Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Jędza.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chała się także. Od bardzo dawna po raz pierwszy z uśmiechem patrzała ona na córkę, a potem ku gościom rozpogodzony wzrok zwracając, grzecznie, prawie wesoło, z jakimś nawet dygiem niekoniecznie zgrabnym, ale kolistym i uroczystym, do stołu ich zaprosiła.
Kiedy już wszyscy przy stole usiedli, formalnie bawić zaczęła Ginejków. Wcale rozsądnie i spokojnie opowiadała im o mieście, w którem od lat sześciu przemieszkiwała, a którego oni nie znali, lub zapytywała o różne obchodzące ich sprawy i rzeczy.
Oni, po zadowoleniu pierwszego głodu, rozgadali się szeroko, a mieli o czem mówić, obaj bowiem, popychani zapewne żywością temperamentów, a może też większą niż bywa u innych ambicyą, nie poprzestali na zwykłem wyuczeniu się rzemiosła, ale szukali po świecie sposobów udoskonalenia się w niem i zdobycia sobie wogóle jaknajlepszych narzędzi do budowania przyszłości. Wiele też w tych swoich wędrówkach widzieli i doznali. Tu nauczyli się ślusarstwa, tam kotlarstwa, ówdzie przez lat parę pracowali w fabryce bronzowniczej; wespół z góralami, rozwożącymi wyroby druciarskie, wędrowali prawie rok cały, za pomocników i nawet woźniców im służąc, byleby tylko nauczyć się ich przemysłu, a zarazem i spory kawał kraju ich zwiedzić. Znali też kraj ten, jego potrzeby, biedy i piękności, wcale nieźle i nie mniej może dla niego, niż dla samych siebie, lichymi w rzemiośle swojem partaczami zostać nie chcieli. Jednogłośnie mówili, że małymi sobie ludźmi są i nic wielkiego ani doznać, ani uczynić nie mogą. Ale co robić, to robić, byle dobrze. Przez całe też lat siedem uczniami lub prostymi robotnikami byli; a po