Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Jędza.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kolwiek do pokornej i zwinnej myszy podobna, z kuchenki do pokoików i napowrót biegając, z pomocą Ignasia i współudziałem Jadwigi, w niespełna godzinę stół nakryła i zastawiła wieczerzę. Herbata, wino (półrublowe), kiełbasy, bułki, cytryna na cienkie krążki pokrajana, spodek masła i salaterka gotowanych śliwek, — uczta obfita prawie wspaniała i najpewniej bardzo rzadko widywana we wszystkich przegródkach tego kotła, którym były czworokątne mury tego domu. Więc też mieszkańcy tych przegródek, bez żadnej ceremonii, zachwyt swój nad nią wyrażali tak czynem, jak słowem. Kiełbasę zajadali, do herbaty wrzucali cytrynę i wlewali wino, bułki masłem smarowali, śliwkami rozkoszowali się formalnie.
— Kiedy bal, to bal! To już prawdziwie powiedzieć można, że sąsiadka nas po świątecznemu uczęstowała! — twarde, wielkie wąsy co chwila ocierając, z ukłonami w stronę Jadwigi zwróconemi, powtarzał ślusarz Michał.
Żona jego dopytywała się Jadwigi o sposób przyrządzania śliwek, bo takich smacznych jeszcze jak żyje nie jadła. Paulina zaś trzepała, że panna Jadwiga wystąpiła dziś z fetą, jakby to jej wesele lub zaręczyny były, a narzeczonemu przy pierwszej sposobności do ucha szepnęła:
— Żeby tylko po tej wielkiej wesołości wielkich łzów nie było, bo ona w tym starszym Ginejce zakochała się po uszy, — już to ja widzę!
Ale gdy narzeczony nie odpowiadał wcale, bo pochłaniała go rozmowa o „społeczeńskich“ sprawach, Paulina wołać zaczęła, że wszystkie te poważne rozmowy dobre na codzień, a w święto bawić