Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Jędza.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się trzeba; możeby więc teraz i oni wszyscy w gry jakie pograli, a jeszcze lepiej, choć trochę potańczyli, choć trochę...
Rzecz dziwna, że na wspomnienie tańców, blademu i flegmatycznemu urzędnikowi oczy błysnęły; Stanisław też na krześle podskoczył, a Jadwiga zarumieniła się, bo spostrzegła, że Oleś, z drugiego końca pokoju, prawdziwą błyskawicę spojrzenia na nią rzucił.
Co moment zresztą i w którejkolwiek stronie pokoju była, spotykała się wzrokiem z szybkiemi, a jak błyskawica świecącemi spojrzeniami Olesia; wtedy też wątek rozmowy gubił i czoło dłonią pocierał. Wszystko to wprawiało czasem Jadwigę w zamyślenie do upojenia podobne, a czasem wzniecało w niej gorączkową wesołość.
W przystępie takiej wesołości w ręce klaskać zaczęła i wołać:
— Potańczmy! potańczmy trochę! Lecz zkądże wziąć muzyki, jakiejkolwiek choćby muzyczki, bo bez żadnej niepodobna przecież tańczyć?
Wtedy pewny różowy czepeczek, na pewnych czarnych jak heban włosach spoczywający, tryumfująco podniósł w górę niebardzo wykwintne kokardki.
— Michał na harmonii zagra!
I wysmukła kobieta, w czarnej sukni i różowym czepeczku, przyskoczyła do barczystego ślusarza.
— Michał! skocz po harmonijkę! Słyszysz? Michał! Michasiu! jeżeli Boga kochasz...
Nie skoczył wprawdzie, ale głową twierdząco skinął i szerokiemi krokami wyszedł z mieszkania,