie, a przyjąć nas musicie[6] Kiedy panna Jadwiga nas zaprosiła, to niechże teraz i ma. Panie Bolesławie! czemu pan drzwiów od podwórza nie zamykasz? Chłodu pan do pokoju napuścisz i sam zaraz fluksyi dostaniesz. Moje uszanowanie pani Szyszkowej! Świąt winszuję! A ja z panem Bolesławem juz[7] po zaręczynach! Na całe zycie[8] w niewolę idę, ale szyć już nie będę. Niech to szycie dyabli wezmą! Tylko że ślub nasz odwlecze się aż do Julii albo do Augusta, bo pan Bolesław musi po papiery jechać, a teraz urlopu nie dają, a gdyby bez urlopu pojechał, toby jeszcze i odprawę dali!...
— Moje uszanowanie! moje uszanowanie! Powiem państwu, że na podwórzu mróz aż trzeszczy! — mówił, kłaniając się na wszystkie strony, flegmatyczny narzeczony trzpiotowatej szwaczki.
— Moje uszanowanie! — zabrzmiał we drzwiach gruby głos ślusarza Michała.
— Jak się państwo mają? dobry wieczór! moje uszanowanie! — srebrnie dzwoniła wchodząca z mężem żona ślusarza.
Biały szkielet bez głowy, jedyny od lat wielu nieodstępny towarzysz Jadwigi, dziś w najgłębszy kąt pokoju zasunięty, aż prostować się zdawał od zdumienia nad niepospolitością widoku, który tego wieczora roztoczył się przed nim.
Ładna ślusarzowa, w różowym czepeczku na czarnych włosach, przysiadła się do Szyszkowej, i żywo, głośno, z częstym śmiechem i gestami, o swojem szczęśliwem życiu domowem, o zdarzających się w niem przecież często kłopotach gospodarskich, o chorobach, figlach, przedwczesnej zadziwiającej mądrości małego synka swego opowiadała.
Paulina, natychmiast prawie po swojem wejściu, uczepiła się Stanisława Ginejki, i przysadzista trochę, ale fertyczna, cała w loczkach, wstążkach, uśmiechach i błyskach oczu, zapytywała go, czy wiele już razy kochał się w życiu? czy teraz w kim się kocha? czy woli brunetki, albo blondynki? czy w tem mieście, z którego przybył, dużo jest przystojnych kawalerów? czy dobrze ona robi, że za mąż idzie? bo przecież wiadomo, że mężczyźni to niegodziwe tyrany i brzydkie wietrzniki...
On, po całodziennem rozmawianiu z babunią, rad był teraz porozmawiać z temi ponsowemi, rozpaplanemi i rozchichotanemi ustami, a wzajemnie żartując, dziwne dziwy na zadawane mu pytania prawiąc, głośnym śmiechem wybuchając, w błękitne jak niezapominajki, zalotne oczy szwaczki zalotnie też zaglądał.
Narzeczony tej ostatniej nie zwracał na to wszystko żadnej uwagi, oddał się bowiem cały poważnej rozmowie z Aleksandrem i ślusarzem Michałem, gdyż, jak sam mówił, o społeczeńskich sprawach lubił niezmiernie słuchać i mówić, a oni właśnie o zajęciach ludziom ich stanu dostępnych, o wartości i korzyściach różnych rzemiosł i pomysłów, o trudnościach i sposobach zdobywania odpowiednich umiejętności, z ożywieniem rozmawiali.
Gwar tych głosów rozmawiających, opowiadających, śmiejących się, od sufitu do podłogi napełnił nieduży pokój i wytworzył w nim atmosferę wesołości i przyjacielskiej poufałości, wśród której Jadwiga, zarumieniona i z błyszczącemi oczyma, krzątała się około jaknajlepszego przyjęcia gości. Przy najgorszych chęciach, niepodobnaby dziś było podobieństwa do cytryny w niej dopatrzyć. Żółtawa bladość jej znikła pod lekkim rumieńcem, tak, jak sztywność i suchość kibici ustąpiła przed lekkiemi, żywemi ruchami. Jakkolwiek wolałaby pewnie, aby Ginejkowie byli jej jedynymi gośćmi, bardzo ją cieszyło z drugiej strony, że spędzą w jej domu jakąś wesołą chwilę i zobaczą, że ona uprzejmą i gościnną być umie. Przytem, po wielu latach nieustannej samotności i zmudnej[9] bez wytchnienia pracy, miała takie uczucie, jakby po długiem przebywaniu w samotnej i ciemnej celi, weszła do rzęsiście oświetlonej i tłumnie zapełnionej sali balowej. Z podskokiem też przybiegłszy do komody, nieznacznie z szuflady jej wyjęła rubla papierowego i Ambrożową pchnęła do miasta po półrublową butelkę wina i po bułki. Kiedy bal, to bal! Niechaj ci dobrzy ludzie, którzy przyszli do niej i przez to jej sympatyi swojej dowiedli, zobaczą, że dla gościnnego ich przyjęcia ona ostatniego choćby rubla nie żałuje. Potem, co będzie, to będzie! I cóż ma być zresztą? Do roboty weźmie się ze zdwojoną ochotą i siłą, — co teraz wydała, odpracuje.
W samowar Ignaś z całej siły dmuchał, nad ogniem po raz drugi dnia tego smażyły się kiełbasy. Ambrożowa, wróciwszy z miasta, więcej niż kiedykolwiek do pokornej i zwinnej myszy podobna, z kuchenki do pokoików i napowrót biegając, z pomocą Ignasia i współudziałem Jadwigi, w niespełna godzinę stół nakryła i zastawiła wieczerzę. Herbata, wino (półrublowe), kiełbasy, bułki, cytryna na cienkie krążki pokrajana, spodek masła i salaterka gotowanych śliwek, — uczta obfita prawie wspaniała i najpewniej bardzo rzadko widywana we wszystkich przegródkach tego kotła, którym były czworokątne mury tego domu. Więc też mieszkańcy tych przegródek, bez żadnej ceremonii, zachwyt swój nad nią wyrażali tak czynem, jak słowem. Kiełbasę zajadali, do herbaty wrzucali cytrynę i wlewali wino, bułki masłem smarowali, śliwkami rozkoszowali się formalnie.
— Kiedy bal, to bal! To już prawdziwie powiedzieć można, że sąsiadka nas po świątecznemu uczęstowała! — twarde, wielkie wąsy co chwila ocierając, z ukłonami w stronę Jadwigi zwróconemi, powtarzał ślusarz Michał.
Żona jego dopytywała się Jadwigi o sposób przyrządzania śliwek, bo takich smacznych jeszcze jak żyje nie jadła. Paulina zaś trzepała, że panna Jadwiga wystąpiła dziś z fetą, jakby to jej wesele lub zaręczyny były, a narzeczonemu przy pierwszej sposobności do ucha szepnęła:
— Żeby tylko po tej wielkiej wesołości wielkich łzów nie było, bo ona w tym starszym Ginejce zakochała się po uszy, — już to ja widzę!
Ale gdy narzeczony nie odpowiadał wcale, bo pochłaniała go rozmowa o „społeczeńskich“ sprawach, Paulina wołać zaczęła, że wszystkie te poważne rozmowy dobre na codzień, a w święto bawić się trzeba; możeby więc teraz i oni wszyscy w gry jakie pograli, a jeszcze lepiej, choć trochę potańczyli, choć trochę...
Rzecz dziwna, że na wspomnienie tańców, blademu i flegmatycznemu urzędnikowi oczy błysnęły; Stanisław też na krześle podskoczył, a Jadwiga zarumieniła się, bo spostrzegła, że Oleś, z drugiego końca pokoju, prawdziwą błyskawicę spojrzenia na nią rzucił.
Co moment zresztą i w którejkolwiek stronie pokoju była, spotykała się wzrokiem z szybkiemi, a jak błyskawica świecącemi spojrzeniami Olesia; wtedy też wątek rozmowy gubił i czoło dłonią pocierał. Wszystko to wprawiało czasem Jadwigę w zamyślenie do upojenia podobne, a czasem wzniecało w niej gorączkową wesołość.
W przystępie takiej wesołości w ręce klaskać zaczęła i wołać:
— Potańczmy! potańczmy trochę! Lecz zkądże wziąć muzyki, jakiejkolwiek choćby muzyczki, bo bez żadnej niepodobna przecież tańczyć?
Wtedy pewny różowy czepeczek, na pewnych czarnych jak heban włosach spoczywający, tryumfująco podniósł w górę niebardzo wykwintne kokardki.
— Michał na harmonii zagra!
I wysmukła kobieta, w czarnej sukni i różowym czepeczku, przyskoczyła do barczystego ślusarza.
— Michał! skocz po harmonijkę! Słyszysz? Michał! Michasiu! jeżeli Boga kochasz...
Nie skoczył wprawdzie, ale głową twierdząco skinął i szerokiemi krokami wyszedł z mieszkania, w którem powstał większy jeszcze, niż przedtem, gwar zmieszanych głosów.
— Iluż nas jest do tańca?
— Sześć osób: trzech kawalerów i trzy damy!
— Mało!
— Aż nadto!
— Jabym cały wieczór z jedną panią tylko tańczył, jak Boga kocham!
— Powiem panu, że nie spodziewałam się, aby pan cudzą narzeczoną bałamucił!
— A czy pan nie wiesz, że koń zatargowany, a panna zaręczona — najdroższe?
— Ślicznie dziękuję za porównanie z koniem!
— Ale jakże będziemy tańczyli, kiedy stół pośrodku pokoju?
— Wynieść stół.
— Dokąd?
— Do sieni!
— We drzwi nie wlezie!
— Wlezie!
— Nie wlezie!
— Już zmierzyłam chustką, wlezie!
— No, to wynośmy!
— Wynośmy!
Lampa na komodzie postawiona, pokój napełnia się wielkim tupotem nóg, trzech mężczyzn i dwie kobiety stół do sieni wynoszą. Jadwiga w obawie, aby maszyna do szycia szwanku nie poniosła, chwyta ją i razem z pudłem wynosi za przepierzenie, gdzie się znalazłszy, śpiesznie stare swoje buciki zmienia na nowsze i grzebieniem matki włosy sobie nad czołem przygładza.
W kilka minut potem, tańczyli już przy siarczystych, choć trochę piszczących dźwiękach harmonijki; a choć pokój dla trzech nawet par tancerzy okazał się tak ciasnym, że wzajemnego uderzania się o siebie łokciami i plecami uniknąć było niepodobna, nie stanowiło to przeszkody żadnej, owszem wzmagało wesołość i zapał.
Jedna przecież w pokoju tym znajdowała się osoba, dla której ta powszechna wesołość zdawała się być trucizną. Była nią Szyszkowa. Zrazu spokojna i uprzejma, lub wysilająca się na spokój i jak największą dla gości uprzejmość, w miarę wzmagania się rozmów i śmiechów smutniała, milkła, stopniowo jakby tonęła w myślach i uczuciach własnych. Zamiarowi tańczenia żadnych przeszkód nie stawiała, tylko gdy ślusarz po harmonijkę poszedł, a młodzież z tupotem nóg i gwarem wesołych żartów stół wynosiła, wsunęła się w najgłębszy kąt pokoju, i tuż przy białym, suchym szkielecie na krzesełku siedząc, posępną i nieruchomą się stała. Im weselej stawało się w koło niej, tem grubszą chmurą czarne nioby z pod białego czepka opadały na ciemne jej czoło, aż cała przemieniła się w chmurę kawowej barwy, na której tle odbijała tylko białość czepka i mankietów. Wsunąwszy ręce w mankiety, nie czyniła poruszenia najmniejszego, nie oddychała zda się, tylko zaciśnięte jej wargi wraz z ostrym końcem nosa poruszały się prędko, prędko, aż pod wpływem uczuć czy myśli burzliwych a hamowanych, formalnie latać w obie strony zaczęły.
Nikt na nią uwagi nie zwracał. Kilka razy, rozmiotana w tańcu suknia Pauliny o kolana jej uderzyła i nad samą jej głową rozległ się świeży śmiech ślusarzowej; kilka też razy Jadwiga z Aleksandrem lub urzędnikiem pocztowym przed samą jej twarzą skręcała się w polce lub walcu, tańczonym pod takt obertasa: ona zdawała się tego nawet nie spostrzegać, i tylko coraz częściej i na dłużej przymykała powieki, jakby pragnęła zatrzymać w źrenicach zjawiający się przed nimi obraz innych, dalekich twarzy i postaci. Podniosła je przecież i wyrzuciła z oczu płomień gniewu, gdy pokój napełnił się wybuchem nagłego, chóralnego śmiechu.
Młode pary przestały tańczyć, urwała się muzyka ślusarza, i wszyscy, zanosząc się od śmiechu, skupili się przy oknie, które z zewnętrznej strony okryło się całe mozaiką ludzkich twarzy. Najbliżej i najwyraźniej, jakby do szyb przyklejone, czerwieniły się tam wielkie twarze dwóch sióstr dewotek (trzeciej coś zapewne przyjść przeszkodziło). Dalej, brudną chustą okryta, dziwnie błogo uśmiechała się wynędzniała Ruchla, a girlandą otaczały ją dzieci różnego wzrostu, z za których jeszcze widać było zagapione twarze szewca i szewcowej, medytacyjny profil studyującego Talmud męża kramarki Lei, kilka par jakby w powietrzu zawieszonych, szeroko otwartych oczu, kilka pobłyskujących, przez młodzików jakichś palonych papierosów. Okno oświetlone, za którem grano i tańcowano, — był to dla tych ludzi ponętny i nadzwyczaj zajmujący teatr, ku któremu tłoczyli się i któremu się przypatrywali, nie zważając na mróz tęgi, który im zarumieniał policzki i nosy, ani na śnieg, w którym powyżej kostek brnęli.
Tańczący wreszcie spostrzegli, że byli aktorami, zabawiającymi dość liczną publiczność; ale nie obraziło i nie zasmuciło to ich bynajmniej. Tak zwykle bywa: kiedy ludziom na smutek się zbierze najlżejszy drobiazg dotkliwie ciężar jego zwiększa; kiedy na wesołość, najdrobniejsza iskra szumny i raźny płomień jej podnieca.
Z gromadnego wybuchu śmiechu wybił się srebrny głos ślusarzowej, wołający:
— Michał, graj! Czemużeś grać przestał? Graj, Michasiu, jeżeli Boga kochasz!
I nim grać zaczął, z ręką na ramieniu urzędnika pocztowego tak podrygiwała, że aż różowe kokardki czepeczka nad głową jej latały. Aleksander zaś Jadwigę ramieniem już otaczał, a Stanisław Paulinę nieco nawet do piersi przyciskał, czemu ona nie broniła się wcale, tylko na narzeczonego zukosa zerkając, do tancerza swego szeptała:
— Bo widzi pan, on jest bardzo zajzdrośny, a jak zmartwi się, czy rozłości, to zaraz fluksyi dostaje...
Teraz ogarnął ich nieledwie szał tańca i śmiechu. Uciecha z rzadkiej zabawy przemieniała ją prawie w dziecinną swawolę. Wszyscy tancerze obtańcowali już z kolei wszystkie tancerki, które w rzadkich przestankach, bez tchu nieledwie, chustkami od nosa wachlowały się i pot z twarzy ocierały. Nareszcie Aleksander z Jadwigą, dla wywinięcia się może ze ściskających dwóch par innych wpadł za przepierzenie; tu uderzył się z jednej strony o Ambrożową, a z drugiej o jej syna, którzy śpiesznie do kuchenki wpadli, i parę razy jeszcze, w tym prawie ciemnym pokoiku, tancerkę swoją okręciwszy, nagle, przy samym owym kuferku, z całej siły ją objął i w ramionach jego zamkniętą, w usta i oczy całować zaczął. Temu uściśnieniu i tym pocałunkom nie broniła się ona o! nie broniła się wcale; a jeżeli wówczas, o szarej godzinie, czuła to tylko, że przestaje być zatrutą jadem życia i że z niej spada nieszczęście samotności, teraz uczuła, że jest młodą, rozkochaną i nad miarę wszelkiego słowa szczęśliwą. Jakby wypiła mocnego trunku, tak upojoną była; szary cień pokoiku kłębił się jej przed oczyma, obie ręce zarzuciła mu na szyję, do piersi jego przylgnęła i po wiele, wiele razy oddała mu jego pocałunki.
Nie mówili do siebie nic, i nim mieli czas cokolwiek sobie powiedzieć, tuż prawie przy sobie usłyszeli szelest bardzo cichych kroków, i ujrzeli przesuwającą się postać, która w zmroku, napełniającym pokoik, wyglądała, jak czarne widmo. Była niem Szyszkowa. Szła powoli, zgarbiona, mniemając, że jest samą, bo w myślach zatopiona nieobecności młodej pary pośród tańczących nie spostrzegła, tu zaś w szarym zmroku byli oni dla niej niewidzialnymi.
Uszła tak kilka kroków, i nagle z łoskotem kolan o podłogę uderzających, u łóżka swego na klęczki upadła. Zarazem z piersi jej wychodzić zaczęły tłumione, przeciągłe jęki i westchnienia do łkań podobne.
— Mama! — szepnęła do Aleksandra Jadwiga.
Szyszkowa, jakby z twardego snu obudzona, krzyknęła:
— Kto tu?
— Ja, mamo...
I przygarnęła się do matki, a usiłując podnieść ją z klęczek, z prośbą w głosie zaczęła:
— Niech mama tak nie rozpacza, moja kocha...
Nie dokończyła, bo czarna w zmroku postać popędliwie porwała się z ziemi i odtrąciła ją z taką siłą, że byłaby upadła na kuferek, gdyby jej Aleksander nie podtrzymał. Zarazem, szept gwałtowny, świszczący, zjadliwy, mówić zaczął:
— Śmierć, męka, nieszczęście, zgryzota, choroba! Czego ty chowasz się po kątach i matkę podpatrujesz? Pocieszać mię chcesz? Jezus, Marya! Mnie nikt nie pocieszy, zwłaszcza ty, co zamiast smucić się razem z matką i modlić się o odzyskanie braci, balujesz sobie, gości spraszasz, hece wyprawiasz... jak ta ostatnia, jak... jak...
Szept jej splątał się i urwał. Jadwiga cicho, lecz z wewnętrznym jękiem wymówiła:
— Zawsze tak... zawsze... zawsze tak...
Aleksander osłupiały, przerażony, milczał.
Szyszkowa, nie spostrzegając go, zaszeptała znowu:
— Czegóż tu jeszcze stoisz? Plaga egipska! Czemu nie idziesz sobie? Do kawalera swego idź, do lubego, do ukochanego... Jezus, Marya... wydajże się przynajmniej za mąż... choć raz... choć tę jedną pociechę zrób matce... Ale gdzie tam! Boże zmiłuj się, Boże zmiłuj się, Boże zmiłuj się Ty nad nami! Alboż on ciebie weźmie? Czy ktokolwiek cię weźmie?... Jezus, Marya!...
— Chodźmy! — z gniewem i dość głośno odezwał się Aleksander, — chodźmy ztąd, Jadziu! To istna waryacya, niesprawiedliwość, krzywda..
Pociągnął ją ku drzwiom od przepierzenia, w których gdy stanęli, obecne w pokoju osoby od pierwszego rzutu oka spostrzedz musiały, że oboje mieli czoła gniewnie zmarszczone, a w oczach Jadwigi błyszczały daremnie powstrzymywane łzy.
— Pokłócili się! Ot już i zaczyna się po radości smutek! — szepnęła do narzeczonego Paulina[10]
— Powiem tobie, że mnie jej szkoda! — wachlując się chustką do nosa, odszepnął narzeczony.
Ślusarzowa poskoczyła ku Jadwidze.
— Może mamie zrobiło się niedobrze, bo cościś taka skrzywiona i przygarbiona z pokoju wyszła?
Jadwiga przypuszczenie to potwierdziła, a że pora była już dość późną i ślusarzowa o dziecko niezupełnie spokojną się czuła, więc poszeptała z mężem, z Pauliną, i po wielu ukłonach, pocałunkach, podziękowaniach, całe towarzystwo mieszkanie Jadwigi opuściło. Poszedł z niem i Stanisław, którego Paulina nagląco zapraszała, aby razem z jej narzeczonym na pięć minut, na kwadransik mieszkanie jej odwiedził.
— Bo — mówiła, — mam pokoik malutki, ale milutki, i chcę panom pokazać, jak na małym przestrzeniu sprytnie urządzić się można.
W pustym pokoju, Aleksander i Jadwiga siedzieli obok siebie przy białym szkielecie. Lampa zdaleka stojąca, skąpe na nich rzucała światło, za oknem, tak jak w pokoju, nikogo już nie było. Byli sami, ale wesołość, ani chęć do rozmowy im nie wracała. Schmurzeni i smutni oboje — milczeli. Zegar na ścianie wiszący wybił późną godzinę.
— Trzeba już iść! Pociąg o świcie wychodzi!
Ona zbladła i ze spuszczonemi powiekami siedziała, jak martwa. On w jednej dłoni trzymał jej rękę, na drugiej oparł zachmurzone czoło, i długo w pobladłą twarz jej patrzał. Nakoniec, z ruchem niecierpliwości rzekł:
— Ot, kiedy człowiek gorzko żałuje, że pałacu żadnego kosztownego nie ma zbudowanego! Ba! gdybyż choć lada jaka, ale pewna chata... tymczasem jeszcze w powietrzu wiszę i ani myśleć...
Przerwało mu stuknięcie drzwi otwieranych i głos Stanisława, który wołał:
— Oleś! Stół do pokoju wnieśmy, aby Jadzia jutro kłopotu z tem nie miała... a potem marsz do spania, bo pociąg o świcie wychodzi...
Jadwiga zapragnęła zerwać się z krzesła, obu rękoma schwycić się za głowę i krzyknąć:
— Jutro! ja nie chcę jutra, tego jutra, w którem już was nie będzie... i wszystko przeminie i... wszystko powróci!
Nie uczyniła tego przecież, owszem z uśmiechem, któremu przeczyła wilgoć źrenic i sztywność kibici, żartobliwie zapytała Stanisława:
— Cóż, Stasiu? Czy bardzo podobała ci się Paulina?
— Żeby tak pies płakał, jak ona mi się podobała! Lala — i koniec! Na godzinę zabawy dobra ale na całe życie... hu, hu, hu!
Stół był już postawiony na swojem dawnem miejscu. Aleksander powolnym ruchem czapkę z wieszadeł zdejmował. Stanisław zapytał:
— Gdzież babunia?
— Jestem — ozwał się we drzwiach głos Szyszkowej. — Jezus, Marya! jak to smutno, że tak prędko odjeżdżać musicie..
Stali teraz wszyscy w pośrodku pokoju, małomówni i pochmurni.
— Co trzeba, to trzeba! — rzekł Aleksander, i schyliwszy się, obojętnie pocałował rękę Szyszkowej, która też z niejakiem zmieszaniem wzrok od niego odwracała.
Stanisław daleko czulej ją żegnał, i ona też za szyję go objęła i całowała.
— Napiszcież przynajmniej — mówiła, — choć kiedykolwiek do nas napiszcie... Męka, zgryzota... donieście nam co o sobie... jak tam znajdziecie... jak wam będzie... Jezus, Marya!...
Aleksander od rąk Jadwigi odrywał się i znowu ku nim ustami powracał.
— Nie martw się bardzo — mówił pocichu, — nie trać zdrowia! Złe przeminie, a dobre nadejdzie! Tymczasem, bądź tak, jak dotąd, cierpliwą i dzielną! Co trzeba, to trzeba!
Jej na usta wyrwała się prośba namiętna: „Napisz przynajmniej do mnie.. napisz kiedykolwiek!“ Ale jej nie wypowiedziała. Nie, choćby jej serce pęknąć miało, ona ani wywoływać przyrzeczeń jego, ani najmniejszem słowem narzucać się mu nie będzie!
Bardzo blada, ze sztywną kibicią i rękoma w gorących jego dłoniach, jak lód zimnemi, szepnęła tylko:
— Bądź zdrów, Olesiu.. Niech wszystko pomyślnie ci pójdzie... Nikt ci na świecie lepiej odemnie nie życzy...
Żadnej prośby i żadnej oznaki żalu, który ją warem łez wstrzymanych napełniał!
Szyszkowa za to, po raz drugi, do obu już braci mówiła:
— Napiszcież do nas, pamiętajcie, napiszcie... żebyśmy, Jezus, Marya! choć wiedziały, co się z wami dzieje!
Stanisław po kilka razy napisać przyrzekał; Aleksander, wzruszony i posępny, brata do pośpiechu naglił[11]
— Stasiu, dość już tego! Chodźmy! Co trzeba, to trzeba!
W kilka minut później, duża lampa była zgaszona, a pokój napełniło słabe półświatło palącej się u łóżka Jadwigi świecy. Jadwiga, jak senna, chodziła tu i owdzie, porządkując w nieład popadłe sprzęty, perkalową storę spuszczając u okna, gdy uczuła bardziej, niż zobaczyła, że Szyszkowa stanęła przy niej.
— I cóż? — zapytała szeptem.
— Co, mamo?
— Nie powiedział nic?
Rozumiała dobrze o co matka zapytuje, odpowiedziała więc krótko:
— Nic.
— Śmierć, utrapienie, zgryzota, męka! — zaszemrał szept zrazu świszczący, lecz potem coraz łagodniejszy. Dlaczegóż, Jezus, Marya... i dlaczegóż nic nie powiedział?... Kiedy widziałam przecież, wyraźnie widziałam, że zajął się tobą... że bardzo mu się podobałaś... No, prawda, że Jezus, Marya... biedny on chłopiec... stałego bytu nie ma... Bóg święty wie, jak mu w tej fabryce będzie... Ale napisze... plaga egipska!... najpewniej napisze, a potem, Jezus, Marya! kiedykolwiek i sam przyjedzie! Co się odwlecze, to nie uciecze!
I gdy po bladych policzkach Jadwigi z pod spuszczonych powiek spływał strumień milczących łez, ciemną ręką pogłaskała jej włosy i w czoło ją pocałowała.
Na dziedzińcu, w pobliżu powstał hałas, ze stuków i kłótni dwu głosów złożony. To szewc Jerzy z miasta pijany powracał, do drzwi domu swego się dobijał i grubiańsko kłócił się z żoną. Prawie jednocześnie, nad sufitem, przeraźliwie wrzeszczeć zaczęło najmłodsze dziecko Lei... Życie codzienne, dniem wesołości i szczęścia przerwane, ze swoim mdłym i gorzkim smakiem powracało...




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – zaczerwienioną.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Ambrożowej.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Marya.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – rękoma.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.
  6. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.
  7. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – już.
  8. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – życie.
  9. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – żmudnej.
  10. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.
  11. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.