Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Jędza.djvu/087

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


całkiem w swoich dwu dużych, muskularnych dłoniach:
— Dobrze, siostrzyczko, tak trzeba! Ja tak samo! Rzuconego nie podejmę za nic, a około brudnego, choćby to był brylant najdroższy, splunąwszy przejdę... Pysznie we wszystkiem zgadzamy się z sobą!
— Cicho! Mama idzie! Ani słowa o tem przed mamą!
Ponurą chmurą czarne nioby, ręką Stanisława ułożone, spuszczały się nad głęboko ciemnem i zbróżdżonem czołem Szyszkowej; ale świąteczna suknia barwy kawowej i białe garnirowanie czepka nadawały jej znowu pozór czysty i przyzwoity. Mniej posępne niż zwykle jej oczy, bystro przemknąwszy po twarzach Jadwigi i Aleksandra, błysnęły zadowoleniem, lecz zaraz sposępniały znowu, i z gniewem wlepiając je w córkę, zawołała:
— Śmierć! zginienie! nieszczęście! choroba! Czegóż ty znowu zmarszczona siedzisz, jakbyś cytrynę zjadła, albo matkę wczoraj pochowała? Jezus, Marya! Krewni przyjechali, odwiedzili, tacy poczciwi, przyjemni! Poweselałaby, zdaje się, pośmiała się, pogawędziła, jak inne młode panny... Ona, nie! gdzie tam! Czoło zmarszczy, usta nadmie i siedzi, jak ta mumia egipska! Potem zaś, dziw się, że nikt nie przylgnie do niej, nie przywiąże się, nie polubi... Jezus, Marya!
Mówiłaby pewno dłużej, gdyby nie Stanisław, który w pół ją objął i na krześle przed szklanką herbaty posadził.
— Niech babunieczka herbatę pije, bo do kościoła iść pora, a ja przy babuni usiądę, i także her-